Translate

czwartek, 6 listopada 2014

Na miejscu...

Na miesiąc przed wyprowadzką ze "starego" mieszkania zacząłem fotografować widok z okna, nie żebym wcześniej w ogóle tego nie robił, ale zacząłem się jakoś bać że mi tej przestrzeni będzie brakować. Kiedy okazało się że jest już po wszystkim a pod obutymi w ciepłe kapcie stopami zacząłem trochę czuć chłód ciągnący od ziemi, za oknem od strony ulicy dwie tuje i świerk skutecznie zasłaniają widok na ulicę po której z rzadka przejedzie jakiś samochód, od ogrodu komórka pulsująca potencjalnością zastosowań; będzie tak sobie pulsować i pulsować... podczas gdy ja otwierając furtkę i mijając po lewej zapuszczoną winorośl której zagadka jest niemal labiryntem, staję sobie pod orzechem, o którym czasem zaczynam sobie myśleć ... moje drzewo.

A wcześniej... niewiele pamiętam, w zasadzie nie lubię pamiętać bo czasem wydaje mi się ze tylko tym się zajmuję, podczas gdy teraźniejszość...

Ostatni samolot z Denver do Santa Fe był trochę pozostałością po snach o dyliżansach, taka jakaś swojskość ale inna od tej za którą próbowałem tęsknić następnego dnia. Wydawało mi się nawet że słowa będą układać się inaczej, ale nic z tego. Przyjechałem tam z powodu fotografii i co dalej? Albo gdzie dalej? Aparaty już pierwszego dnia zaczynały ciążyć, a zwiedzanie przybrało formę powolnego snucia się po mieście. Chciałoby się załapać na to wszystko co się wokół dzieje, ale egzotyka zagłusza widzenie. Zostawiłem aparaty w hotelu i ruszyłem, było gorąco ale mniej chodziło o temperaturę powietrza bardziej o krew. Pusty rynek o krok od motelu, dwa kościoły... coś nam to zaczyna przypominać. Środkiem Europy jest Żnin. Mógłby być. Pod pałacem Gubernatorów siedzieli Indianie, wyglądali jakby od wieków próbowali sprzedawać to samo. Pamiętam że postałem tam chwilę z moim pinholem, potem zacząłem naświetlać. Tłumaczyłem Im jak to działa, naświetlałem i czekałem, przyglądając się im z ciekawością. Wyjdzie nie wyjdzie, zastanawiałem się... Tymczasem minęło pół roku, z pamiętania niewiele zostało chociaż prawdą jest że trudy podróży narastały wraz ze zbliżaniem się do kraju, osiągając apogeum na lotnisku we Frankfurcie. Z jednej strony powinienem ich zrozumieć z moją obsesyjną potrzeba kontroli, ale moje obsesje nie karzą mi zaglądać obcym do butów.

Na miesiąc przed wyprowadzką ze "starego" mieszkania...

P.S.
Lokalizację tego posta pozostawiłem taką jaka była na początku kiedy zacząłem go pisać, chronologia to coś czego do końca nie rozumiem głęboko wierzę w istnienie fałd czasu.



środa, 16 kwietnia 2014

....

Odliczam dni do wyjazdu i przywołuję w pamięci cytaty. Niedługo mówią spadnie śnieg i Ameryka oczekuje mnie na każdym kroku Ale śnieg już nie spadnie, ani tu ani tym bardziej w Santa Fe, a Borgesowi mogło chodzić o tę Łacińską Amerykę. Odliczam dni do wyjazdu, cieszę się i trochę boję. Po co człowiek w ogóle się przemieszcza? Może boję się lotu? Rozglądam się i już zaczynam tęsknić za całym tym syfem wokół, może to właśnie jest patriotyzm w jakiejś szczątkowej formie?

wtorek, 18 marca 2014

Te same widzenia

Kawałki roślin, szczątki owadów, zasuszone liście, szkielety... wciąż te same widzenia. Temat powraca i z jakiegoś powodu nadal wydaje się istotny, czasem codzienność podsuwa inne rozwiązania. Na wyprzedaży zobaczyłem królika, a dokładnie tuszę królika na dzień przed terminem "ważności", za 1/4 ceny! Albo te ciastka z sieciowych restauracji których przydatność do spożycia podawana jest z dokładnością co do minuty. Zastanawiające jak często bywam świadkiem nieodwracalnego końca. Pewne elementy tej układanki nadal pozostają niejasne, dlaczego martwa natura skoro królik był żywy..., ale tradycja przedstawienia... W poszukiwaniu elementów do instalacji, kompozycji udałem się do skupu złomu, królika już miałem potrzebowałem pręty na których chciałem pokazać go na zdjęciu. Ile rzeczy właściwie nie zużywa się, ale traci znaczenie dla użytkownika; moją uwagę zwróciły dwie wielkie wagi które wydawały się sprawne i kosz rzeźnickich noży; wyostrzonych tak że ostrza wyglądały jak monstrualnej wielkości szpilki, skomplikowane części "czegoś" kusiły zawiłością mechanizmów, które choć nie były mi potrzebne mogły się kiedyś przydać, ale poszedłem dalej wygrzebywać ze stosu złomu pręt który pasował do mojej koncepcji-instalacji-fotografii. Wyciągając go naruszyłem konstrukcję nagromadzonego żelastwa i tak kiedy ja trzymałem w dłoni moją zdobycz, góra złomu zaczęła kiwać się miarowo zupełnie jakbym uruchomił rzeźbę Jeana Tinguelyego, albo latający rower Karoliny Suchodolskiej. Należało teraz mój pręt zważyć; znalazłem właściwe miejsce i człowieka który się tym zajmował, gdy wśród drobiazgów zobaczyłem wyciągniętą rękę zupełnie jakby ktoś wzywał pomocy. Ręka należała do figury Chrystusa, jednej z tych jakie przybija się do drewnianych krzyży bezpośrednio po pochówku. A co tu robi Pan Jezus? - zapytałem zdumiony tym widokiem niczym z filmu Luisa Buñuela, ale mężczyzna nie odpowiedział, a ja nie wiem czemu dodałem - Wezmę Go. Facet popatrzył na mnie zdziwiony i skwitował: Nie wiem czy szefowa To panu sprzeda. To?!- hmmm. Podeszliśmy do okienka w budce szefowej i facet podał jej moje znaleziska. Najpierw wyceniono pręt, a następnie figurkę, przy czym podając ją kobiecie z ust gościa usłyszałem znowu: To, waży czterdzieści deko i jest z cyny. I tak wszedłem posiadanie figurki Chrystusa z odzysku, ze złuszczającą się złotą farbą, rozbitym nosem i dziurą na plecach; te szczegóły zauważyłem już potem kiedy zapłaciłem za moje znaleziska. Jezus kosztował złoty sześćdziesiąt i był tańszy od pręta.


This is not a Still life No.4 "White Rabbit", salt paper, contact print
negativ 5 x 7 inch. 2014 r. Edition 1/7


Widziałem ostatnio Juliette Binoche, przejeżdżałem wieczorem przez miasto; jak zwykle zbierając materiał do raportu, zobaczyłem wielki podświetlony plakat. Na plakacie była ona, delikatne zmarszczki w kącikach oczu jakby uwiarygodniały jej wybór banku, kredytu, czy czego tam jeszcze; podczas gdy ja przemieszczając się dalej, zastanawiałem się czy mógłbym jej uwierzyć i jaki wpływ na moją decyzję, miałyby te podejmowane przez filmowe kreacje aktorki. Najbardziej utkwiła mi postać z Niebieskiego; tylko tam chodziło o inne decyzje.

Jeśli poprosicie mnie bym coś policzył bez kalkulatora odmówię, ale pamiętam że jedna tona zużytego papieru równa się trzydziestu drzewom, musiałem chwilę poszukać tego Rachunku z drzewami, aby się zorientować o co dokładnie chodziło w wyliczeniach Franza Hohlera, na ile są aktualne dziś? Kto dziś zużywa rocznie 20 kg papieru, tego do pisania oczywiście. Rachunki kiepsko mi wychodzą, może dlatego potyczki z pytaniem o wartości, toczę bezustannie. Człowiek wart jest sto trzynaście koron i dziewięćdziesiąt dwa halerze, wyliczył kiedyś profesor Donald T. Forman z Ilinois uwzględniając "skład" człowieka sprowadzony do pierwiastków. To dużo, czy mało? Pytanie pozostawia bez odpowiedzi również Gabriel Laub, który podsunął mi ten trop przeliczeń i ja również stanąłem bezradny przed pytaniem, czy powinienem zapisać sobie tą kwotę w rubryce "mam", czy też "winien".

Dwa tygodnie temu umarł Michał Kokot, pogrzeb był trzy dni temu. Michał Kokot, był moim kolegą ze Związku Polskich Artystów Fotografików. Związek to taka organizacja która ma tradycję. Michała Kokota widziałem cztery tygodnie temu na zebraniu ZPAF, wyglądał dobrze, śmierć nawet nie rzucała cienia na mankiet kraciastej marynarki, pił herbatę i jadł ciastka. Po zebraniu jeden z kolegów powiedział, że fajnie będzie wiosną zrobić plener u Michała. Przyszła wiosna, ale pleneru już nie będzie. Michał Kokot był członkiem legendarnej Grupy 061, ale mieszkańcy Osieka mogli nawet o tym nie wiedzieć, przypuszczam że lubili go bo był dobrym sąsiadem. Mi również Michał wydawał się być fajnym kolegą chociaż jak niewiele o nim wiedziałem zorientowałem się dopiero po pogrzebie. Pogrzeb był prosty ale patetyczny: mowy osobiste, wiersze, orkiestra strażacka, bryczka dwukonna i tłumy ludzi, mnóstwo aparatów fotograficznych, tutejsi i przyjezdni; ja należałem do tej drugiej grupy. W kościele nad otwartą trumną jak cienie, cieleśni lecz już prawie przeźroczyści koledzy z 061, odprawiali fotograficzny rytuał post-mortem. Ukradkiem zerkali na wyświetlacze aparatów, patrząc może czy Michałowi nie drgnęła powieka, ale cudów nie było. Może tylko pogoda jak to na przedwiośniu kapryśna, cumulusy pędziły gdzieś nad lasem, a słońce tylko od czasu do czasu wyglądało z za chmur, tworząc wtedy nieprzyzwoity kontrast z chwilą przed. Już na cmentarzu wyjąłem z kieszeni małoobrazkowy kompakt i wycelowałem gdzieś w górę lekko nad tłumem żałobników. Wydawało mi się to głupie, bo w czasie pogrzebu liczba aparatów na głowę mieszkańca wzrosła zapewne kilkukrotnie i może, nie było chwili która nie byłaby sportretowana, ale... może to był ten rodzaj pożegnania i wszyscy żegnali się w ten sam sposób? Akurat jak słońce wychodziło zza chmur, rzucając poświatę na wilgotną korę drzewa nad grobem, nacisnąłem migawkę... nic się nie stało. Chociaż wiem że Michał Kokot należał do Grupy 061, nie mogę teraz przypomnieć sobie żadnej jego fotografii ale pamiętam taką promieniejącą radością twarz.

Do domu dotarłem wieczorem, jechałem z przesiadką i z przygodami, wracałem podobnie. Korzystając z "okazji" do Torunia, zorientowałem się że pogrzeb może być świetnym momentem do autoprezentacji, ale... jak zwykle nie podjąłem wyzwania i przez całą drogę nie przestawałem się dziwić, potem kolejna zmiana transportu i sytuacja niewiele uległa zmianie. Już w pociągu próbowałem uporządkować myśli, ale wessał mnie krajobraz. W Cierpicach pomyślałem o cierpieniu; może to ta stara zardzewiała antena satelitarna na ceglanym budynku obok stacji, która już żadnego sygnału nie prześle bo nikt tam pewnie nie czeka na żadne wiadomości, ale już pod Bydgoszczą nie myślałem w ogóle.

W niedzielę rano wybrałem się na rower z psem, choć pogoda była taka że psa byś z domu nie wygnał, ale jakoś mi się udało. W lesie; niby przypadkowo choć znowu nie jestem pewien, zatrzymałem się przy sośnie którą znałem już od dawna i zrobiło się jakoś mistycznie.


Oczywiście pomyślałem o dopiero co pochowanym koledze, pomyślałem że ten dziwny krzyż z pewnością by mu się spodobał. Później pomyślałem kiedy, po raz pierwszy natknąłem się na to akurat drzewo; jakoś w ubiegłym roku, nieco wcześniej pamiętam rozmowę w czasie której przyznałem się że gadam z drzewami. Powiedziałem wtedy, że z brzozami dogaduję się najlepiej ale, zorientowałem się później że są za bardzo egzaltowane i takie uwikłane w historię, znacznie przyjemniej słucha się sosen, może dlatego że są pospolite... Czy Michał Kokot też rozmawiał z drzewami?
Tego niestety już się nie dowiem, chociaż inni mogą to wiedzieć, ja już go o to nie zapytam.

wtorek, 25 lutego 2014

...

Słońce potrafi jeszcze oszukiwać, to przecież zima i zbyt długa wycieczka kończy się gwałtowną ucieczką przed chłodem. W tym słońcu i przy tym cieple wszystko wydaje się spowolnione, czas nie istnieje, zbutwiałe liście, martwe trzciny, butelka po wódce, a nawet cegła i czerwona piłka, trwają w bezczasie lodu na osiedlowym jeziorku. Lada moment ciepło wyzwoli je z tej idiotycznej stopklatki i cegła wpadnie z chlupotem do wody zostawiając kręgi fal na powierzchni; piłka może nawet odbije się, poszybuje dalej i wyleci z kadru. Znajduje teraz ukryte gdzieś po szafkach i poupychane w walizkach artefakty minionego lata, a może i poprzednich; coś między popiołem a węglem, jakiś etap pośredni.
Zima, nas ochraniała otulała Ziemię w śnieg zapomnienia, a teraz już nawet nie ma śniegu, tylko to lodowe zawieszenie w czasie, w oczekiwaniu na kwiecień i jakieś pragnienia.

,

This is not a Still life No.3 "Symulator lotów", salt paper, contact print
negativ 5 x 7 inch. 2014 r. Edition 1/7

piątek, 17 stycznia 2014

Teraz...

W małej białej kopercie klasycznego formatu, otrzymałem jakiś czas temu zdjęcia, pamiątki rodzinne. Dostałem je od najmłodszej siostry mojego Ojca; a ponieważ rozmaitego rodzaju podziały tak zwanej spuścizny rodzinnej po mieczu, miały mimo szlacheckich korzeni rodziny niezbyt szlachetne okoliczności, zdziwiło mnie jak bardzo łatwo przyszło Ciotce posiadającej przecież świadomości zawiłości dziejów wojennych Ojca; a mego Ś.P. Dziadka, pozbyć się tego świadectwa tożsamości.

Tożsamość cóż to właściwie jest? W odniesieniu do kulturowych oczekiwań wobec obrazu, wobec fotografii; hasło tożsamość zawsze go uwiarygodnia. Projekt Karoliny Breguły Niech nas zobaczą 2002/2003r. wybrzmiał właściwie dzięki zaangażowaniu w kampanię społeczną przeciw homofobii; to szczere zaangażowanie w walkę o prawo do tożsamości nadało siłę tym fotografiom, siłę której nie sposób nie ulec w obawie by nie zostać posądzonym o brak tolerancji. Czy przypadkiem trochę nośność tematu nie przysłoniła walorów estetycznych? Zastanawiam się tylko nad tym, czy fotografie te bez bagażu idei przekonałyby mnie tak samo? Bo kiedy oglądam zdjęcia Adama Pańczuka z projektu Karczeby 2008/2009r. nie muszę nic wiedzieć i nie mam pojęcia co umieszcza te zdjęcia po za czasem. Gdybym w tym kontekście umieścił moje Warianty obecności w 1999r.? Zamiast wkładać je na siłę w obszar tradycji medialnych do której kompletnie nie pasowały..., gdybym opowiedział o swoich pytaniach o tożsamość, niepełnosprawność ...ale wody którą wlałeś do wina już nie odsączysz Taaak...

Teraz przeglądam te zdjęcia od Ciotki, w ogóle nie widać na nich wojny, jedno wygląda jak ujęcie z programu Tony Halika. Chociaż z drugiej strony prostokątny kadr, biały margines ramki i jej owalne rogi nie pozwalają zapomnieć o przedmiocie. To fotografia, o wymiarach 3 x 2 cala, może stykówka? Na odwrocie pusto, nie licząc nazwy producenta Velox ( błyszczący papier Kodaka) żadnej informacji... Powierzchnia fotografii jest nieco zniszczona, z tego wszystkiego można wyczytać jak długą drogę musiała przebyć nim trafiła do mnie. Jest na niej gliniana chata, kryta jakąś trawą czy trzciną; etnolog z pewnością by sobie poszalał na widok młodej murzynki ubranej w kraciasty strój, oszczędny w zdobienia. Jej postać przykucnęła w progu; wyłania się z mroku otworu wejściowego do lepianki, wysokie słońce rzuca cień tak że oczy są ledwie widoczne, a jednak patrzą wprost na Ciebie. Niemal czujesz jak pod jej skórą tętni ta prawdziwa afrykańska krew. Spojrzenie, jej spojrzenie jest jednak obce, może przygląda się temu co nadciąga? Wtedy kiedy oglądałem to zdjęcie po raz pierwszy, jeszcze za nim zacząłem dopatrywać się, wszystkich punctum i tym podobnych, przyszła mi do głowy myśl, że jestem jedynym właścicielem jej wizerunku. Teraz jest moja, pomyślałem! To naiwne przekonanie że fotografią można jeszcze coś zawłaszczyć, chociaż z drugiej strony w dawnych fotografiach drzemie jeszcze duch wiary w materialność . Może po prostu pragnąłem wypełnić to zdjęcie historią? Dziwnym zbiegiem okoliczności nie wybrałem zdjęcia dziadka w mundurze na tle kaktusów, ale postać tajemniczej egzotycznej piękności; bo już chwilę później moja fantazja dryfowała w zupełnie innym kierunku, a usta kobiety wydymały się pogardliwie, by po chwili uśmiechać się kokieteryjnie. Dlaczego do cholery nie wybrałem dziadka? To proste mam dość martyrologii, nawet tej okraszonej prywatną historią.


Kiedy zeskanowałem to zdjęcie i wyciągnąłem z niego tych kilka zdań poczułem jakby ulgę; teraz będzie się wypełniać innymi historiami i ktoś inny odpłynie na łódeczce Bartha, odkrywając fakturę i piękno ukryte w pęknięciach na glinianej chacie i może nawet zechce tam zamieszkać. Pytałem później Ojca, czy Dziadek pokazywał mu kiedyś to zdjęcie, czy może je pamięta, ale ten kierunek nie był rozwojowy. Uznałem zatem że może był to rodzaj trofeum, pamiątka z egzotycznych krajów i może Dziadek mój, spoglądając na kobietę z fotografii snuł również swoje kolonialne fantazje.

Podobno robienie zdjęć osłabia proces zapamiętywania, sfotografowanego nie trzeba pamiętać. Dlatego łatwiej zapamiętuje cudze zdjęcia, moje zawsze przegrywają w konfrontacji z rzeczywistością którą znam.

Kilka dni temu zgubiłem kartę pamięć do aparatu, jaka szkoda pomyślałem że nie ma programu do odzyskiwania zagubionych kart. Po chwili pomyślałem, ten program jest przecież w mojej głowie i to ja jestem autorem tego softu. Karta znalazła się kilka dni później. Szczęśliwy ten kto trzyma w rękach software!

Teraz, zastanawiam się często na czym właściwie to polega, robię zdjęcie i widzę natychmiast efekt. A jeśli ja chcę żeby fotografia mnie zaskakiwała, to jak miałbym ją robić ? Wyłączyć ekran LCD? Ale w telefonie to niemożliwe. Może jednak chodzi o coś innego, o coś co nie byłoby chłodną kalkulacją obliczona na niezawodność sprzętu i precyzję naświetlenia. Jakiś pierwiastek ludzki powiedzmy? Główny atut obrazu technicznego dziś, zdaje się zawierać w szybkości transmisji danych. Zdjęcie może zawsze zaskoczyć innych, nam samym zostawiając satysfakcję z akceptacji. Wszyscy doskonale znamy Lubię to! Fotografia dziś czyni nas niemal przezroczystymi, pytań o to czy sama jest transparentna jako medium, nikt już nie zadaje. Trudno formułować pytania ontologiczne, kiedy spektakl trwać musi napędzany choćby przez producentów sprzętu. Paradoksalnie digitalizacja bardzo oczyściła to medium z techniki, czyniąc je jeszcze bardziej demokratycznym. Ciężar owego techne przeniósł się gdzie indziej, z komplikacji budowy aparatu w nieprzejrzystość języka softu. Jakie informacje są mi zatem niezbędne żeby zrozumieć fotografię? Bo do tego by ją robić poprawnie nie potrzeba prawie żadnych informacji, zielony program skalkuluje za mnie. Dlaczego chętnie bym się znalazł na śmietniku zdjęć XX wieku, a takiego śmietnika po XXI wieku nie jestem w stanie sobie wyobrazić? Kiedy; i znowu ten ciężar czasu, na przełomie wieków w powstawał projekt Solaris Slavo Decyk / Paweł Kula; nim nie przekształcił się niemal w modę wśród miłośników fotograficznych eksperymentów, Paweł Kula wspominał że z kilkunastu wystawianych na półroczną ekspozycję kamer (puszek aluminiowych z papierem) znajdywał tylko część, reszta przypuszczalnie padała łupem zbieraczy złomu. Pomyślałem wtedy; a co jeśli Kula zwyczajnie zapomniał gdzie dokładnie tą puszkę wstawił? Jeśli ktoś odnajdzie ją w XXVIII wieku powiedzmy? Ktokolwiek by to był, zestawiając to znalezisko z innymi artefaktami z pradziejów nabierze może przekonania, że na przełomie XX/XXI wieku istniały jakieś prymitywne formy kultu Słońca? Bo wreszcie co tak na prawdę potrzeba dziś wiedzieć by ocenić wagę i odnaleźć piękno obrazu? Skoro; wiemy to doskonale fajka wcale już fajką być nie musi, a nawet nie może.



This is not a Still life No.1 - "Husaria", salt paper, contact print
negativ 5 x 7 inch. 2014 r. Edition 1/7




This is not a Still life No.2 "Nie liść i nie czaszka" salt paper, contact print
negativ 5 x 7 inch. 2014 r. Edition 1/7


poniedziałek, 6 stycznia 2014

Happy New Year 2014


Still Life - Happy New Year 2014 - drawing a red wine, salt paper, contact print negativ 5 x 7 inch.



P.S.
Is not inverted negative :)

czwartek, 2 stycznia 2014

To nie jest rzeczywistość.

Nie co dzień zdarza się by absurd przenikał tak do świata, ale teraz kiedy próbuję dokonać jakiś podsumowań bo taki czas, to akurat przypomina mi się ta sytuacja. Wszystko się tak uroczo przenika... a ja co raz bardziej czuję się jak z obrazu Magritte, tylko fajkę zamieniłbym na rzeczywistość. Przed laty wszedłem w posiadanie europalety, jakieś prace wróciły na niej, z jakiejś wystawy i... tak już została - pasja zbieractwa. Pełniła w mieszkaniu różne funkcje; byle tylko nie zostać posądzoną o to że zawadza, co na 29 metrach kwadratowych jest możliwe. Europaletę postanowiłem z nadciągającym końcem roku sprzedać, właściwie zamierzałem ją wyrzucić, ale konsekwencją pasji zbieractwa może jest pomysłowość? Tak czy inaczej, zapakowałem więc paletę do samochodu i udałem się do najbliższego skupu spodziewając się otrzymać za nią według obowiązujących stawek jakieś 15 złotych, co w zupełności pokrywało koszty paliwa związane z dojazdem do skupu z powrotem już nie, ale to bez znaczenia. W tymże skupie, lawirując moim małym samochodzikiem miedzy ciężarówkami wypełnionymi złomem, odnalazłem w maleńkiej budce z okienkiem, sporych rozmiarów Panią, którą poinformowałem o chęci spieniężenia mojego surowca wtórnego. Pani poleciła czekać, a ja pospiesznie wróciłem do samochodu zaniepokojony faktem, że sam pojazd mógłby zostać potraktowany jak surowiec wtórny. Po chwili obok mnie nie wiadomo skąd wyrósł mężczyzna. Nie wiem czemu wydawało mi się że wyglądał trochę jak robot z Czarnoksiężnika z Krainy OZ, zrobiło się więc trochę bajkowo. Pan zabrał się do wypakowywania mojej europalety; skrupulatnie ją przy tym oglądając, jakby ważąc i mierząc przy tym wzrokiem, by te skomplikowane rytuały skwitować stwierdzeniem TO NIE JEST EUROPALETA ! Wygląda jak europaleta, ma wymiary europalety, waży tyle co europaleta, ale nie ma znaczka EUR. To zwykła przemysłówka Za paletę dostałem 6 złoty. A odjeżdżając ze skupu pomyślałem sobie, jakie to zabawne że postmodernistyczne cytaty spotkać dziś można w skupie surowców wtórnych, a pewnie w skupie runa leśnego i dziczyzny też; duch permanentnej symulacji unosi się nad wszystkim.

Tymczasem zima bez śniegu; to może też jest ponowoczesność, jakby jesień choć niby już nie i znowu coś udaje coś, albo się podszywa. Tropiąc tą rzeczywistość próbuję zmierzyć się z Symulatorem Lata na Wyspie Młyńskiej w Bydgoszczy; czyli wielką Truskawką. Na przykład wczoraj, ale zaraz przed wczoraj i kilka dni temu też kiedy wybrałem się doglądać truskawki, nie sposób było nie zastać przy niej grupy ludzi. Stojąc niemal centralnie na środku trawnika, w świąteczny czas stała się obiektem odwiedzin nie mniej popularnym niż stajenka ze żłóbkiem na Starym Rynku. Przez ten krótki czas kiedy doświadczaliśmy obecności śniegu, na wyspie ze wszystkich stron do truskawki prowadziły wydeptane w śniegu ścieżki; kiedy obserwowało się ją z dala widać było jak ludzie zatrzymują się i fotografują. Bo truskawka w jesienno zimowym pejzażu nie może wzbudzać negatywnych emocji, nawet jeśli prototypowy Symulator lata nie zawsze działa, zwłaszcza kiedy miasto wyłącza prąd akurat od rzędu lamp, z których jedna pięknie podświetlała truskawkę od dołu. Do truskawki chociaż ciemna można podejść i zobaczyć ją z bliska, w przeciwieństwie do mieniącego się kolorami Mostu Uniwersyteckiego, który choć widoczny z daleka dla osób bez samochodu już dostępny nie jest. To taka pradawna strategia, że piękno jest bardziej piękne kiedy jest odległe i nieosiągalne. Truskawka jest zwykła i pospolita i pewnie dlatego może podobać się każdemu, chociaż z drugiej strony jej czerwony kolor może mieć wymiar polityczny, kto wie? Truskawka jest z tego samego worka, co aniołki na ulicy Mostowej, czy projekcja gwiazdek na Ratuszu jest banalna i to nie zarzut, bo doskonale wpisuje się w koncepcję polityki estetycznej miasta; chociaż ta ma tak wielu ojców że nikt do efektu końcowego przyznawać się nie musi. Ale truskawka jest absurdalna, truskawka swoimi rozmiarami zdaje się krzyczeć z daleka TO NIE JEST RZECZYWISTOŚĆ i tutaj może tlić się potencjalne niebezpieczeństwo truskawki - niejednoznaczność. Czy truskawka jest sztuką? Rozumując czysto urzędowo nie ma co do tego wątpliwości, autorka - Karolina Suchodolska otrzymała na realizację zadania stypendium artystyczne Miasta Bydgoszczy. Za te pieniądze zrealizowała zadanie publiczne. Truskawka stanęła na Wyspie Młyńskiej, akurat kiedy miasto żyło festiwalem Camerimage. Był to doskonały moment na promocję i Truskawki i miasta, jednak nikt nie wykorzystał tego w sposób należyty, a szkoda bo truskawka ma sobie duży potencjał medialny i nie siląc się jest zauważalna, wystarczyło tylko nagłośnić. Zastanawiam się ilu odbiorców miała w tak zwanym międzyczasie, brama z potłuczonych lusterek Joanny Rajkowskiej? Swego czasu pisano o tej instalacji sporo, bo przecież Joanna Rajkowska wielką artystka jest i to w dodatku z Bydgoszczy. Zadziwiające jest z jak dużym zainteresowaniem spotkała się Truskawka , przy stosunkowo żadnym nagłośnieniu medialnym? Miasto bowiem nie chwali się wydarzeniami których budżet jest niższy niż te 100 tysięcy, dużo częściej też chwalimy się jak ktoś z daleka do nas przyjedzie i coś zrobi. Po co nagłaśniać coś, co ktoś robi jakby prywatnie , choć za państwowe pieniądze, ale raczej z pasji niż służbowo? Mogło by się bowiem okazać że Ci którzy zajmują się tym służbowo, aż tak bardzo się nie starają. A nawet jeśli się starają to Ich poczucie estetyki nie schlebia aż tak wielu gustom, choć nagłośnienie medialne nieodmiennie im towarzyszy. Może nawet nie chodzi o brak poczucia estetyki, ale raczej brak wyobraźni przytemperowany przez urzędniczy magiel. Cóż kiedy wszystkie imprezy miejskie są udane, bo się o nich mówi i pisze.

Ten tekst miał być osobistym podsumowaniem roku, tymczasem energia opisu poszła w sprawy bieżące, w dodatku doskonale zdaje sobie sprawę z tego że nie jestem obiektywny... cóż nigdy nie próbowałem nawet być. Sztuka w przestrzeni miejskiej to z pewnością termin uwielbiany przez politykę, bo to doskonała forma oręża w walce o tanią popularność, palące są zawsze te problemy które widać, a sztuki w przestrzeni miejskiej trudno nie zauważyć. Może to więc będzie pomysł na promocję Truskawki? Swoją drogą warto prześledzić co tylko przez ten rok działo się z "Tęczą" Julity Wójcik, albo historię rzeźby "Komm Frau" Jerzy Bohdana Szumczyka, choć zestawianie obu tych realizacji bezpieczne nie jest, bo pierwsza powstała na zlecenie, a druga nielegalnie; obie jednak funkcjonują w szerszej świadomości społecznej dzięki mediom. Ale to tak daleko od mojego podwórka, gdzie obok truskawki podoba mi się wiele innych rzeczy, czasem nawet tych o których szerzej wzmiankują media.