Translate

niedziela, 4 stycznia 2015

archeologia codzienna

I okazało się że zabrałem ze sobą ze starego mieszkania całą masę innych światów, kawałków starego kontynentu, pułapek które porozstawiałem, po szafach i po kartonach i w które teraz raz za razem wpadam, po to by wypaść jak zwykle z czasu. Wszystko działo się w pośpiechu, a teraz te pudełka pakowana tak chaotycznie i w pośpiechu, otwierają się znienacka i zasysają mnie do swoich ciasnych wnętrz i tkwię tam, tak przez chwilę miedzy wysuszonym jesiotrem i wygotowanym na czerwono raczkiem, z nieco zdekompletowanym zestawem odnóży, moje odnóża też mogą wydawać się dziwne choć nie są zdekompletowane, więc wpasowuje się w tą ciasną przestrzeń ażurowego pudełka na kadzidełka. Na zewnątrz zresztą wcale nie jest lepiej, wystarczy wejść na górkę za dyskontem i podążać ścieżką wzdłuż skarpy w stronę strumienia, równolegle do ulicy osłoniętej ścianą drzew i w połowie drogi nieco poniżej krawędzi skarpy, pod rozłożystą dziwnie powykręcaną sosną na gałęzi której jeszcze niedawno kiedy dzień był długi, w promieniach południa suszyły się dwie stare kołdry, wyznaczając granicę obozowiska nomadów, którzy teraz zimą wynieśli się stąd na inne pastwiska i tak czynią to od tysiącleci, bo jeśli pójdzie się dalej gdzie kończą się pojedyncze drzewa, w dole widać zarośnięty strumień jedno z dzikich dorzeczy Brdy, tam gdzie skarpa przechodzi w wydmę znajdowano krzemienne groty, kamienne noże z neolitu i butelki po Heinekenie, wszędzie te artefakty. Wszystko to nie dalej niż dziesięć minut drogi od wyjścia za płot z podwórka, więc po dziesięciu minutach pieszej wycieczki można być zasadniczo pełnym wrażeń z siatkami wypchanymi artefaktami ze znaczną przewagą szkła nad krzemieniem. Ze zbierania szkła zrezygnowałem zaraz, bo okazało się że bezustannie nękane wiatrem wydmy odsłaniają co raz to nowe pokłady zielonego w większości w oryginalnym kształcie, kamienne noże natomiast trafiają się rzadziej, więc ciągle szukam.

A teraz znowu te pudełka, z kartonu o obojętnym pH, pełne kartek o znacznej zawartości srebra bez żadnych podpisów, żadnego punktu odniesienia po za obrazem, no może czasem jakiś zalążek exif w postaci daty na odwrocie, to wszystko, ale bohaterów jeśli już są pamiętam, jeszcze. Ale wielu bohaterów tam nie znajduję, a krajobraz jest w ciągłym ruchu co potwierdzają kamienne kopce na stykach pól, które czasem spotykam gdzieś przy bocznych drogach na peryferiach peryferiów niby, ale ciągle to miasto jeden bezgraniczny ekoton na styku człowiek i natura.

Dokument, postdokument, zapis tego co znika, przykrywa rzeczywistość jaką znam. To nużące przyzwyczajenie utrwalania, którego sam nie potrafię zaniechać, jest jak de profundis dla zagubionego znaczenia. Jak będą wyglądać zwierzęta i żebracy którzy zamieszkają na wirtualnych mapach?


z serii Iliaster Nr 22 / 2012 montaż cyjanotypowy