Translate

piątek, 21 września 2012

Szukając Foxa Talbota

Dla Pawła i Marii, na pamiątkę spotkania które trwa...


W zamku Lacock Abey nigdy nie byłem, ale mogę wam powiedzieć gdzie leży Dopiewo. To zaledwie pół godziny drogi od Poznania, jadąc w kierunku zachodnim. Taka wioska satelita Poznania, której większość mieszkańców jak przypuszczam; albo jakbym chciał pewnie wyjechała do Niemiec albo co dzień dojeżdża do pracy do Poznania. Obok biegnie kawałek autostrady więc aż chce się jechać dalej, najlepiej na zachód. Kilka ulic na krzyż, jakaś przychodnia, apteka i jeden market, który dla odmiany przywędrował tu z miasta. Jest też boisko i jakiś klub sportowy, którego ambicje kończą się na festynach i kiełbasce z grilla. Ile czasu mieszkali tam Paweł z Marią tego nie wiem, oni też dojeżdżali do miasta ale czy co dzień? Nie wiem, nie interesowałem się. Odwiedziłem ich tam kilka razy, kiedyś nawet przyjechałem z rowerem po to by rozejrzeć się po okolicy, która z pewnością jest bardziej malownicza niż sama miejscowość, bo wisie obok miasta kompletnie nie mają klimatu wsi. Dom w którym mieszkali, który wynajmowali nie był zbyt okazały. Parterowy budynek z początku XX wieku ze strychem, obok domu niewielki budynek gospodarczy, a za nim zapuszczony sad. Nieraz mijając takie miejsca widziałem jak ciężarne owocem gałęzie owocowych drzew pękają pod nadmiarem tego zbytecznego już gestu, pewnie z tym sadem było podobnie chociaż żadnej jesieni tam nie pamiętam. Większość ludzi mieszkających w takich satelickich wioskach nie żyje już z ziemi, Ci ze wsi uciekają do miasta, a Ci z miasta w odwrotnym kierunku. Domy niegdyś będące dorobkiem życia i dumą, podupadają stojąc nierzadko puste bo sprawy spadkowe ciągną się latami. Bywa że znajdą się amatorzy by wynająć coś takiego, jacyś outsiderzy, albo artyści. Skąd Paweł z Marią, dowiedzieli się o tym miejscu? Nie wiem, nie interesowałem się. Zazwyczaj zbyt wieloma spawami nie interesuje się, wolę snuć przypuszczenia i nużyć wyobraźnię. Pewnie robię to dla zabicia...nie czasu bo go szanuję, ale dla zabicia wyobraźni bo mam jej w nadmiarze. Wynajmowali właściwie pół domu, drugie pół zawalone było rzeczami po przodkach właścicieli. Ale dziwnego odkrycia dokonaliśmy na poddaszu budynku gospodarczego, nie pamiętam już dlaczego zdecydowaliśmy się w ogóle tam zaglądać. Niektórzy moi znajomi podobnie jak i ja również, mamy ten dziwny zwyczaj oswajania miejsc w których przebywamy. Samo takie oswajanie przestrzeni nie jest nawet niczym wyjątkowym w pewnym sensie to rodzaj atawizmu, coś jakby nieszkodliwie wynaturzona forma moszczenia sobie legowiska dla przestrzeni mentalnej. W każdym razie przystawiliśmy drabinę do małych drzwiczek na poddasze, być może dlatego że stała obok,a że kłódki żadnej nie było więc poczuliśmy się zaproszeni. Pamiętam opowieści Pawła i Marii, o snach o kimś kto kiedyś tam mieszał i od dawna nie żyje. Trudno mi powiedzieć czy były profetyczne, czy przydarzyły się już po tym odkryciu. Otwartym na tajemnicę tego typu przygody przytrafiają się nie rzadko. Gdy tam weszliśmy pod grubą warstwą kurzu, leżał bezmiar obecności w postaci przedmiotów wszelkiej użyteczności i kompletnie nieprzydatnych lecz ważnych. Kiedyś na wsiach, częściej niż w mieście zużytych przedmiotów nie wyrzucało się, kiedyś też te przedmioty miały większą żywotność i towarzyszyły rodzinom przez pokolenie. Trudno było by lekkomyślnie pozbyć się żelazka z duszą, które obok swojej ma też duszę po babci. Komórki i poddasza starych domów pełne są pamięci przedmiotów - milczących świadków. Jeśli nawet takie żelazko po babci lądowało gdzieś porzucone obok chałupy, ziemia powoli i z godnością przyjmowała je, jakby celebrując pamięć tym dziwnym obrzędem. Na tym zapomnianym poddaszu w kartonach, czy walizkach; z jakiegoś powodu pamięć pozbyła się szczegółów, znaleźliśmy bardzo osobiste przedmioty. Listy, chyba kartki pocztowe i pewnie też zdjęcia - ludzi z przeszłości na fotografiach, które nagle jakby ożyły pod spojrzeniem, bo życie starych fotografii karmi się pamięcią kogokolwiek kogo pociąga przemijanie. Wydaje mi się że wizyta tam trwała całą wieczność. Wydaje mi się też ,że wycofaliśmy się stamtąd raczej niż wyszliśmy a opuszczając to miejsce poczułem gwałtowną potrzebę oswojenia sytuacji, albo przeciwnie wykonania jakiegoś rytuału żeby ja zapamiętać. Chciałem natychmiast zrobić zdjęcie. Temat choć nieuświadomiony jeszcze pojawił się już po podstawieniu drabiny pod budynek obok domu. Coś się zaczęło dziać w głowie, uruchomiły się jakieś połączenia które wychwyciły detale z rzeczywistości, potrzeba było jednak czasu by obraz wyłonił się z chaosu pamięci.


Fox Talbot rzadko fotografował ludzi, przypuszcza się że powodem tego była niedoskonałość techniki którą opracował i udoskonalał. Kalotypowy negatyw bywał kapryśny i wymagał długich czasów ekspozycji. Czasem wydaje mi się że powody dla których częściej sięgał po inne tematy, głownie krajobraz i architekturę były zupełnie inne... Szczęśliwie ludzka ruchliwość była nieadekwatna do jego procesu. Tym bardziej te z jego fotografii na których jest obecny człowiek zapadają w pamięć, zapadają w wieczność. Portret żony, partia szachów to sceny które uznał za ważne, to sytuacje które muszą trwać wiecznie. Paradoksalnie on sam obok portretu sylwetkowego, najbardziej rozpoznawalny jest na fotografii wykonanej w technice jego konkurenta Daguerre'a.
Skoro drabina stała już pod budynkiem reszta w pewnym sensie była już oczywistością.
Pawłowi i Marii nie musiałem wyjaśniać jaki mam plan, w tajemniczy czy oczywisty sposób mój zamiar stał się dla nich jasny. Pozostało tylko przygotować Zeiss Ikontę: statyw, samowyzwalacz i cała ta dziwna i czasem nużąca celebra, choć w tym wypadku jednak dziwnie uzasadniona.


Naświetliłem raz ale tego było mało, nie można było przecież sprawdzić czy udało się, czy wyszło, czy naświetliło się jak powinno. Niczym zaklęcie po trzykroć powtórzyłem czynność, po to by mieć pewność. Może po to by odczynić i odpędzić duchy obudzone na poddaszu? Nie mogłem wtedy przypuszczać, że próbując oswoić dziwne obecności przodków domu w Dopiewie, obudzę inne obecności gotowe by ożywić się w magii fotografii.
Z pewnością minęło sporo czasu nim negatyw dojrzał do tego by go wywołać. Możliwe też że nie do końca pamiętałem co wywołuję kiedy wreszcie się do tego zabrałem. Próbuję sobie bezskutecznie przypomnieć co czułem kiedy po wszystkich procesach rozwinąłem film by go wysuszyć. Na negatywie zobaczyłem to coś, a przesiąknięty pamięcią sytuacji naświetlania nie mogłem uwierzyć w nic innego, niż w to że ujawnił mi się duch Foxa Talbota. Nigdy nie wiadomo co się obudzi, kiedy grzebać będziemy w pamięci która nas nie dotyczy. I choć dziś wiem że tego wiosennego dnia, a był to chyba kwiecień jak powszechnie wiadomo Najokrutniejszy miesiąc, który wyciąga gałęzie bzu spod ziemi, miesza wspomnienie z pożądaniem, niepokoi wiosennym deszczem zdrętwiałe korzenie. Tego wiosennego dnia więc wiał jak zwykle o tej porze roku silny wiatr, który poruszył jałowiec stojący w pobliżu ustawionego na statywie aparatu i ten jałowiec, zwyczajnie wiatrem poruszony wszedł w kadr. Jednak kiedy rozwijałem film do suszenia i oglądałem pod światłem lampy w łazience widziałem na negatywie ducha... ducha Foxa Talbota. Pamiętam to jak dziś, niby miał kamienną twarz, ale uśmiechał się... może nawet coś mówił...nie pamiętam.






wtorek, 11 września 2012

Bydgoszcz Fotogeniczna

Ta historia zaczyna się w roku 2001 po moim powrocie z Poznania do Bydgoszczy. Ten powrót można traktować umownie, z perspektywy czasu zaczynam się zastanawiać czy kiedykolwiek z Bydgoszczy wyjechałem... Tak czy inaczej po roku 2001 pojawiłem się w Bydgoszczy w trybie stacjonarnym. Wtedy też zacząłem ponownie fotografować miasto, a po jakimś czasie mając już szkic tematu w postaci fotografii postanowiłem nazwać swoje działania i tak zaczęła się Bydgoszcz Fotogeniczna. Opisałem to tak:
"Od końca roku 2001 realizuję projekt dokumentacji fotograficznej krajobrazu Bydgoszczy i okolic. Szczególny nacisk kładę na rejestrację zabytków trwale wpisanych w pejzaż, uwzględniając również zmiany wynikające z intensywnego rozwoju naszego miasta. W polu moich fotograficznych eksploracji znajdują się również obiekty przyrodnicze: Drzewostan byłej nekropoli ewangelickiej – Park Witosa, Rezerwat Cisów Staropolskich – Wierzchlas, Naturalny drzewostan lasu mieszanego – Rezerwat Płutowo. Od dłuższego czasu stosuję niemal wyłącznie wielki format negatywów oraz techniki bromosrebrowe i muszę zauważyć, nie będąc odosobnionym w tym stwierdzeniu, że aura wiarygodności jest jakby przypisana takim fotografiom. Zadanie to jest niezwykle żmudne i pracochłonne, stosowanie rygorystycznych zasad związanych z użyciem odpowiedniego sprzętu i technik fotograficznych z XIX wieku przysparza wielu problemów, które jednak przekładam na ciągłe doskonalenie mojego warsztatu.
Inspiracją do realizacji projektu są wcześniej prowadzone misje fotograficzne o podobnym charakterze. W latach 1983-87 na zlecanie Urzędu do Spraw Zagospodarowania Przestrzennego i Regionalnego (D.A.T.A.R.) podjęto zakrojoną na dużą skalę akcję mającą na celu dokumentację krajobrazu Francji, ulegającego gwałtownym przeobrażeniom na skutek industrializacji. Otrzymany w ten sposób materiał wizualny obok wartości artystycznych był ważnym odniesieniem dla dalszych prac nad projektowaniem kształtu przestrzeni w procesie zagospodarowania. Godne uwagi są również lokalne akcje dokumentacyjne przeprowadzone w Polsce w latach 80. XX wieku, czy realizowane w dwudziestoleciu międzywojennym większe przedsięwzięcia podejmowane na zlecenie władz. Powołany w 1919 roku Referat Turystyki przy Ministerstwie Robót Publicznych podjął zakrojoną na szeroką skalę akcję gromadzenia fotografii krajoznawczej.
Zjawiskowość fotografii była tematem wielu prac teoretyków i historyków fotografii, antropologów kultury czy socjologów. Fakt że temat ten był opracowywany na tak rozmaitych płaszczyznach jasno wskazuje na złożoność zjawiska. W wielu opracowaniach bywa przywoływany termin magii, w odniesieniu do tych fotografii które w sposób szczególny przekazują nam prawdę o jakiejś osobie czy miejscu. Przedmioty magiczne są obdarzone szczególną mocą, a w przypadku zdjęć wiąże się to z możliwością wywoływania emocji przez osoby i miejsca istniejące w momencie oglądania tylko na fotografii. Vilėm Flusser , filozof i teoretyk fotografii określa ten rodzaj oddziaływania magią drugiego stopnia, gdzie skanujące powierzchnię zdjęcia oczy przywracają rytualny, cykliczny charakter pojmowania czasu.
Termin fotogeniczności pojawił się u zarania fotografii i używany jest w odniesieniu do tych zdjęć które w sposób szczególny ukazują rzeczywistość nie odartą z aury czasu i miejsca. Edgar Morin, francuski kulturoznawca stwierdza że w pojęciu fotogenii danego obrazu kryję się fakt iż wyposażamy fotografię we właściwości jakie ma nasz umysł, z jego świadomością i wrażliwością. Rozmaitość sposobów wykorzystania obrazów w pejzażu postmodernistycznym, doprowadzi być może do momentu w którym fotografia oparta na technice srebrowej uzyska nowy wymiar i autonomiczność. Stosowanie w chwili obecnej camera obscura i wielkoformatowych aparatów z początku XX wieku, nie jest więc jedynie zabiegiem estetycznym, ale jedną z możliwych dróg rozwoju kultury obrazu, obok innych medialnych propozycji. Głównym celem projektu „Bydgoszcz fotogeniczna” jest dokumentacja miasta i okolic, z uwzględnieniem intensywnie zachodzących zmian w krajobrazie. Tematem fotografii stałyby się więc zabytki architektury, budowle zagrożone likwidacją, jak i nowe obiekty pojawiające się w bydgoskim pejzażu."


Ulica Ludwikowo, w czasie budowy obwodnicy łączącej ją z ulicą Kamienną c.a. 2004 r.

Od momentu kiedy powstał powyższy tekst i towarzyszące mu fotografie upłynęło sporo czasu. Specyficzne określenie porządkujące i zagęszczające czas - dekada, pozwala na bezpieczny dystans. Ostatnio usiłowałem przypomnieć sobie tytuły filmów które kiedyś wydawały mi się ważne ale zapomniałem dlaczego. Po ponownym obejrzeniu jednego z nich - "Trzech dni Kondora" Sydneya Pollacka (Robert Redford!!!) przypomniało mi się że kluczem do ich istotnej dla mnie recepcji, jest fotografia. Obok znakomitej i wciągającej fabuły w pamięci utkwiła mi jednak najbardziej bohaterka filmu wykreowana przez Faye Dunaway, była piękna i... robiła zdjęcia. W zagęszczonej akcji wątek romansu to tylko epizod, bohaterowie nie mogą się poznać, nie ma na to czasu. Sondują się wzajemnie, oboje mając stosunkowo nie wiele danych o drugiej osobie. Joe Turner (Robert Redford) jest w lepszej sytuacji, przebywając w mieszkaniu swojej ekranowej partnerki i zakładniczki poznaje jej przestrzeń. Fotografie które ogląda na ścianach sutereny mogą coś wyjaśnić, mogą być wskazówką, choć wyrwane z kontekstu pozostają tylko obrazami za nim nie dowiadujemy się "Czasami... robię zdjęcie które nie jest w moim stylu. Ale robię je, więc jest moje" i znowu nic nie wiemy! Czy fotografie które widzimy na ścianach są właśnie tymi? Kiedy nie jest podany kontekst obrazu pozostajemy sami, rzuceni na pastwę własnych doświadczeń, a znaczenia unoszą się jak dziwny opar.

Bez tytułu c.a. 2006 r.

Ponownie wracam do swoich fotografii które odkrywam na nowo bo możliwe, że Czasami... robię zdjęcie które nie jest w moim stylu. Po latach miejsca w których powstawały prace zmieniły się, pozostało przywiązanie do... fotografii. Wiosną tego roku otrzymałem Stypendium Urzędu Miasta Bydgoszczy, na kontynuacje fotogenicznych, alchemicznych opowieści. W pierwszej chwili wydawało mi się, że powinienem wrócić do początkowych założeń projektu. Uzupełniłem braki sprzętowe i zabrałem się do pracy. Poważną lukę stanowiło jednak to co powstało wcześniej, a co z racji różnych uwarunkowań istniało tylko w formie negatywów. To trochę tak jakby nie istniało. Wykonanie odbitek zabrało sporo czasu, zbyt wiele by wykonać też te które powstały ostatnio. Na ile sprostałem stawianym sobie założeniom? Ten subiektywny dokument to obraz miejsca które znam, czy może znałem? Postanowiłem nie umieszczać precyzyjnych opisów - miasto to twór żywy. Kiedy czasem ponownie trafiam w miejsca które wydaje mi się że znam lub które fotografowałem, nie zawsze od razu dostrzegam zmiany. W szczegóły mogą obfitować wydarzenia, ale nie pamięć. Co innego fotografia ta potrafi ożyć pod uważnym spojrzeniem oglądającego, oczywiście tylko wtedy gdy damy sobie na to czas...

Bez tytułu c.a. 2004 r.

Bez tytułu c.a. 2004 r.

Bez tytułu c.a. 2006 r.

Bez tytułu c.a. 2006 r.

Bez tytułu c.a. 2006 r.

Epilog.
Gdyby dane mi było zamieszkać na zdjęciu pewnie wybrałbym to ostatnie.
Widzicie mnie?...
Właśnie znikam w chłodnym lesie na końcu ścieżki po lewej stronie kadru.




poniedziałek, 3 września 2012

Laterna Magica

Nie to że brzydzę się komercją, choć pewnie po części i tak też jest; ale prawda jest taka, że jak coś się zaczyna zawsze ma ten posmak świeżości. Ten dziwny smaczek, czegoś nowego, żadnych tam plotek na wielką skalę czy machinacji innego rodzaju. Ktoś gdzieś tam coś o tym ci powie kto inny powtórzy, bąkną coś mimochodem w telewizji... Zresztą to przecież kino, a kino to magia, wehikuł czasu... cóż wtedy bardzo interesowałem się kinem, teraz niby też, choć prawdę mówiąc ostatnio częściej po prostu oglądam filmy.
Próbuję sobie przypomnieć który był to rok; oczywiście początek to Toruń, studiowałem wtedy i w miarę możliwości starałem się żyć wszystkim, co ciekawego działo się w mieście. A dziać się musiało niewiele, skoro z większości wspomnień najżywsze pozostały te z dziewięćdziesiątego drugiego, czy trzeciego, kiedy załapałem się na Camerimage. Z kinem z Torunia mam też parę innych wspomnień, zupełnie innych niż te festiwalowe, które miały miejsce zaraz potem. Kiedyś z przyjaciółmi z akademika wybraliśmy się na przegląd filmów Zanussiego. Większości z nas studiowała biologię, ale zupełnie szczerze i z jakiejś do dziś dla mnie niejasnej potrzeby próbowaliśmy się załapać na kulturę. Nikt wtedy nie słyszał o wyścigu szczurów , nauka interesowała nas jako idea sama w sobie, a czasu było dość. Po seansie „Iluminacji”, nie doznaliśmy jej bynajmniej. W milczeniu wracaliśmy do akademika nr.7, nikt nawet nie miał ochoty na piwo. Z perspektywy czasu dziś wiem, że przeraziła nas coraz bliższa perspektywa konieczności podejmowania wyborów, ale jakoś nikt nie chciał tym głośno powiedzieć, a zamiast bić się z myślami trzeba było coś zrobić, coś konkretnego, namacalnego wyrwać się jakoś ze szpon tej nieokreślonej melancholii. O piątej nad ranem ściśnięci w maluchu kolegi wylądowaliśmy na parkingu pod oceanarium w Gdyni, nostalgia opuściła nas już za Toruniem, motyw drogi zawsze działa ożywczo. Ale coś dziwnego stało się z nami znowu, tam pod oceanarium, kiedy przez szyby obserwowaliśmy, przebierające łapami żółwie, to już nie było z pewnością kino, ale metafora naszej bezradności, a może tylko mojej.
Wtedy jeszcze robiłem dużo zdjęć, więc kiedy zaczął zbliżać się ten nieznany jeszcze festiwal, a koleżanka miała znajomego kumpla z z łódzkiej filmówki uciszyłem się bardzo. Fotografia, film wszystko to się jakoś łączyło, no i Camerimage. Pamiętam że załapałem się na dwa festiwale z rzędu, potem chyba wziąłem dziekankę, było jakieś sanatorium, ale który to był rok... Zaraz, zaraz za pierwszym razem wykupiłem akredytację, że niby byłem fotoreporterem jakiegoś tam studenckiego pisma. W szatni auli UMK, gdzie mieściło się biuro festiwalowe, jakaś bardzo miła i uprzejma pani wręczyła mi pakiet materiałów, wszystko było po angielsku, wtedy równie dobrze mogło i być po chińsku! Fakt, że dostałem plakietkę, którą dziś można by ze spokojem skserować na kolorowym ksero, a plakietka ta uprawniała mnie... była przepustka do innego świata.
No i zaczęło się, godziny które wtedy ze znajomymi spędzaliśmy w salach kinowych, do dziś mają ten dziwny powab jakiegoś mirażu, rzeczywistości i fikcji filmowej. Po maratonach w kinie i dyskusjach do rana, wszystko zlewało się. Tylko pojedyncze tytuły filmów utkwiły głęboko w pamięci, „Fresh”, „Przełamując fale”, „Niebo nad Berlinem”, „Searching for Bobby Fischer” , niektóre zyskały status kultowych, a inne pozostały rewelacją tylko w gronie koneserów. Mój Canaon A-1, towarzyszył mi cały czas. Naświetliłem ileś tam filmów, ale już w trakcie festiwalu zorientowałem się że przepustką bywał i sam sprzęt fotograficzny. Kolesie z długimi „lufami” przy aparatach, przewyższający mnie wzrostem dwukrotnie nie mieli żadnych plakietek, a wchodzili gdzie chcieli. Do dziś ocalało kilka pojedynczych negatywów, czy raczej kawałków negatywów pociętych na sześcioklatkowe odcinki, archiwizacja nigdy nie była moją mocną stroną. Generalnie materiał zkaszaniłem, ale przecież robiłem dla siebie, robiłem żeby tam być załapać się na to co się tuż obok; z akademika nr 7 do auli był rzut beretem, trudno byłoby mi spać, mając świadomość ile się tam dzieje. Poza tym ludzie, kino … Oczywiście studenci filmówki, niczym nie różnili się od nas z UMK, może bywali trochę dziwnie, czasem bardziej ekscentrycznie ubrani. Zawiązały się jakieś kontakty, znajomości jakieś. Przez chwilę trudno było się na powrót wpasować w rytm zajęć, ale już wtedy wiedziałem że za rok muszę tam być, wejść w to ponownie , poczuć się kimś innym? A może właśnie sobą ! Nowe znajomości okazały się na tyle istotne, że jeszcze przed kolejnym Camerimage, wybraliśmy się wspólnie z przyszłymi filmowcami na plener. Wojtek Szepel, Grzegorz Zgliński, ludzie z UMK i oczywiście ja; spędziliśmy razem wspaniałe chwile, w rezerwacie Czerwone Bagna. Imprezowaliśmy potem u kolegi z Białegostoku.
Rok minął swoim zwyczajnym tempem, nikt jeszcze nie czekał na festiwal, zdarzyło się to już raz czy dwa, ale nikt nie przypuszczał, że wytrwałość zapaleńca będzie mieć aż takie skutki. Nikt nie był w stanie wyobrazić sobie, że festiwal ten stanie się wydarzeniem, powtarzanym przez media z całego filmowego świata. Koleżanka znowu zapowiadała przyjazd naszych, już wspólnych znajomych z Łodzi. Poszła plotka, która wkrótce okazała się prawdą, że za miejsce noclegowe dla studenta, można dostać karnet na festiwal. Nadal mieszkałem w siódemce, ale jak tu spławić współlokatora z dwuosobowego pokoju, po to by znaleźć miejsce dla przyszłego filmowca i załapać się na festiwal? Sprawa nie była łatwa, a już za moment okazała się niemożliwa. Kiedy jednak pojawiła się ekipa z Łodzi, okazało się że są też inne możliwości. Nie wszyscy studenci przyjechali na festiwal, a imienne karnety pozostały w nadmiarze. Cudownym nadmiarze z którego nie sposób było nie skorzystać. W ten oto sposób stałem się filmowcem z Francji, studiującym w Łodzi. Zostałem Vincentem Sorrelem, którego nigdy wcześniej, ani nigdy potem nie miałem okazji poznać. W dodatku na ten karnet razem ze mną mogła wejść też osoba towarzysząca! Stałem się kimś w rodzaju półboga, obco brzmiąca plakietka robiła wrażenie; nie to że zaraz chciałbym być kimś innym, ale kiedy przy wyjściu na seans ktoś z obsługi próbował się do mnie zwrócić w dziwnie brzmiącym obcym języku, oddalałem się z wystudiowaną nieśmiałością na twarzy. Przekręt z identyfikatorami miał jednak bardzo krótkie nogi, bez wątpienia nie byłem jedyną osobą która skorzystała z tej metody i wkrótce cała sprawa wyszła na jaw. Okazało się że przy wejściu na kolejne seanse, odbierano „lewe” identyfikatory, a nowe wydawano w biurze festiwalowym. Tak więc przy wejściu na kolejny blok filmowy, zapytano mnie czy jestem osobą z plakietki, czy osobą towarzyszącą. Z kamienną twarzą odpowiedziałem wówczas czystą polszczyzną, że jestem filmowcem z Francji. Ostatecznie kto z obsługi mógł przypuszczać, domyślać się jakie właściwie mam korzenie. Czar bezproblemowego wejścia na festiwal prysnął, pozostało zdać się jedynie na znajomych z filmówki, festiwal zresztą dobiegał powoli końca, a dzięki nowym znajomościom udało mi się wkręcić do knajpy festiwalowej, którą wtedy był lokal „Pod Aniołem”. Po co tam poszedłem? Sprawa była prosta, zwyczajnie działo się i chciałem być blisko tego; lokal zresztą znałem doskonale z innych sytuacji towarzyskich. Usiadłem sobie bezpiecznie w jakimś ciemnym zakamarku i z uwagą przyglądałem się sytuacji. Ktoś się dosiał, ktoś inny wstał, twarze obracały się jak w kalejdoskopie, jak w laterna magica, jak w kinie. Ktoś po polsku spytał się mnie, co robię w branży, czym się zajmuję... uśmiechnąłem się tylko. Ktoś wśród obecnych zaproponował jakiś toast: „za kino, za film, żeby się naświetliło... „ , ktoś obok mnie szturchnął wskazując na kieliszek szampana, który stał przede mną. Dziś z twarzy ludzi z którymi wznosiłem toast nie pamiętam nikogo, poza jedną osobą z którą też z pewnością trąciłem się kieliszkiem, był to Vittorio Storaro i chociaż z filmem nie mam dziś absolutnie nic wspólnego, zapamiętałem ten moment.
Teraz kiedy czasem spotykam się ze znajomymi, wspominając dawne czasy, ilekroć zaczynają się toruńskie opowieści o Camerimage, wszyscy wiedzą że po kolejnym piwie znowu zacznę: „Opowiadałem wam jak piłem szampana ze Storaro?”


Storaro i Nykvist w Auli UMK Toruń c.a. 1994

niedziela, 2 września 2012

Widokówka z planu

Jeden z ostatnich weekendów sierpnia spędziłem na planie filmu Mała Syrenka, produkcji Fundacji bez nazwy. Tłum ludzi: aktorzy, statyści, operatorzy, reżyserka; ludzie pełni pasji i zapału. Wszystko to w znakomitej scenerii Pałacu w Lubostroniu i okalającego go parku.


5 x 7 inch - albumin print

Tyle rzeczy działo się na planie Małej Syrenki... Tymczasem tuż obok w niemal pustej sali wypełnionej jedynie dziwną obecnością obrazów "jak żywe", słońce powoli wykonywało swój codzienny przemarsz po ścianach. Na chwilę jakby zwolniło omiatając złotym okiem wazon z bukietem białych irysów. Szkło wazonu rzuciło kilka niedbałych refleksów w przestrzeń. Zmierzch wypełniony światłem i równym oddechem, 18 sekund wypełnione dziwną ciszą mimo obok zgiełku. Mój cień skrył się zachowawczo za plecami i pod tym kątem nie wyglądał groźnie, a inne obecności oddaliły się. Zupełnie jakby fala światła, która spłynęła po stole bawiąc się nierównościami fałd obrusu, ściszyła dźwięk do poziomu nieistotnych szumów których nikt nie rejestrował. Cała historia Pałacu stała się nieistotna wobec światła które doskonale wiedziało kiedy i gdzie się pojawić.