Translate

poniedziałek, 4 czerwca 2018

Słońce





„światło każdego dnia znaczy ostatnio więcej”
Frank O´Hara



O tej porze roku latem sień pozostaje otwarta na oścież, każdego dnia światło wchodzi do kamienicy bez pukania. Słońce prześlizguje się po pokrytych złuszczającą się brązową farbą drzwiach, zatrzymuje się na tych zamkniętych od piwnicy w kolorze nijakim. Drzwi do piwnicy mają w lewym dolnym rogu wycięty kwadrat dla kota, ponieważ Słońce doskonale zna kocie ścieżki rozpoznaje ten prześwit i ostrożnie schodzi po schodach na dół. Daleko jednak się nie zapuszcza, brak mu czasu na mroczne wędrówki, zatrzymuje tylko się na drugim stopniu rozświetla pajęczyny i wraca. Wydawałoby się że podróż ta odbywa się bezszelestnie, ale tak nie jest. Ślizgając się po liściach rosnącej obok komórki śliwki woła za sobą Cień, on zaś opowiada o tym spotkaniu spektaklem który przez kilka minut rozgrywa się na piwnicznych drzwiach. Spektaklem bez specjalnej scenografii z towarzyszeniem szumu liści i prostszym niż laterna magica. Wchodząc do domu przerywam na chwilę akcję i chodź w pobliżu nie ma nikogo, czuję się jakbym opuszczając trwający jeszcze pokaz zasłaniał sobą jakąś ważną scenę, decydujący moment w którym drobinki kurzu w snopie światła przecinają przestrzeń w głębi korytarza.
W tym samym czasie w domu, stojąca na kuchennym parapecie paproć wspomina prehistoryczne czasy rzucając się długim cieniem na podłogę. W łazience wchodząc przez mały świetlik Słońce sprawdza czy mnie tam nie ma, jak dyskretny Voyeur ślizga się po wilgotnych kafelkach w stronę wanny, tam skupia całą swoją uwagę na kroplach wody i wędrując dalej omiata swoim ciepłem mokry ręcznik frote, który stroszy się pod dotykiem i pokornie wysycha z tęsknoty. Śledztwo kończy się refleksem na klamce drzwi od łazienki, nie zrażone niepowodzeniem Słońce rusza dalej.
Jest koło jedenastej. Czeka teraz w korytarzu obok bambusowej szafki na buty, oświetlając sandały sugeruje mi wybór, ale ja zostaję dziś w domu. Mam wolne! Będę czekał w pokoju kiedy ponownie mnie odwiedzi, może zaskoczę je stojąc przy oknie? Złapię promień popołudnia w słowo – obraz ? A może Słońce zaskoczy mnie, z rękoma na klawiaturze i wzrokiem rozbieganym po pokoju w poszukiwaniu słowa – obrazu, Światła.

Cytat : „ Wstawanie wcześniej niż
kto inny (Słońce)"
z tomu Twoja pojedynczość PIW 1987 przekład Piotr Sommer

poniedziałek, 23 października 2017

Jagdschütz

Wrzuciłem na Instagram obraz budynku. Okna zabite płytami paździerzowymi, a małe lufciki u góry pokryte były pajęczyna pęknięć z dziurami na wylot, zupełnie jakby ktoś zrobił pająkom na złość i rzucił w pajęczynę kamieniem. Na początku plan był inny, wtedy jeszcze przychodzili tu ludzie, na drzwiach wisiała kartka z godzinami otwarcia. W oknach wisiały firanki impregnowane kurzem, a na parapecie stało kilka kwiatów z rodzaju tych których nie trzeba podlewać zbyt często. Budynek stał na skrzyżowaniu ulic, właściwie na peryferiach osiedla. Do lasu stąd był zaledwie kawałek drogi i właśnie od strony lasu przyjechałem tu po raz pierwszy, musiało to być jakieś lato, ze dwa albo trzy lata temu. Na skrzyżowaniu stoi też latarnia, oświetla niedbale budynek jakby zawstydzona jego obecnością i stanem. W jej świetle musiałem zobaczyć go po raz pierwszy. Cały upstrzony był napisami, które nie niosły żadnej treści, a były śladem jakichś obecności, bo ludzie od zawsze próbują pozostawić po sobie ślad, nawet wtedy kiedy z góry skazane jest to na porażkę. Często jeśli jest to nielegalne, pokusa jest jeszcze silniejsza. Przypuszczalnie dlatego że na osiedlu ludzie spędzają czas głównie w domach nie ma potrzeby stawiania tutaj ławek, z wyjątkiem przystanków autobusowych i skweru przy pomniku ludzi poległych w walce, nie ma gdzie usiąść. Pewnie dlatego wąski parapet stanowił znakomite miejsce do relaksu przy piwie zakupionym w położonym obok całodobowym sklepie spożywczym PSS. Na szybie od wewnątrz, napisane stało B I B L I O T E K A, czcionką o której przypuszczalnie żaden typograf nic nie wiedział. Kiedy wrzuciłem na Instagram to zdjęcie, ktoś napisał w komentarzu, że to strasznie smutne. Nie mogłem, czy nie chciałem odpisać? Nie pamiętam. Z pewnością byłem innego zdania. Z projektu Czytelnicy nic nie wyszło i nie powstała tam żadna świetlica kulturalna. Dziś kulturalnie rośnie tam roślinność ruderalna.

Wcześniej czasem przejeżdżając obok rowerem robiłem zdjęcie, czasem przejeżdżałem obok rowerem i myślałem że powinienem zrobić zdjęcie, ale nie robiłem nic. Ta druga sytuacja zdecydowanie bardziej mi odpowiadała. Obserwowałem jej powolny rozpad. Kiedyś pomyślałem że to zadziwiające, będąc wielkości osiedlowego warzywniaka spotka ją ten sam los co Bibliotekę Aleksandryjską. Nie żeby zaraz ją tam ktoś podpalił, ale zwyczajnie zniknie a adres, ulica Czołgistów 5, pozostanie tylko pustą działką. A potem, a wyrosną tutaj polne kwiaty które kołysane wiatrem opowiadać będą zupełnie inna historię jeszcze przez nikogo nie napisaną. Nie trzeba było czekać paru lat, w ogóle nie trzeba czekać.
Zaraz za tym budynkiem kiełkował las ogrodzony drucianym płotem, rosły tam wysiane w równych rzędach brzozy i sosenki. Mogły mieć ze cztery lata i były tam za nim sprowadziłem się na Jachcice.

Tymczasem obok powoli wyrastał nowy gmach, dużo bardziej okazały. Powoli wżynał się w krajobraz. Najpierw pojawiła się skrzynka rozdzielcza z doprowadzeniem prądu, biegnąca tędy droga lekko się wygięła omijając pusta jeszcze działkę. Potem chyba pojawił się słup, wieża z ocynkowanego metalu góruje nad krajobrazem dwupiętrowych domków osiedla. O zmierzchu podświetlona zachodem wygląda jak latarnia. Najpierw purpura podbita przez odbicie w metalu, odcina się od ciemnogranatowego nieba, potem powoli blednie na chwilę zapada ciemność a potem budzą się latarnie.
Miałem w planach fotografować czytelników, wyobraziłem sobie te zdjęcia i wszystko przepadło. Dlaczego? Wybrałem się kiedyś do biblioteki po to żeby jakoś zacząć, ale obrazy które zaczęły kiełkować w umyśle, były już właściwie gotowe. Przypuszczalnie problem polegał na tym, by bezpośrednio z głowy wrzucić je do Internetu na jakiś serwis, bloga czy stronę internetową. Albo jeszcze lepiej zrobić transmisję strumieniową myśli on line. Tymczasem nie było to możliwe.

Nie rozczarowałem się wchodząc do środka. Cztery rzędy szaf wypchanych książkami niemal pod sufit, pod sufitem migocząca jarzeniówka, a na prawo od tych szaf malutkie biureczko, stolik a przy nim uśmiechnięta Pani bibliotekarka. Fakt że w budynku było światło nie powinien zaskakiwać, zadziwiające jednak było to że nie było w nim ani telefonu, ani Internetu, a to przecież XXI wiek był. Pomyślałem że z tego miejsca znaki i słowa wychodzić mogą tylko pod postacią obrazów powstających w głowach tych którzy książki czytają. Postanowiłem zapisać się i sprawdzić czy to działa.

Jachcice. Kiedy sprowadziłem się tutaj zaskoczyła mnie powolność zdarzeń które biegły zupełnie innym rytmem niż na blokowisku. Blok to zupełnie inna historia, zagęszczenie dokonujące się w pionie jest czymś absurdalnym i nienaturalnym. W nocy nawarstwione sny mieszają się i mylą adresatów. Na Jachcicach czas rozchodzi się we wszystkich kierunkach nieskrepowany przestrzenią. Wystarczy wyjść za próg domu, a historie uderzają ze wszystkich stron. Z zakamarków zarośniętych ogrodów wyłaniają się proste opowieści, trzeba je tylko umieć oddzielić od przypadkowych myśli. Czasem wydaje mi się że fotografie są jak przypadkowe myśli o czymś co bezskutecznie próbujemy zapamiętać, ale nie potrafimy. Robimy zdjęcie i ten absurdalny gest rozcieńcza naszą pamięć. Fotografia nie jest sztuką, sztuką jest budowa znaczeń.


Budynek nieistniejącej już Biblioteki na Jachcicach rok 2015 fot. autor ©

piątek, 31 marca 2017

...

Podróż, odjazdy i spokój. Będziemy wiecznie dojeżdżać i odjeżdżać
wciąż tymi samymi drogami, choć jest ich tak wiele.
A drzewa, słupy telegraficzne i domy nabiorą kształtów naszego wieku.
Pierre Reverdy
przekład Julia Hartwig



Podróż trwa. Czy ruch jest zaprzeczeniem harmonii, czy może właśnie próbą jej odnalezienia? Bieguni (sekta, którą w swojej nomadycznej powieści przywołuje Olga Tokarczuk) przypominają, że w bezruchu czai się diabeł.
Druga wizyta w Galerii Miejskiej bwa nie wniosła w zasadzie nic nowego. Wróciłem, by pewne rzeczy uporządkować, ale – mimo braku towarzystwa, które na wernisażu bywa często źródłem anegdoty, rzadziej zaś pretekstem do wymiany opinii – wszystko uległo rozmyciu jak krajobraz za szybą pędzącego samochodu. Pomyślałem, że zboczyłem z trasy i nie mogę zlokalizować punktu przecięcia dróg podróży – artystki i mojej. W którym miejscu był ten punkt? Czy jestem w stanie odnaleźć w przestrzeni wystawy coś, co zatopiło się w czasie?
Na wernisażu spotkałem A. Rozczarowany stwierdził, że mnogość wątków jest zbyt duża, formaty prac zbyt zróżnicowane, a rozmieszczenie zbyt chaotyczne. Czy aby na pewno? Ja ze zdumieniem odkryłem, iż nie przeszkadza mi ani ilość, ani jakość zgromadzonych na wystawie fotografii. Czy to przejaw ignorancji, czy też – w czasach nadmiaru i przesytu – zupełnie świeża sytuacja? Tak jak w podróży, kieszenie mojej wyobraźni wypełniły się nie tyle obrazami, tak różnymi od typowych widokówek, co tymi wszystkimi artefaktami zgromadzonymi w gablotach, resztę zaś dopełniła opowieść, którą między nimi odnalazłem. I chociaż wolę wierzyć przedmiotom, będącym świadectwem realnych spotkań z ludźmi i miejscami, dla których obrazy są jedynie świetnym tłem, to jednak głównie opowieść mnie zawłaszczyła i nie mogłem, nie chciałem się przed nią bronić.

Podróż to przebywanie ze światem: z obrazami, dźwiękami, zapachami, ale też z samym sobą. Doświadczanie. Odbieranie wrażeń. Zapamiętywanie¹.

Trzymam w rękach paszport, choć tym razem nie czekam na odprawę, odczuwając na przemian niepokój i ekscytację. Ruszam w drogę. Dokument, który kartkuję ze zdziwieniem oraz przyjemnie zaskoczony tą intymną, pasującą do całości formą, to katalog wystawy Podróż jako stan umysłu Marty Normington. Czy dzięki niemu porzucę nawykowe myślenie, przekroczę granice mojej wyobraźni?

Gdy dłuższy czas jesteśmy w podróży, zacierają się granice między geografią, obrazem, literaturą i snem¹.

Kiedy jestem, kiedy bywam pasażerem, z niekłamaną przyjemnością zatracam się w przestrzeni pomiędzy punktem A, z którego wyruszam, i punktem B, do którego zmierzam, w rzeczywistości jednak gubię czas. Lektura zabrana na drogę zlewa się z pejzażem za oknem. Teraz czytam rozmazany krajobraz za szybą. Kiedy zniżam wzrok zmęczony horyzontem, przestrzeń ucieka, zupełnie jakbym kartkował książkę w poszukiwaniu zapomnianego fragmentu zdania [video Transit, 2014]; podnoszę wzrok i zdanie okazuje się być drzewem, które nagle wyrosło na granicy widzialnej przestrzeni, lub odbijającym się w szybie współpasażerem z przedziału. Zamykam oczy, ale sen się nie zmienia. Teraz stoję przed kawałkami takich powidoków zatopionych w transparentnym tworzywie i dopada mnie myśl: A co, jeśli okna w samochodach, pociągach, samolotach mają pamięć?. Jako miłośnik fotografii opartej na procesach srebrowych, chociaż pewnie bardziej zwolennik materialności spojonej z tego typu procesem, odkrywam w tej pracy zakotwiczenie w przedmiocie, rzadko spotykane w półpłynnej medialnej rzeczywistości. Krajobrazy zatopione w szybach. O ile fotografia coraz częściej zużywa mi rzeczywistość, w tym wypadku na pewno tak nie jest, bo to odrębna realność wystawy. Żaden substytut. [I Can't Remember Where l've Been / Nie pamiętam gdzie byłam, (2014–2015)]


fragment ekspozycji - seria l Can't Remember Where l've Been/ Nie pamiętam gdzie byłam, 2014-2015/


Mam wrażenie, że myśl o wystawie prześladuje mnie! A może tylko delikatnie napomina, a ja jak zwykle przesadzam? Co powinienem zrobić, żeby zatrzymać umysł? I dlaczego właśnie teraz przypomina mi się Sutra Serca? Pustka jest formą, forma jest pustką. Przywołuję w pamięci czarno-białe zdjęcia rozmieszczone w dziwnej konstelacji na ścianie, wyglądają jak przeskalowana tablica korkowa z jakiegoś mieszkania, każdego mieszkania – niczym intymny dziennik. Czy rzeczywiście pozostało we mnie coś z tych Stu tysięcy kroków / One Hundred Thousand Steps? Co zapamiętuję z moich podróży, gdy przywożę z nich fotografie? A może pamięć jest prawdziwa tylko wtedy, kiedy nie zechce się jej zamknąć w formie? Wyobraź sobie obraz… smak pierwszej zjedzonej figi, podniesionej z ziemi gdzieś na południu Francji, albo wiatr na twarzy nad brzegiem Morza Północnego, zapach pustynnych przestrzeni w Nowym Meksyku. Próżno tresuję umysł, z tej części wystawy nie został mi w pamięci żaden obraz; jakież to oczyszczające! Wyobrażam sobie, że tak powinna zadziałać sześćsetkilometrowa, piesza pielgrzymka. To, czego doświadcza ciało, może być niedostępne dla umysłu, który potem tylko nieudolnie próbuje nazywać swoje przeżycia, albo zestawiać je z obrazami.
Umysł Marty Normington pozostaje w stanie ciągłej podróży, nawet w zamkniętej przestrzeni jest w ruchu, czujny na pułapki nawykowego widzenia. Dla niej czas fotografii nie jest jedynie fizyczną kategorią, która już w ubiegłym wieku pozwoliła nam „zamrozić” to, co niewidzialne dla ludzkiego oka. W pojedynku z ograniczeniem aparatu, wychodząc poza komfortowy i funkcjonalny program, tworzy nowe przestrzenie, w których skanujący je wzrok gubi się jak w labiryncie, jak w serii Wszystkie kąty mojego pokoju / All The Coroners Of My Room (2014).
Podróż rozpoczyna się zawsze w określonym miejscu. Na przykład dom stanowi punkt wyjścia w naszej osobistej historii. Ale dom również podróżuje w czasie, ludzka perspektywa pozwala dostrzec tylko niewielki wycinek historii, bo czas ma swoje horyzonty.
Ośrodki wzroku w korze mózgowej są filogenetycznie bardzo stare, zmysł wzroku zaczął się kształtować na przełomie kambru i prekambru. Prawie trzy czwarte miliarda lat temu świat przyrody już potrafił rozpoznać światło! Z tej perspektywy można powiedzieć, że człowiek dostrzegł je najpóźniej, jego widzialna czasoprzestrzeń w skali historii natury jest zaledwie godziną wobec wieczności. W przestrzennej instalacji Do morza / Towards the Sea (2014–2015) artystka próbuje spojrzeć na krajobraz, wychodząc poza perspektywę historii obrazowania technicznego. Instalację tę postrzegam jako rodzaj intuicyjnej mapy świata, w której realne doświadczenie miesza się z wyobrażonym, fotografie możliwych pejzaży z prehistoryczną wizją, jako równoczesne spojrzenie na rzeczywistość z różnych perspektyw czasu.


Fragment instalacji / Do morza / Towards the Sea 2014 – 2015/

Na krawędziach starych chińskich map znajdował się napis: „Dalej są już tylko smoki”. Mapy Google nie mają krawędzi, być może współcześnie sens podróży zaczyna się rozmywać, skoro wszystko jest widzialne. Co chcemy zobaczyć? Realne pozostawać może jedynie doświadczenie. Do czasu, kiedy rzeczywistość zrówna się z fikcją i będziemy mogli rejestrować przekazywane do mózgu bodźce wzrokowe za pomocą specjalnych skanerów, niczym bohaterowie filmu Kathryn Bigelow Dziwne dni (1995), karmiąc się cudzymi, co raz to bardziej ekstremalnymi doświadczeniami. Odbywając czasem tylko podróże w głąb internetowych sieci, koniecznie siedząc w wygodnym fotelu, beckupując Internet w poszukiwaniu zagubionych krajobrazów z mitycznego serwisu Panoramio².


Bydgoszcz, 29 marca 2017 r.

¹ Cytaty z wystawy Podróż jako stan umysłu, Marta Normington, Galeria Miejska bwa, Bydgoszcz 2017.

² Panoramio – uruchomiony w październiku 2005 roku serwis umożliwiający użytkownikom zamieszczanie zdjęć z jednoczesnym zaznaczeniem ich miejsca na mapie i możliwością przeglądania w programie Google Earth. Przejęty przez Google w roku 2007, zamknięty w listopadzie 2016. Do końca listopada 2017 roku autorzy mogą kopiować zamieszczone tam fotografie, po tym terminie niezapisane obrazy znikną! Podobną sytuację przywołał już w 1946 roku J.L. Borges [O ścisłości w nauce], powołując się na Suáreza Mirandę [Podróże rozważnych mężów, księga IV, rozdz. XLV, Lérida 1658].



środa, 6 lipca 2016

Ja fotografia

Co raz częściej wydaje mi się, że fotografia współczesna jest rodzajem podatku od nudy, na równi za abonamentem za telewizję. Jeśli jest, jeśli bywa sztuką to taką w rodzaju gry w którą gramy od czasów Picassa, gry której zasady precyzyjnie ustalił potem Warhol. Tak więc gram choć zasady są nie do końca przejrzyste, zawsze bardziej zdając się na przypadek. Trudne jest to zwłaszcza wtedy kiedy staram się nie podpadać w logikę, bo ta nie służy mi zbyt dobrze, łatwiejsze staje się kiedy swobodnie poddaję się zadziwieniu i unikam strategii. Czasem kiedy uważnie słucham światła, pozostaję na tyle czujny że zadowolenie przybiera formę i staje się obrazem. Czasem myśli spowalniają tą czujność, wtedy obraz przybiera kształt moich wątpliwości, ale to także ja. Wiara że te zasady dotyczą również innych jest naiwna, czy patrząc na to w ten sposób pozostaję artystą naiwnym? Widzę po przez filtr moich przyzwyczajeń. Lubię gdy forma to emocje, zarówno te które towarzyszą narodzinom, jak i śmierci. Opowieść zaczyna się zawsze od spotkania które jest teraz, ale wszystko w fotografii sprzeciwia się Teraz! Pisałem kiedyś o uporczywym balsamowaniu czasu, pisali inni, a teraz...

Przez małe okno wschodniej ściany domu, z samego rana światło ostrożnie zagląda do łazienki. Najpierw powoli prześlizguje się po południowej ścianie, wydobywając pozornie gładką powierzchnię kafelek, wpełzając w zagłębienia fug bada ich powierzchnię i powoli przemieszcza się dalej. Chwilę po ósmej czas na poranną toaletę, ostrożnie wchodzi więc do wanny omiatając spojrzeniem chromy kranu, który rozbudzony rzuca kilka refleksów na ściany. Wreszcie na moment tylko zatrzymuje się w wannie jakby czekając. Kiedy wchodzę do łazienki wszystko to już się stało. Odkręcam kran i podczas gdy odbicia ścigają się na suficie zanurzam się w zimnej wodzie, a słońce spogląda mi prosto w twarz. Bez ciemnych okularów jestem bezradny, zastygam w bezruchu zdziwiony ja i ono także. Kiedy wychodzę z łazienki, widzę jak wtula się w rzucony niedbale na podłogę ręcznik frote i próbuje podążać za mną na korytarz, ale fizyka psuje wszystko, bo kąt padania, ruch planety... zniechęcone zostaje więc na dworze.

Nie pamiętam co działo się w roku 1854, może było to gdzieś w Niemczech? Czy wtedy spotkanie z fotografem było świętem? Niewiarygodny rytuał, który oferował iluzję nieskończoności w czasie, za cenę uwięzienia w tej samej przestrzeni. Gdzieś na przełomie XX / XXI wieku znalazła mnie w albumie Hermana Krone znajoma. Zaniepokojony wykonałem reprodukcję zdjęcia. Upiorna tautologia która miała uwolnić pamięć, sprawiła tylko że stałem się jej niewolnikiem. Album był w zbiorach biblioteki Katedry Fotografii na ASP w Poznaniu. Biblioteka wtedy bardziej chciała nią być niż w istocie była. Poupychane w szafach książki, katalogi, broszury porządkował Paweł Kula. W jednej z szaf obok książek znaleźliśmy kiedyś słoik z resztką kawy rozpuszczalnej Maxwell. Ktoś z wykładowców napomknął, że musiała to być kawa Urszuli Czartoryskiej. Wypiliśmy ją potem wspólnie z Pawłem, była zupełnie bez smaku. Czas pozbawił ją aromatu, z fotografią jest inaczej. Przyglądam się teraz tej fotografii, co się zmieniło? Próbuje przywołać jakieś wspomnienie tamtej wizyty, czy może wrażenie bardziej. Ale wspomnienie jest jak pies który kładzie się gdzie chce,a ja odbijam się gdzieś między iluzją przestrzeni na powierzchni zdjęcia a przestrzenią Teraz, która być może także jest iluzją.


Na fotografii Hermana Krone, z grupą kolegów muzyków(?) stoję po prawej stronie i dziwię się że nie mam kciuka, jest rok 1854.

Koło siedemnastej słońce znowu wprasza się do mieszkania. Zagląda teraz do pierwszego pokoju przez okno wychodzące na zachód. Siedzę w kuchni oglądam spektakl, na nic nie czekam... Teraz właśnie się dzieje. Słońce ścieka ze stołu i rozlewając się po podłodze zmierza w kierunku wielkiego kryształowego lustra ; chyba secesja, czas historyczny nie wiele mówi. Przez moment zastanawiam się ile wizerunków prześlizgnęło się po jego srebrzonej powierzchni; paskudna myśl. Pewien herezjarcha Uqbaru pisał, że lustra własnie dlatego są potworne że pomnażają ludzi. Kiedy promień dotrze do skośnej krawędzi kryształowej powierzchni bez pamięci fizyka zafunduje mi mały cud, promień odbije się i wpadnie do kuchni tworząc na ścianie obok lodówki tęczę, tylko na mój prywatny użytek.

Rozkładam na stole skromną kolekcję carte de visite. Znam je wszystkie już na pamięć, ale ciągle liczę na to że odkryję jeszcze coś nowego. Gdyby tylko udało się pozbyć tego nawykowego patrzenia... Prostokątny kartonik o grubości jednego milimetra, czasem złocone brzegi, gdzie indziej pozostałości po złoceniach. Rogi zaokrąglone przez czas, litograficzny nadruk na rewersie z informacją o zakładzie: Brandel, Joop, Rzewuski, Twawrdzicki. Jeszcze ten intrygujący zapis "Matryce przechowuje się dwa lata", a co potem? Klawisz Delete dla materialności, to przecież czas, a teraz... Obracam kartoniki w rekach awers, rewers znowu awers próbuję złapać spojrzenie postaci, ale wymóg epoki nakazywał patrzeć w bok. Próbuje patrzeć z boku, dalej nic. Przypominają mi się trójwymiarowe pocztówki z wizerunkiem Chrystusa, patrząc na taką kartkę bez względu na kąt ustawienia względem wzroku miało się zawsze wrażenie że On przewierca cię spojrzeniem. Cienki albuminowy papier nie daje takiego efektu, a jednak tych
" Oczu napotkać nie śmiem w moich snach
W sennym królestwie śmierci
Nigdy się nie ukażą:
Tam na złamanej kolumnie
Oczami będzie blask słońca"

I znowu słońce i teraz... wychodzę z Galerii Kantorek na ulicy Gdańskiej. Akcja dzieje się w Bydgoszczy, jest początek lipca. W ustach mam smak czereśni, którymi poczęstowała mnie Ela, chwilę wcześniej kiedy jeszcze siedzieliśmy na zapleczu. Trzymam w ręce fotografie Andrzeja Mazieca, którą jakiś rok temu wykonał Jarek Majewski swoją magiczną Leicą - współczesną replika tej pierwszej. Rok temu mógłbym jeszcze w tym miejscu spotkać Andrzeja. W głowie mam pewien pomysł, którego nie jestem pewien. W kieszeni małoobrazkowy Olympus XA, pełni tu rolę amuletu chociaż ma w środku film... kolorowy! Dzień jest upalny, na szyi wisi kompaktowy Lumix LX-3, wyświetlacz LCD informuje że wszystko OK, bateria w pełni naładowana. Dopalam papierosa i przyglądam się przechodniom, chociaż wiem że twarz daje tylko pewien pozór, próbuje coś z nich wyczytać. Ale to na nic, niedopałek ląduje na chodniku a ja podchodzę do dziewczyny która nadchodzi od strony Drukarni przecinając w poprzek Gdańską, fotografię Andrzeja trzymam teraz oburącz. Zaczepiam ją i pytam, czy może poświęcić mi chwilę... uśmiecha się, więc jest szansa... Opowiadam jej o Andrzeju, że był artystą, robił zdjęcia chociaż w rzeczywistości był artystą permanentnym. Pokazuje fotografię, mówię o pomyśle uczczenia jego pamięci i proszę o zgodę na wykonanie zdjęcia z tym portretem. Jeśli chce może zasłonić twarz zdjęciem, chodzi bardziej o gest. Uśmiech wyprzedza zgodę, ma dziś wolne ma czas, teraz... podnoszę do oka aparat, nie ma trzasku migawki ... więc zamiast trzasku mówię dziękuje, uśmiecham się i patrze jak niespiesznie oddala się, bo ma dziś wolne ma czas.


Stateczne małżeństwo nadciąga od strony Foscha, oni na pewno mają czas nawet jeśli w sumie niewiele im go pozostało. Moje przepraszam trafia w próżnię, spuszczają wzrok i idą dalej. Tymczasem podjeżdża do mnie facet na wózku inwalidzkim i o dziwo nie pyta o drobne. Powtarzam przygotowaną historię, o Andrzeju, ale on częstuje mnie swoją opowieścią... Słucham więc o tym jak to dziesięć lat temu kradł na zlecenie samochody w Niemczech, i o tym jak zakochała się w nim pewna kurwa w Hamburgu, nawiasem mówiąc z polski, a on ukradł jej sportowe BMW, rozbił się nim na autostradzie i teraz jest tutaj. Teraz proszę go by potrzymał fotografię, jedna rękę ma niesprawną wiec... Jak to dobrze, myślę że odbitka jest na matowym papierze i nie muszę martwić się refleksami.


Potem był jeszcze jeden bezdomny i w dodatku bez nogi, ale mówił że pamięta Andrzeja i nie chciał mi uwierzyć że nie żyje. Był przekonany że rozmawiał z nim w zeszłym tygodniu. Uśmiechnąłem się i powiedziałem coś w stylu, że mu wierzę bo to pewnie możliwe. Ile razy spotkałem się z odmową? Nie wiem nie liczyłem, nie chodziło o statystki. Dwie identycznie ubrane dziewczyny, wyglądały jak bliźniaczki z fotografii Diane Arbus, odmówiły. Pan zamiatający ulicę zgodził się pytając ile musi zapłacić? Bezdomni nie chcieli zakrywać swoich twarzy mimo że takie były założenia "projektu", ale ... nie namawiałem ich, przeczuwałem że z obawy o to że ludzka pamięć ich nie zachowa, wierzą w pamięć fotografii.


Niech im tam będzie. Młodą długowłosą dziewczynę z olbrzymich rozmiarów teczką, zagadnąłem czy jest artystą? Skwapliwie przytaknęła. Bo zdjęcie, tu pokazałem jej portret wykonany przez Jarka, przedstawia również artystę i może ona zgodzi się na to żebym wykonał, taki a taki portret. Odpowiedziała że nie wie co ten człowiek sobą reprezentował, wskazując na Andrzeja który mam wrażenie lekko uśmiechał się na zdjęciu, więc nie może się z nim identyfikować. Pomyślałem później że inteligencja czasem wyklucza pewien rodzaj wrażliwości, na szczęście tylko czasem. Dochodziła czternasta, wiedziałem Ela za chwilę będzie zamykać dziś wyjątkowo wcześniej. Pora zakończyć projekt, chociaż historia nie może się tu zakończyć. Przeglądam na podglądzie zdjęcia, stoję na ulicy Gdańskiej, jest więc ulica, są ludzie i jest Andrzej. Nic się nie zmieniło i wszystko się zmieniło. Tylko słońce jest na właściwym miejscu.

Teraz jest noc, świtało latarni próbuje prześlizgnąć się przez zazdroski i świerk przed domem rzuca cień na ścianę. Na zewnątrz jest wiatr, słyszę go przez szyb kominowy, a cień tańczy animując elementy cjanotypowej martwej natury Jessec'y Ferguson.