Translate

czwartek, 3 września 2020

Spam wspomnień

No i dobrze, noga jest złamana i nic tego nie zmieni. Gdyby jeszcze ból był tak uciążliwy żeby nie myśleć, ale tak nie jest nadal myślę. W minionych latach wielokrotnie weryfikowałem empirycznie działanie spowalniaczy i przyspieszaczy różnych maści, mając nadzieję że któryś z nich skutecznie ograniczy tą czynność, ale żaden z nich nie sprawdził się na dłuższą metę. Mety wprawdzie nie próbowałem, ale wszystkie inne środki a i owszem. Tak było kiedyś.  Jak jest teraz?  Wstaję rano, robię śniadanie dla H. a potem żeby powstrzymać się od myślenia, albo od wessania przez otumaniający internet, zanim zmobilizuję się do czytania, albo do pisania, medytuje. To właściwie nic innego niż trwanie bez osądzania kogokolwiek i czegokolwiek, tylko się tak nazywa ładnie medytacja. Ale pomaga, pomaga nawet lepiej niż leki przeciwdepresyjne, które sprawdzałem kiedyś. Wspólnie jednak z panią doktor M.L. uznaliśmy że warto sprawdzić jak działa rzeczywistość w formie nie zmodyfikowanej. Okazuje się że jest całkiem znośna, w czym utwierdzam się każdego kolejnego dnia.
Gdybym jeszcze sprawniej się poruszał, zrobiłbym w domu wszystko co zaplanowałam że kiedyś zrobię, kiedy będę miał czas. Trudno mi teraz przypomnieć sobie co, ale zrobiłbym to, już właśnie zabieram się do pracy. Z listy rzeczy wybrałem jednak tę która nie wymaga mobilności, lub też wymaga jej w niewielkim zakresie. Postanowiłem zrobić porządek w archiwum fotograficznym i tekstowym, czuję że to coś jak ćwiczenia z pamięci. Zaczynamy.
Przypominam sobie jak na początku studiów na Akademii Sztuk Pięknych w Poznaniu mieliśmy za zadanie napisać esej o ulubionej fotografii, czy może esej o fotografii w ogóle, nie pamiętam dokładnie, a tekstu który wtedy powstał oczywiście nie mam. Było to na długo ( czy rzeczywiście ? ) przed upowszechnieniem edytorów tekstu, na długo przed upowszechnieniem się zapisu cyfrowego obrazów, ale nie jestem pewien czy był to całkiem inny czas? Ja w każdym razie już wtedy borykałem się z problemem archiwizacji. Negatywy wprawdzie zawsze zabezpieczane były w pergaminowe koszulki, ale już daty i miejsca pojawiały się na nich sporadycznie. O błogosławiony pliku EXIF, który pojawiłeś się wraz z cyfryzacją... Sam nie wiem co to zmienia, teraz niby daty stanowią jakiś punkt odniesienia, ale niematerialność utrudnia poszukiwania. Który to był dysk ? Jak nazwałem folder ? A plik ?
Znowu pada, a ja poddaję się melancholii bezproduktywnej i nużącej. Czy rzeczywiście? Przeczytałem co napisałem wczoraj i zastanawiam się nad aktualnością tego dziś. Pisałem coś o archiwum, ale nie wspomniałem o niepokoju jaki czasem we mnie wywołuje świadomość jego rozległości i bezużyteczności. To przecież żadne tam mapy porozrzucane na pustyniach zachodu, a nawet jeśli, to jedyne co jest w stanie je zadomowić to wspomnienia. Stłoczone ciasno w koszulkach, ściśnięte w segregatorach, obrazy w negatywach śnią swój sen o pamięci. Energia tej rzeczywistości skurczonej do dwóch wymiarów jest tak silna, że potrafi mnie obezwładnić. Nie ruszając się z miejsca próbuję wtedy odszukać w pamięci miejsce spoczynku tego odwróconego świata, widzę go, sam nie wiem ale chyba w odwróconej formie, najpierw sam obraz na negatywie a potem przypuszczalne miejsce spoczynku, jedna szafka, pudło z IKEI; potem na to wszystko nakłada mi się obraz miejsca gdzie wykonywałem zdjęcie, potem ludzie którzy ze mną byli w pobliżu, ale i tak archiwum przede wszystkim rozciąga się w czasie. Punktem zaś odniesienia pozostaję niezmiennie jakiś obraz.
Przypomniało mi się, jak przypominałem sobie "jak na początku studiów na Akademii Sztuk Pięknych w Poznaniu mieliśmy za zadanie napisać esej o ulubionej fotografii" Przypuszczam że mogło to być zadanie wyznaczone nam przez Alicję Kępińską, której wykłady zawsze pachniały tytoniem. Zazdrościłem jej kieszonkowej popielniczki wyłącznie do użytku osobistego palacza. Czy paliła na wykładach ? Niestety nie mam tego na zdjęciu, nie mogę skonfrontować wspomnień z rzeczywistością. Z pewnością pamiętam jednak że na wykładach wpadała w rodzaj transu, który hipnotyzował słuchaczy. Ponieważ nie mogłem znaleźć swojej ulubionej fotografii i po dziś dzień nadal szukam, napisałem że prześladuje mnie widmo obrazu który nie istnieje, ale który czeka na mnie abym go zamknął w bezczasie negatywu (bo wtedy był przede wszystkim negatyw). Tak bym to dziś napisał, tak to dziś napisałem,  ale jak napisałem wtedy nie pamiętam. Dokumentację poszukiwań mam poupychaną po szafach, czaka aby ją skatalogować, albo spektakularnie spalić. Oczywiście wcześniej przygotowując transmisję online z kilku kamer koniecznie.



     

poniedziałek, 17 sierpnia 2020

Pomiędzy



Ten tekst to kapsuła czasu, znalazłem w niematerialnym archiwum w ciele mojego komputera. Nie jestem pewien kiedy powstawał, kiedy zmaterializował się z bezczynności. Być może chwilę po wywołaniu filmów naświetlonych w czasie peregrynacji Puszczy Piskiej (2017,2018) Kolejny jego fragment powstał w czasie kwietniowego (2019) pobytu w Beskidach ( Wołowiec, Krzywa, Jasionka, Czarne )











Niby niczego nie oczekiwałem po tej wyprawie tak to sobie próbowałem tłumaczyć, ale czułem że się oszukuję. Myślałem może trafię w jakąś niszę, strefę pomiędzy wyobrażonym a rzeczywistością, soczystą, namacalną i to będzie nowe wizualne doświadczenie czasu. Wyobrażenie dotyczyło właściwie nie tyle tego co mógłbym zobaczyć, ile tego co mógłbym poczuć widząc, o tym że nie dotknę tego co było wiedziałem. Przeszłość, tamta warstwa nie istniała, nawet nie byłem pewien czy istniała pamięć. Bo może to tylko projekcja wyobraźni, a może to coś jak sztuczny implant wszczepiony w tkankę rzeczywistości, te parę drobiazgów rzeczywistości wprowadzało do mózgu rodzaj impulsu, o tym że coś kiedyś było.
Droga prowadziła mnie wzdłuż jeziora przez obszar rezerwatu, o czym informowała tablica przed szlabanem. Rezerwat dla pamięci pomyślałem wtedy, to takie miejsce które zostawia się na pastwę przyrody. Zapomnienie rodzi się z ludzkiego zaniechania i intensywności przyrody, ile cywilizacji już przez to przeszło? Wyobrażenie oczekiwało stuletnich świerków, tymczasem las sosnowy był świadectwem niemal moich czasów. Drzewa potrafią opowiadać historię, ale te tutaj milczały, może brakowało czasu żeby dostroić się do tej przestrzeni? Może nad rzucona w podróży droga, to nie do końca przypadkowe zboczenie z trasy, to za mało by TO dotknąć. Może powinienem tu przyjechać na dłużej? Może powinienem tu zostać? Małe koła roweru grzęzną w podmokłej drodze, coś co miało być ułatwieniem staje się balastem, prowadzę rower, żadnych wskazówek, poza tablicą że jestem na terenie rezerwatu. Las milczy, ale po chwili słyszę odgłosy piły łańcuchowej, a potem odgłos walącego się drzewa. To tylko współczesność upada z hukiem.
Mam ze sobą dwa aparaty fotograficzne; tylko po co? Co raz częściej zadaję sobie pytanie, czy to nie przypadkiem takie narzędzia do odczyniania teraźniejszości? Precyzyjne i bezlitosne - cyfrowe, albo mgliste i z podejrzaną aurą - analogowe, co raz częściej wydaje mi się że stają się balastem, jeśli rzeczywiście chce się coś zobaczyć. Już nawet nie dlatego że wielkoformatowa kamera rzeczywiście sporo waży, podczas gdy ja zupełnie niedawno zacząłem się podpierać laską i to wcale nie po to by podszywać się pod dandysa. Szukając aury zorientowałem się że gdzieś obok mnie wykiełkował jakiś upiorny pospiktorializam, że to już nie postindustrialni palacze opium tylko neoromantyczni wąchacze eteru, podczas gdy to znowu jest symulacja! Zapomniane widoki bezużytecznych krajobrazów, z egzotycznych podróży odbytych dzięki biurom podróży. To symulacja czasu przeszłego, już nawet nie rzeczywistości za oknem, ale jakiejś jej wynaturzonej reprezentacji, jakże dotkliwie redundantnej.
Czasem gdy wykonywałem sobie autoportret, w sposób nie pozbawiony kreacji upewniałem się że istnieję. A teraz? Jak bardzo powinny być poręczne urządzenia do rejestracji by zanotować myśl, która wdziera mi się w krajobraz czyniąc go mniej czytelnym, czy bardziej wieloznacznym. Jak bardzo doskonałe by zarejestrować to co czuję, a nie to co widzę ? 










Lekko przekrzywiony drogowskaz, wyryte w desce trzy krzyże i napis C M E N T A R Z wskazały mi dalszą drogę. Nieistniejąca wieś musi być też niedaleko, tak przynajmniej lokalizował okolicę GPS, bo nie miałem precyzyjnych współrzędnych, wybierając drogę kierowałem się niejasnymi przeczuciami i wskazówką miejscowych z pobliskiej wsi. Przepraszam Panią, zapytałem gospodynię która uchyliła drzwi ostatniego graniczącego z lasem domu, czy to tutaj jest gdzieś ta nieistniejąca wieś? Dopiero po chwili zadaję sobie sprawę z absurdalności pytania, ale kobieta którą zagaiłem o drogę wcale nie była zaskoczona. Potem wracając z rozpoznania, pojawiało mi się kolejne pytanie, z którym pozostałem już sam. Gdzie się podziali ci wszyscy zamarli skoro groby są puste ? 
Sprowadziły mnie tu Dzieci Jerominów, książka wydana na papierze biblijnym II klasy; co to w ogóle znaczy papier biblijny? Cienkie jak pergamin prawie prześwitujące strony, w trakcie lektury przy złym oświetleniu czcionka z obu stron nakłada się na siebie i treść pozostaje nieczytelna. Na pierwszej stronie pieczęć - exlibris Powiatowa Biblioteka Publiczna w Koninie, kolejna strona to okrągły stempel Biblioteki przekreślona pieczęcią w y c o f a n e z o b i e g u c z y t e l n i c z e g o. A teraz jest w moim małym obiegu czytania, pomiędzy półką w pokoju, stołem w kuchni, biurkiem, pralką na którą dokładam książki czytane w wannie, między dłońmi i linią wzroku, w głowie… Ile zawiera obrazów?
Ernst Wiechert człowiek z Mazur; nauczyciel z Królewca, Berlina, a potem … bez państwa, rozczarowany nazistowskimi Niemcami zamieszkał w Szwajcarii. 

Oglądam jezioro przez ścianę gubiących liście drzew, które nie opowiadają historii,  oglądam miejsce w którym toczyła się akcja powieści, spaceruję na granicy rzeczywistości i fikcji, granica między nimi zawsze jest cienka i chociaż nic nie rozpoznaję czuję że autor  musiał widzieć to miejsce, mógł ich wszystkich znać: von Balk, Maria Jeromin, ksiądz mieszkający na wyspie, Chucholek … to ostatnie nazwisko odnajduję na jednym z grobów, pozostałe są nieczytelne. Musiał ich wszystkich znać jak każdy twórca który przeczuwa granice własnej wyobraźni. A może ich wymyślił? Małe dziecięce groby, te są najbardziej puste, ich pustka wsysa wyobraźnię pod ziemię pomiędzy drobiny piasku w którym jestem tego pewien, nie ma już żadnych szczątków. Kim byli ci którzy przyszli tu pewnie nocą, rozkopali groby wygrzebując z ziemi drobne przedmioty: obrączkę, medalik od chrztu, jakiś pierścionek, może zaręczynowy. I teraz nikt już ich nie opłakuje, oglądam współczesne znicze może pozostałość po projekcie który miał ich upamiętnić, ale w budżecie zabrakło środków na uprzątnięcie grobów. Sosnowy płotek okala świadectwo entropii, jest też tablica; powinno być na niej napisane: opowieść o znikaniu. 

 Jest kwiecień 2019 i jestem tutaj w Wołowcu, wypuszczam powoli powietrze tak by cisza nie rozsadzała głowy. Słyszę szum wentylatora w laptopie, to dźwięk który przywiozłem tu ze sobą, brzmi teraz obco chociaż znam go. Nie ma innych dźwięków. Kiedy otwieram okno widzę ciemność, nie rozpoznaję linii drzew która za dnia ukrywa horyzont, nocne niebo zlewa się z ziemią, tworząc jedną masę tkwiąca teraz w bezruchu.
No więc znowu zabrałem aparaty. Znowu mi ciążą i znowu i co raz bardziej zdaję sobie sprawę jak złowróżbnie brzmi słowo aparat. Może to przez różnorodność skojarzeń? Aparat ortodontyczny, aparat represji, jakie jeszcze znam aparaty?
Wobec rzeczywistości jestem bezradny, a jednak ciągle prześladuje mnie obraz który nie istnieje…
Ale krajobraz trwa, niby podlega zmianom, ale trwa. Krajobraz jest w tym podobny wspomnieniom i te zbiegiem czasu zarastają. Organiczny software wygładza szczegóły. Trwałość to iluzja, zamknięta w bursztynie czasu. Negatyw, to co było jest teraz odwrotne, czy byłem tam w tym odwrotnym świecie? Rzeczywistość fotografii miesza mi się z rzeczywistością w stanie czystym, ale czym jest rzeczywistość w stanie czystym ? 

środa, 5 sierpnia 2020

Świat poza czasem

W ubiegłym roku w związku z tytułowym projektem trzy razy odwiedzałem Wołowiec. W związku z projektem, który zaczął się osiemnaście lat temu. 
                                  Za kierownicą malucha, gdzieś w drodze - Beskid 2002
Trzy razy, trzy pory roku, i za każdym razem wyjazd był zupełnie inny. Kwietniowa podróż miała być czasem na rozpoznanie, zbadanie terenu i ćwiczenia z pamięci. Osiemnaście lat to mnóstwo czasu, zwłaszcza jeśli w międzyczasie nie miałem okazji odświeżyć sobie spojrzenia. Cóż z tego, że miałem zdjęcia sprzed lat, lecz był to tylko obraz mojego wyobrażenia na temat tego, co wydarzyło się wtedy w Jasionce i w Krzywej, nawet jeśli rzetelny, to jednak zabarwiony emocjami. Chciałem więc przywołać krajobraz, może kogoś spotkać, wierzyłem, że jeśli przyjadę na Święta Wielkanocne, może przyjadą też i dawni uczestnicy, którzy z pewnością rozproszyli się po Polsce, po świecie. Krajobraz nie rozczarował mnie, chociaż nie mogłem sobie nic przypomnieć. Drogi niby biegły tak samo, ale dziury były już w innych miejscach, a to, co na poboczach, zmieniło się nie do poznania. Po kilku dniach objazdów po okolicy i zapuszczaniu się nieco dalej zapukałem w Krzywej do domu bez ogrodzenia od strony drogi, bez psa na podwórku i z niewielkim dystansem do przejścia. Miałem ze sobą zdjęcia, czarno-białe portrety, miałem też album Świat wydany przez Wydawnictwo Czarne w 2002 roku, poza tym mnóstwo obaw i trochę optymizmu. Trafiłem na panią Elę Jawor, która bez problemu rozpoznała wszystkie dzieci ze zdjęć, ale nie mogło być inaczej, skoro dwóch jej synów – Kuba i Michał, brali udział w projekcie w 2002 roku. Dowiedziałem się, kto został na miejscu, kto wyjechał, kto czasem się pojawia. Zostałem poinformowany, że jej młodszy syn Kuba pracuje i studiuje w Toruniu, a to blisko mnie, blisko Bydgoszczy, mogłem więc łatwo nawiązać z nim kontakt. Tylko jak? Podpowiedź uzyskałem od pani Eli – Facebook. Na drugi dzień odwiedziłem dyrektora szkoły, w której działaliśmy z Pawłem Kulą w 2002 roku. Trochę się nasłuchałem o zmianach, jakie nastąpiły w Stowarzyszeniu. Szkoła nadal stała, jednak działała jako niepubliczna. Zmiany, zmiany. Dyrektor Marek Połeć był gotów udostępnić sale szkolne na warsztaty. Poinformował też, że następnego dnia ma przyjechać jego córka Marcelina, która brała udział w warsztatach. Wieczorem oglądałem zdjęcia sprzed osiemnastu lat i wyglądały już jakoś inaczej, powoli zaczęły wypełniać się żywą historią i przede wszystkim przestały być anonimowe. Kolejnego dnia, a może następnego, bo w sumie spędziłem tam wtedy prawie tydzień, odwiedziłem znowu Elę Jawor. Pokazała mi teczkę Kuby z pracami zrobionymi na warsztatach: powiększenie muchy i zdjęcia z kamer otworkowych, które wtedy też naświetlaliśmy. Wzruszyłem się, oglądając te artefakty – wzruszył mnie nie tyle ich widok, co pieczołowitość, z jaką były przechowywane. Potem odwiedziłem ponownie Marka i spotkałem się z jego córką, której opowiedziałem o moich planach. Spodobał jej się pomysł i obiecała pomóc skomunikować mnie z pozostałymi uczestnikami projektu. Na święta agroturystyka u Hutyriaków, gdzie się zatrzymałem, wypełniła się przyjezdnymi, którzy przyjeżdżali tam co roku i czuli się jak u siebie, a ja cały czas byłem podróżnym z czasu przeszłego. Pogoda była ładna, więc zapuszczałem się coraz dalej, ale cały czas krajobraz ze zdjęć, który był moją pamięcią, nie pasował do tego, co widziałem. Cmentarz w Czarnem wyglądał na wypielęgnowany, w porównaniu z tym, jak go pamiętałem.
Potem było planowanie wyjazdu na sierpień i przygotowania do warsztatów, koordynacja urlopów Pawła Kuli i mojego, rezerwacja noclegów, no i najważniejsze –nawiązanie kontaktu z dawnymi uczestnikami. Nie odezwał się niestety Piotr Janowski, który był inicjatorem akcji w 2002 roku. Po stworzeniu grupy na Facebooku, czym zajęła się Marcelina Połeć, zaczęło się wspominanie. Kiedy padła propozycja spotkania, wszyscy, którzy komunikowali się ze mną, zareagowali entuzjastycznie.  
W sierpniu, po przyjeździe na miejsce, rzeczywistość okazała się troszkę inna. Wprawdzie znalazłem tu i tam plakaty informujące o warsztatach, a przed przyjazdem Ela Jawor poinformowała mnie, że mogę się spodziewać dwudziestu uczestników, to jednak kiedy wszystko było już gotowe (jedna z sal w szkole przerobiona na ciemnię, materiały na warsztaty przygotowane), na zajęcia nie przyszedł nikt. Gdy po dniu oczekiwania poszedłem do Eli, by zapytać, co się mogło stać, była równie zdziwiona jak ja.  
Z nikim innym ze Stowarzyszenia nie miałem kontaktu, dyrektor raz się uśmiechał, raz było mu przykro. Uczestnicy projektu z 2002 zamilkli przyczajeni gdzieś w sieci, tylko pogoda dopisywała. Na drugi dzień zacząłem kursować pomiędzy Krzywą a Jasionką, zaczepiając napotkane dzieci i zapraszając je na warsztaty. Mimo wszytko nie traciłem optymizmu, że coś się jednak uda zrobić. No i udało się, w sumie przez ponad tydzień przez szkołę w Jasionce przewinęło się trochę dzieci, a nawet pojawił się ktoś dorosły.
   Uczestnicy warsztatów w 2019 roku - przed Szkołą Niepubliczną w Krzywej 
Po powrocie do domu przeczytałem książkę Pusty las Moniki Sznajderman, którą zamówiłem wcześniej, ale przyszła dopiero po powrocie z Wołowca – tak widać być musiało. Pamiętałem, że w kuchni domu Hutyriaków w czasie sierpniowego pobytu widziałem plakat informujący o spotkaniu przy książce, które odbyło się w lipcu, i żałowałem, że mnie wtedy tam nie było. Książka okazała się pasjonującą, pełną czułości inwentaryzacją minionego, utkanym ze słów obrazem miejsca, którego ułamek stał się też moją historią, pełną nostalgii opowieścią o ludziach, którzy oddali siebie tamtej ziemi, a których inni ludzie siłą z tej ziemi wygnali. Myślę o tym, co dzieje się teraz w kraju, i zastanawiam się, czy historia czegokolwiek nas uczy? Czytałem książkę, mając w pamięci jeszcze świeży obraz miejsc i niewywołane filmy, czytałem, próbując nadkładać te obrazy na krajobraz, który wyczytywałem z książki. Dziwne doświadczenie. Po lekturze chciałem zobaczyć to wszystko jeszcze raz i wróciłem w listopadzie, na Wszystkich Świętych.
Na Boże Narodzenie w prezencie od rodziny dostałem album z fotografiami Romana Reinfussa Karpacki świat Bojków i Łemków – byłem oczarowany tymi zdjęciami i też inaczej zacząłem patrzeć na portrety, które wykonałem w 2019. Zrozumiałem, że potrzebują czasu, żeby dojrzeć. Wywołałem w międzyczasie filmy, kilka portretów, trochę krajobrazu – nie byłem do końca zadowolony. Nawiązałem kontakt z uczestnikami warsztatów sprzed osiemnastu lat, ale już zdjęć im nie zrobiłem, może z wyjątkiem portretu Marceliny. Rok na taki projekt to mało. Warsztaty odbyły się, ale już zapał młodych uczestników w niczym nie przypominał entuzjazmu, jaki towarzyszył warsztatom w 2002 roku. Coś się jednak wydarzyło, historia zatoczyła koło, a może lepiej napisać, że historia znowu ruszyła i trwa? Bo przecież wiem, że będę musiał znowu wrócić w Beskidy.
   Jesień - droga do Wołowca 2019 roku.
    P.S. Poniżej fotografie wykonane w czasie warsztatów w roku 2002 
     Na zjeżdżalni w pobliżu Szkoły Podstawowej w Krzywej, od lewej Janek Chomiak - nadal mieszka w Beskidach, Marcin Wszołek, spogląda gdzieś w dal może tam gdzie obecnie mieszka, bo mieszka w Ameryce 

Od lewej Grzegorz Król, Arek Król, Wojtek Król - nadal mieszkają w Beskidach .



Marcin Wszołek 

    


                   Ula Król, obecnie Król Sarnecka, mieszka w Anglii .



Sabina Juruś, obecnie Juruś Pasoń, mieszka na Mazurach.

Bydgoszcz, 26 lutego 2020 roku Marek Noniewicz


środa, 27 marca 2019

Wspomnienia z nieistniejących światów

Dzisiaj jestem chory, ale niezbyt chory.
Mam temperaturę niższą niż mój pies, wyższą niż temperatura w mieszkaniu, tylko trochę większą niż liczba zębów dorosłego człowieka z pełnym uzębieniem, ale jednak inną niż standard zdrowia przewiduję.
Nawiasem mówiąc pies też ma temperaturę wyższą niż powinien, przynajmniej miał wyższą kiedy ostatnio niecały tydzień temu badał go weterynarz. Od tego czasu, bodajże od czwartku dostaje antybiotyk zgodnie z zaleceniem, nawiasem mówiąc bardzo ładnej i sympatycznej Pani Oli.

Biorę taki sam antybiotyk chociaż nie przepisała mi go Pani Ola.
Od ostatniego posta upłynęło mnóstwo czasu, mnóstwo zapisków ulotnych nie znalazło się na blogu. Nie dałem im licencji, albo moje lenistwo zwyciężyło nad moją chęcią; jakby to napisał Vlastimil Tresnak.
Ostatnio jednak powstał tekst do katalogu wystawy Grzegorza Przyborka. Koan to tytuł wystawy, którą można oglądać w Muzeum Okręgowym im. Leona Wyczółkowskiego w Bydgoszczy. Wystawy którą pragnę polecić po pierwsze dlatego, że bardzo cenię sobie pełną dyscypliny twórczość tego artysty, po drugie dlatego że kontakt z "żywą " fotografią jest zawsze lepszy niż ten zapośredniczony przez internet. Wystawa to efekt pracy nie tylko samego artysty, choć oczywiście on jest tu bez wątpienia najważniejszy, warto jednak zaznaczyć że nie doszło by do niej bez wysiłku i determinacji kuratorki Moniki Kosteczko-Grajek.
Bardzo bym się cieszył gdyby lektura tekstu, zachęciła kogoś do wizyty w Muzeum.
Obrazy - pytania, Przyborka to jeden z tych nielicznych już przypadków gdy powiedzenie "jeden obraz wart jest więcej niż tysiąc słów" ma jeszcze moc.

Wspomnienia z nieistniejących światów

Nigdy nie znajdował innego schronienia niż przestrzeń ...

Trzymam w ręku plan wystawy Grzegorza Przyborka w Galerii Sztuki Nowoczesnej MOB. Widoczne na schemacie geometryczne znaki, symbolizujące wybrane dzieła artysty, oraz wielobarwne linie, określające sposób ich rozmieszczenia w przestrzeni ekspozycyjnej, tworzą rodzaj mapy. Przyborek (także świetny pedagog) zabiera widza w intelektualną i emocjonalną podróż w niezbadane dotąd rejony. Nie pokazuje rzeczywistości jeden do jednego, lecz stwarza ją na nowo. Integralną cechą jego twórczości jest materialność. To ona wyznacza tropy interpretacyjne dzieł, będących znakomitym przykładem żywej historii fotografii. Zdjęcia, realne i namacalne, niepoddane cyfrowej obróbce, odsyłają widza w obszary ulotnej duchowości.

Serię prac Wspomnienia z Arles – dziś już niemal ikoniczną – poprzedziły rysunki. Widać w nich niesłychaną dyscyplinę, jakiej poddaje swoją wyobraźnię twórca. Oszczędność środków sprawia, że komunikat, choć niejednoznaczny, staje się czytelny. Ulotność wspomnień nie poddaje się grawitacji, nawet jeśli przybierają one określony kształt, sprowadzony do prostych elementów wyjętych z krajobrazu naszej codzienności, czy też z pejzażu mijanego gdzieś w podróży. Świat wspomnień rządzi się innymi prawami, jego fizyka jest w istocie metafizyką; ta odrębność pozwala uwierzyć, że pióro może być punktem oparcia dla kamiennego wahadła na sznurku, zastygającego pod kątem ostrym ponad płaszczyzną horyzontu. Patrząc na Stół do przygotowywania unoszących się obiektów, wiem, że codzienność pozostała za oknem, przez które do wnętrza sączy się jedynie mleczne światło. Cykada przysiadła na parapecie i zamilkła (cisza jest obecna niemal we wszystkich pracach Grzegorza Przyborka). Ucieczka od grawitacji zaczyna się od Wspomnień z Arles.

Wspominając, można oczyścić przeszłość z elementów zbytecznych, nadać wspomnieniom nową formę. Obraz podróży, który mógłby zmaterializować się bezpośrednio w aparacie, jest z założenia redundantny. Fotografię, jaką zwykliśmy uprawiać czy oglądać, Przyborek traktuje jak notatnik. Dopiero z notatnika wyłaniają się formy przefiltrowane przez wyobraźnię, którym artysta nadaje nowy kształt. W Portretach, zainspirowanych wizytą w klasztorze Saint Roman na południu Francji, notatkami są zdjęcia wykutych w wapiennej skale grobów z IX wieku. Pamięć musiała zachować szereg innych detali, które wymknęły się mechanicznej rejestracji; w takich miejscach przesiąkniętych obecnościami z minionych wieków wszystkie zmysły pozostają w stanie czuwania. Wreszcie czas wyzwolił pamięć z uporczywego brnięcia w szczegóły i nadał nowy kształt wspomnieniom. Z kamiennych grobów wyłaniają się obrazy idei, które są jak pytania towarzyszące nam od zarania dziejów. Demon bez twarzy, okolony lśniącymi kolcami, stoi na kruchej konstrukcji uwitej z patyków. Chwiałby się pewnie, gdyby nie podtrzymujące go sznurki, wyrastające z połatanego ciała i zakotwiczone w przestrzeni obrazu. Pielgrzym to z kolei pusty, zgarbiony kształt umocowany na czterech kółkach, z wbitymi w plecy piórami i śmigłem sterczącym z piersi. Jest jak zabawka, która śni o lataniu – ten sen będzie trwał i przyjmował różne formy w późniejszych pracach Przyborka. Rzeczywistość każdego ze wspomnianych dzieł tworzy odrębny świat; to światy wyimaginowane, które tylko z pozoru wydają się być obce. Może nie należą do nas, lecz jeśli tylko poświęcimy im wystarczająco dużo uwagi, za parawanem symboli tak lekkich, że niemal przezroczystych, dostrzeżemy pytania, które znamy i które odsyłają nas do spraw podstawowych. Może to pytania o naszą kondycję?

Kształty bez formy, cienie bez barwy / Siła odjęta, gesty bez ruchu .

Hotel to przejściowy dom, Europa – kontynent, który odcisnął największe bodaj piętno na współczesnej cywilizacji. Prace z serii Hotel Europa to martwe natury – utopijne światy, za horyzontem których zapadła ciemność; z ciemności wyłaniają się misterne konstrukcje. Prawie wszystkie nie dotykają płaszczyzny, na której zostały wzniesione. Jak bardzo są odległe od pragmatycznego rozumowania i postrzegania nas samych? Jak bardzo oddaliliśmy się od wartości, które ukształtowały naszą cywilizację? Fotografie Przyborka zdają się mówić, że nasza prawdziwa natura jest martwa, pozostały tylko odpryski symboli, których znaczeń już nie pamiętamy. Kadłub Arki pokonanych to przecież jedynie wręgi, a dłoń – mogąca „podtrzymać” sens stworzenia świata – zwisa bezwładnie. Nie ma tu gotowych odpowiedzi, tak jak nie ma gotowej instrukcji rozumienia.
Fotografia to w istocie spojrzenie cyklopa, punkt widzenia aparatu jest jednokierunkowy. Konfrontując zdjęcia z serii Thanatos z obiektami, możemy dociec, na ile subiektywne jest spojrzenie artysty. Formy obiektów, mimo iż poprzedzają obraz fotograficzny, same w sobie są „martwe” – to światło zamyka je w anamorficznym spojrzeniu aparatu i stwarza na nowo.
Czasem myślę, że każda z prac jest w jakimś stopniu opowieścią o walce z grawitacją. W Utopijnych obiektach będzie to szkielet konstrukcji, którą unieść mogą tylko marzenia, w Cantus lamentus – bezgłośny, rozdzierający krzyk niemocy. W twórczości Grzegorza Przyborka przestrzeń obiektów miesza się z płaską, dwuwymiarową rzeczywistością fotografii, ale to właśnie fotografie urealniają niemożliwe.

Nielot – obiekt, rzeźba i zdjęcia tworzą wspólną opowieść o walce niemocy z fantazją. Jej wynik nie jest ważny, i tak go z resztą nie poznajemy. Istotne jest podejmowanie próby, bez względu na rezultat; imaginacja nie ma ciężaru i uniesie nas, jeśli tylko zaufamy instynktowi i wyrwiemy się z pajęczyny myśli. Do tego nakłania nas Koan. Artysta wybrał taki tytuł wystawy, jakby rzucając koło ratunkowe widzowi tonącemu się w morzu postmodernistycznych odniesień. Koan to szczególne ćwiczenie dla umysłu, zalecane uczniowi przez mistrza zen. Specyficzny dialog, w którym odpowiednio skonstruowane pytanie prowokuje do poszukiwania odpowiedzi poza obszarem logicznego rozumowania. Tylko zatrzymując umysł, możemy odnaleźć klucz do odczuwania.



Bydgoszcz, 16 grudnia 2018 r.

Marek Noniewicz

P.S.
Polecam znakomity katalog który towarzyszy wystawie, w którym też znaleźć można powyższy tekst uzupełniony o źródła cytatów.

Obserwatorzy