Translate

środa, 6 lipca 2016

Ja fotografia

Co raz częściej wydaje mi się, że fotografia współczesna jest rodzajem podatku od nudy, na równi za abonamentem za telewizję. Jeśli jest, jeśli bywa sztuką to taką w rodzaju gry w którą gramy od czasów Picassa, gry której zasady precyzyjnie ustalił potem Warhol. Tak więc gram choć zasady są nie do końca przejrzyste, zawsze bardziej zdając się na przypadek. Trudne jest to zwłaszcza wtedy kiedy staram się nie podpadać w logikę, bo ta nie służy mi zbyt dobrze, łatwiejsze staje się kiedy swobodnie poddaję się zadziwieniu i unikam strategii. Czasem kiedy uważnie słucham światła, pozostaję na tyle czujny że zadowolenie przybiera formę i staje się obrazem. Czasem myśli spowalniają tą czujność, wtedy obraz przybiera kształt moich wątpliwości, ale to także ja. Wiara że te zasady dotyczą również innych jest naiwna, czy patrząc na to w ten sposób pozostaję artystą naiwnym? Widzę po przez filtr moich przyzwyczajeń. Lubię gdy forma to emocje, zarówno te które towarzyszą narodzinom, jak i śmierci. Opowieść zaczyna się zawsze od spotkania które jest teraz, ale wszystko w fotografii sprzeciwia się Teraz! Pisałem kiedyś o uporczywym balsamowaniu czasu, pisali inni, a teraz...

Przez małe okno wschodniej ściany domu, z samego rana światło ostrożnie zagląda do łazienki. Najpierw powoli prześlizguje się po południowej ścianie, wydobywając pozornie gładką powierzchnię kafelek, wpełzając w zagłębienia fug bada ich powierzchnię i powoli przemieszcza się dalej. Chwilę po ósmej czas na poranną toaletę, ostrożnie wchodzi więc do wanny omiatając spojrzeniem chromy kranu, który rozbudzony rzuca kilka refleksów na ściany. Wreszcie na moment tylko zatrzymuje się w wannie jakby czekając. Kiedy wchodzę do łazienki wszystko to już się stało. Odkręcam kran i podczas gdy odbicia ścigają się na suficie zanurzam się w zimnej wodzie, a słońce spogląda mi prosto w twarz. Bez ciemnych okularów jestem bezradny, zastygam w bezruchu zdziwiony ja i ono także. Kiedy wychodzę z łazienki, widzę jak wtula się w rzucony niedbale na podłogę ręcznik frote i próbuje podążać za mną na korytarz, ale fizyka psuje wszystko, bo kąt padania, ruch planety... zniechęcone zostaje więc na dworze.

Nie pamiętam co działo się w roku 1854, może było to gdzieś w Niemczech? Czy wtedy spotkanie z fotografem było świętem? Niewiarygodny rytuał, który oferował iluzję nieskończoności w czasie, za cenę uwięzienia w tej samej przestrzeni. Gdzieś na przełomie XX / XXI wieku znalazła mnie w albumie Hermana Krone znajoma. Zaniepokojony wykonałem reprodukcję zdjęcia. Upiorna tautologia która miała uwolnić pamięć, sprawiła tylko że stałem się jej niewolnikiem. Album był w zbiorach biblioteki Katedry Fotografii na ASP w Poznaniu. Biblioteka wtedy bardziej chciała nią być niż w istocie była. Poupychane w szafach książki, katalogi, broszury porządkował Paweł Kula. W jednej z szaf obok książek znaleźliśmy kiedyś słoik z resztką kawy rozpuszczalnej Maxwell. Ktoś z wykładowców napomknął, że musiała to być kawa Urszuli Czartoryskiej. Wypiliśmy ją potem wspólnie z Pawłem, była zupełnie bez smaku. Czas pozbawił ją aromatu, z fotografią jest inaczej. Przyglądam się teraz tej fotografii, co się zmieniło? Próbuje przywołać jakieś wspomnienie tamtej wizyty, czy może wrażenie bardziej. Ale wspomnienie jest jak pies który kładzie się gdzie chce,a ja odbijam się gdzieś między iluzją przestrzeni na powierzchni zdjęcia a przestrzenią Teraz, która być może także jest iluzją.


Na fotografii Hermana Krone, z grupą kolegów muzyków(?) stoję po prawej stronie i dziwię się że nie mam kciuka, jest rok 1854.

Koło siedemnastej słońce znowu wprasza się do mieszkania. Zagląda teraz do pierwszego pokoju przez okno wychodzące na zachód. Siedzę w kuchni oglądam spektakl, na nic nie czekam... Teraz właśnie się dzieje. Słońce ścieka ze stołu i rozlewając się po podłodze zmierza w kierunku wielkiego kryształowego lustra ; chyba secesja, czas historyczny nie wiele mówi. Przez moment zastanawiam się ile wizerunków prześlizgnęło się po jego srebrzonej powierzchni; paskudna myśl. Pewien herezjarcha Uqbaru pisał, że lustra własnie dlatego są potworne że pomnażają ludzi. Kiedy promień dotrze do skośnej krawędzi kryształowej powierzchni bez pamięci fizyka zafunduje mi mały cud, promień odbije się i wpadnie do kuchni tworząc na ścianie obok lodówki tęczę, tylko na mój prywatny użytek.

Rozkładam na stole skromną kolekcję carte de visite. Znam je wszystkie już na pamięć, ale ciągle liczę na to że odkryję jeszcze coś nowego. Gdyby tylko udało się pozbyć tego nawykowego patrzenia... Prostokątny kartonik o grubości jednego milimetra, czasem złocone brzegi, gdzie indziej pozostałości po złoceniach. Rogi zaokrąglone przez czas, litograficzny nadruk na rewersie z informacją o zakładzie: Brandel, Joop, Rzewuski, Twawrdzicki. Jeszcze ten intrygujący zapis "Matryce przechowuje się dwa lata", a co potem? Klawisz Delete dla materialności, to przecież czas, a teraz... Obracam kartoniki w rekach awers, rewers znowu awers próbuję złapać spojrzenie postaci, ale wymóg epoki nakazywał patrzeć w bok. Próbuje patrzeć z boku, dalej nic. Przypominają mi się trójwymiarowe pocztówki z wizerunkiem Chrystusa, patrząc na taką kartkę bez względu na kąt ustawienia względem wzroku miało się zawsze wrażenie że On przewierca cię spojrzeniem. Cienki albuminowy papier nie daje takiego efektu, a jednak tych
" Oczu napotkać nie śmiem w moich snach
W sennym królestwie śmierci
Nigdy się nie ukażą:
Tam na złamanej kolumnie
Oczami będzie blask słońca"

I znowu słońce i teraz... wychodzę z Galerii Kantorek na ulicy Gdańskiej. Akcja dzieje się w Bydgoszczy, jest początek lipca. W ustach mam smak czereśni, którymi poczęstowała mnie Ela, chwilę wcześniej kiedy jeszcze siedzieliśmy na zapleczu. Trzymam w ręce fotografie Andrzeja Mazieca, którą jakiś rok temu wykonał Jarek Majewski swoją magiczną Leicą - współczesną replika tej pierwszej. Rok temu mógłbym jeszcze w tym miejscu spotkać Andrzeja. W głowie mam pewien pomysł, którego nie jestem pewien. W kieszeni małoobrazkowy Olympus XA, pełni tu rolę amuletu chociaż ma w środku film... kolorowy! Dzień jest upalny, na szyi wisi kompaktowy Lumix LX-3, wyświetlacz LCD informuje że wszystko OK, bateria w pełni naładowana. Dopalam papierosa i przyglądam się przechodniom, chociaż wiem że twarz daje tylko pewien pozór, próbuje coś z nich wyczytać. Ale to na nic, niedopałek ląduje na chodniku a ja podchodzę do dziewczyny która nadchodzi od strony Drukarni przecinając w poprzek Gdańską, fotografię Andrzeja trzymam teraz oburącz. Zaczepiam ją i pytam, czy może poświęcić mi chwilę... uśmiecha się, więc jest szansa... Opowiadam jej o Andrzeju, że był artystą, robił zdjęcia chociaż w rzeczywistości był artystą permanentnym. Pokazuje fotografię, mówię o pomyśle uczczenia jego pamięci i proszę o zgodę na wykonanie zdjęcia z tym portretem. Jeśli chce może zasłonić twarz zdjęciem, chodzi bardziej o gest. Uśmiech wyprzedza zgodę, ma dziś wolne ma czas, teraz... podnoszę do oka aparat, nie ma trzasku migawki ... więc zamiast trzasku mówię dziękuje, uśmiecham się i patrze jak niespiesznie oddala się, bo ma dziś wolne ma czas.


Stateczne małżeństwo nadciąga od strony Foscha, oni na pewno mają czas nawet jeśli w sumie niewiele im go pozostało. Moje przepraszam trafia w próżnię, spuszczają wzrok i idą dalej. Tymczasem podjeżdża do mnie facet na wózku inwalidzkim i o dziwo nie pyta o drobne. Powtarzam przygotowaną historię, o Andrzeju, ale on częstuje mnie swoją opowieścią... Słucham więc o tym jak to dziesięć lat temu kradł na zlecenie samochody w Niemczech, i o tym jak zakochała się w nim pewna kurwa w Hamburgu, nawiasem mówiąc z polski, a on ukradł jej sportowe BMW, rozbił się nim na autostradzie i teraz jest tutaj. Teraz proszę go by potrzymał fotografię, jedna rękę ma niesprawną wiec... Jak to dobrze, myślę że odbitka jest na matowym papierze i nie muszę martwić się refleksami.


Potem był jeszcze jeden bezdomny i w dodatku bez nogi, ale mówił że pamięta Andrzeja i nie chciał mi uwierzyć że nie żyje. Był przekonany że rozmawiał z nim w zeszłym tygodniu. Uśmiechnąłem się i powiedziałem coś w stylu, że mu wierzę bo to pewnie możliwe. Ile razy spotkałem się z odmową? Nie wiem nie liczyłem, nie chodziło o statystki. Dwie identycznie ubrane dziewczyny, wyglądały jak bliźniaczki z fotografii Diane Arbus, odmówiły. Pan zamiatający ulicę zgodził się pytając ile musi zapłacić? Bezdomni nie chcieli zakrywać swoich twarzy mimo że takie były założenia "projektu", ale ... nie namawiałem ich, przeczuwałem że z obawy o to że ludzka pamięć ich nie zachowa, wierzą w pamięć fotografii.


Niech im tam będzie. Młodą długowłosą dziewczynę z olbrzymich rozmiarów teczką, zagadnąłem czy jest artystą? Skwapliwie przytaknęła. Bo zdjęcie, tu pokazałem jej portret wykonany przez Jarka, przedstawia również artystę i może ona zgodzi się na to żebym wykonał, taki a taki portret. Odpowiedziała że nie wie co ten człowiek sobą reprezentował, wskazując na Andrzeja który mam wrażenie lekko uśmiechał się na zdjęciu, więc nie może się z nim identyfikować. Pomyślałem później że inteligencja czasem wyklucza pewien rodzaj wrażliwości, na szczęście tylko czasem. Dochodziła czternasta, wiedziałem Ela za chwilę będzie zamykać dziś wyjątkowo wcześniej. Pora zakończyć projekt, chociaż historia nie może się tu zakończyć. Przeglądam na podglądzie zdjęcia, stoję na ulicy Gdańskiej, jest więc ulica, są ludzie i jest Andrzej. Nic się nie zmieniło i wszystko się zmieniło. Tylko słońce jest na właściwym miejscu.

Teraz jest noc, świtało latarni próbuje prześlizgnąć się przez zazdroski i świerk przed domem rzuca cień na ścianę. Na zewnątrz jest wiatr, słyszę go przez szyb kominowy, a cień tańczy animując elementy cjanotypowej martwej natury Jessec'y Ferguson.

1 komentarz:

  1. Marku jest 6:29, zaraz pewnie będzie 6:30, za oknem dochodzi 16 stopni, słońca brak, a ja piję poranną kawę i nie widzę braku promieni słońca, dziękuje Ci za to:) v.

    OdpowiedzUsuń