Translate

wtorek, 18 marca 2014

Te same widzenia

Kawałki roślin, szczątki owadów, zasuszone liście, szkielety... wciąż te same widzenia. Temat powraca i z jakiegoś powodu nadal wydaje się istotny, czasem codzienność podsuwa inne rozwiązania. Na wyprzedaży zobaczyłem królika, a dokładnie tuszę królika na dzień przed terminem "ważności", za 1/4 ceny! Albo te ciastka z sieciowych restauracji których przydatność do spożycia podawana jest z dokładnością co do minuty. Zastanawiające jak często bywam świadkiem nieodwracalnego końca. Pewne elementy tej układanki nadal pozostają niejasne, dlaczego martwa natura skoro królik był żywy..., ale tradycja przedstawienia... W poszukiwaniu elementów do instalacji, kompozycji udałem się do skupu złomu, królika już miałem potrzebowałem pręty na których chciałem pokazać go na zdjęciu. Ile rzeczy właściwie nie zużywa się, ale traci znaczenie dla użytkownika; moją uwagę zwróciły dwie wielkie wagi które wydawały się sprawne i kosz rzeźnickich noży; wyostrzonych tak że ostrza wyglądały jak monstrualnej wielkości szpilki, skomplikowane części "czegoś" kusiły zawiłością mechanizmów, które choć nie były mi potrzebne mogły się kiedyś przydać, ale poszedłem dalej wygrzebywać ze stosu złomu pręt który pasował do mojej koncepcji-instalacji-fotografii. Wyciągając go naruszyłem konstrukcję nagromadzonego żelastwa i tak kiedy ja trzymałem w dłoni moją zdobycz, góra złomu zaczęła kiwać się miarowo zupełnie jakbym uruchomił rzeźbę Jeana Tinguelyego, albo latający rower Karoliny Suchodolskiej. Należało teraz mój pręt zważyć; znalazłem właściwe miejsce i człowieka który się tym zajmował, gdy wśród drobiazgów zobaczyłem wyciągniętą rękę zupełnie jakby ktoś wzywał pomocy. Ręka należała do figury Chrystusa, jednej z tych jakie przybija się do drewnianych krzyży bezpośrednio po pochówku. A co tu robi Pan Jezus? - zapytałem zdumiony tym widokiem niczym z filmu Luisa Buñuela, ale mężczyzna nie odpowiedział, a ja nie wiem czemu dodałem - Wezmę Go. Facet popatrzył na mnie zdziwiony i skwitował: Nie wiem czy szefowa To panu sprzeda. To?!- hmmm. Podeszliśmy do okienka w budce szefowej i facet podał jej moje znaleziska. Najpierw wyceniono pręt, a następnie figurkę, przy czym podając ją kobiecie z ust gościa usłyszałem znowu: To, waży czterdzieści deko i jest z cyny. I tak wszedłem posiadanie figurki Chrystusa z odzysku, ze złuszczającą się złotą farbą, rozbitym nosem i dziurą na plecach; te szczegóły zauważyłem już potem kiedy zapłaciłem za moje znaleziska. Jezus kosztował złoty sześćdziesiąt i był tańszy od pręta.


This is not a Still life No.4 "White Rabbit", salt paper, contact print
negativ 5 x 7 inch. 2014 r. Edition 1/7


Widziałem ostatnio Juliette Binoche, przejeżdżałem wieczorem przez miasto; jak zwykle zbierając materiał do raportu, zobaczyłem wielki podświetlony plakat. Na plakacie była ona, delikatne zmarszczki w kącikach oczu jakby uwiarygodniały jej wybór banku, kredytu, czy czego tam jeszcze; podczas gdy ja przemieszczając się dalej, zastanawiałem się czy mógłbym jej uwierzyć i jaki wpływ na moją decyzję, miałyby te podejmowane przez filmowe kreacje aktorki. Najbardziej utkwiła mi postać z Niebieskiego; tylko tam chodziło o inne decyzje.

Jeśli poprosicie mnie bym coś policzył bez kalkulatora odmówię, ale pamiętam że jedna tona zużytego papieru równa się trzydziestu drzewom, musiałem chwilę poszukać tego Rachunku z drzewami, aby się zorientować o co dokładnie chodziło w wyliczeniach Franza Hohlera, na ile są aktualne dziś? Kto dziś zużywa rocznie 20 kg papieru, tego do pisania oczywiście. Rachunki kiepsko mi wychodzą, może dlatego potyczki z pytaniem o wartości, toczę bezustannie. Człowiek wart jest sto trzynaście koron i dziewięćdziesiąt dwa halerze, wyliczył kiedyś profesor Donald T. Forman z Ilinois uwzględniając "skład" człowieka sprowadzony do pierwiastków. To dużo, czy mało? Pytanie pozostawia bez odpowiedzi również Gabriel Laub, który podsunął mi ten trop przeliczeń i ja również stanąłem bezradny przed pytaniem, czy powinienem zapisać sobie tą kwotę w rubryce "mam", czy też "winien".

Dwa tygodnie temu umarł Michał Kokot, pogrzeb był trzy dni temu. Michał Kokot, był moim kolegą ze Związku Polskich Artystów Fotografików. Związek to taka organizacja która ma tradycję. Michała Kokota widziałem cztery tygodnie temu na zebraniu ZPAF, wyglądał dobrze, śmierć nawet nie rzucała cienia na mankiet kraciastej marynarki, pił herbatę i jadł ciastka. Po zebraniu jeden z kolegów powiedział, że fajnie będzie wiosną zrobić plener u Michała. Przyszła wiosna, ale pleneru już nie będzie. Michał Kokot był członkiem legendarnej Grupy 061, ale mieszkańcy Osieka mogli nawet o tym nie wiedzieć, przypuszczam że lubili go bo był dobrym sąsiadem. Mi również Michał wydawał się być fajnym kolegą chociaż jak niewiele o nim wiedziałem zorientowałem się dopiero po pogrzebie. Pogrzeb był prosty ale patetyczny: mowy osobiste, wiersze, orkiestra strażacka, bryczka dwukonna i tłumy ludzi, mnóstwo aparatów fotograficznych, tutejsi i przyjezdni; ja należałem do tej drugiej grupy. W kościele nad otwartą trumną jak cienie, cieleśni lecz już prawie przeźroczyści koledzy z 061, odprawiali fotograficzny rytuał post-mortem. Ukradkiem zerkali na wyświetlacze aparatów, patrząc może czy Michałowi nie drgnęła powieka, ale cudów nie było. Może tylko pogoda jak to na przedwiośniu kapryśna, cumulusy pędziły gdzieś nad lasem, a słońce tylko od czasu do czasu wyglądało z za chmur, tworząc wtedy nieprzyzwoity kontrast z chwilą przed. Już na cmentarzu wyjąłem z kieszeni małoobrazkowy kompakt i wycelowałem gdzieś w górę lekko nad tłumem żałobników. Wydawało mi się to głupie, bo w czasie pogrzebu liczba aparatów na głowę mieszkańca wzrosła zapewne kilkukrotnie i może, nie było chwili która nie byłaby sportretowana, ale... może to był ten rodzaj pożegnania i wszyscy żegnali się w ten sam sposób? Akurat jak słońce wychodziło zza chmur, rzucając poświatę na wilgotną korę drzewa nad grobem, nacisnąłem migawkę... nic się nie stało. Chociaż wiem że Michał Kokot należał do Grupy 061, nie mogę teraz przypomnieć sobie żadnej jego fotografii ale pamiętam taką promieniejącą radością twarz.

Do domu dotarłem wieczorem, jechałem z przesiadką i z przygodami, wracałem podobnie. Korzystając z "okazji" do Torunia, zorientowałem się że pogrzeb może być świetnym momentem do autoprezentacji, ale... jak zwykle nie podjąłem wyzwania i przez całą drogę nie przestawałem się dziwić, potem kolejna zmiana transportu i sytuacja niewiele uległa zmianie. Już w pociągu próbowałem uporządkować myśli, ale wessał mnie krajobraz. W Cierpicach pomyślałem o cierpieniu; może to ta stara zardzewiała antena satelitarna na ceglanym budynku obok stacji, która już żadnego sygnału nie prześle bo nikt tam pewnie nie czeka na żadne wiadomości, ale już pod Bydgoszczą nie myślałem w ogóle.

W niedzielę rano wybrałem się na rower z psem, choć pogoda była taka że psa byś z domu nie wygnał, ale jakoś mi się udało. W lesie; niby przypadkowo choć znowu nie jestem pewien, zatrzymałem się przy sośnie którą znałem już od dawna i zrobiło się jakoś mistycznie.


Oczywiście pomyślałem o dopiero co pochowanym koledze, pomyślałem że ten dziwny krzyż z pewnością by mu się spodobał. Później pomyślałem kiedy, po raz pierwszy natknąłem się na to akurat drzewo; jakoś w ubiegłym roku, nieco wcześniej pamiętam rozmowę w czasie której przyznałem się że gadam z drzewami. Powiedziałem wtedy, że z brzozami dogaduję się najlepiej ale, zorientowałem się później że są za bardzo egzaltowane i takie uwikłane w historię, znacznie przyjemniej słucha się sosen, może dlatego że są pospolite... Czy Michał Kokot też rozmawiał z drzewami?
Tego niestety już się nie dowiem, chociaż inni mogą to wiedzieć, ja już go o to nie zapytam.