Translate

sobota, 1 czerwca 2013

Wyspa nie na jeziorze

Widok z okna utrwalam mimowolnie w stanach niemal katatonicznego znużenia. Raz tym, a raz tamtym, bywa że trwa to chwilę a czasem dłużej, dzień, kilka dni. Bez względu na rodzaj nośnika i jego format, widzę to samo, ale pewien jestem tylko tego co mogę dotknąć. Może to znowu to oswajanie przestrzeni... Wszystko jest namacalne, nawet to co odległe, to przecież zawsze kwestia pewności. Dwa wieżowce i pomiędzy nimi wycinek horyzontu, jakieś 45 stopni z całego pola widzenia, dalej pusta od kilku lat bursa budowlanki, a dalej pusta przestrzeń dla nocy i kawałek ulicy Pestalozziego z dziurą po wyburzonym niedawno budynku, w jakim on był kolorze? Wrzosowy, czy rozbielony fiolet... Dziś przejeżdżając obok rowerem w czasie spaceru z psem, zobaczyłem stertę pni ze ściętych drzew rosnących obok rozebranego już domu. Poskręcane gałęzie tej odmiany wierzby, rzucone na sterty poukładane jakoś tak niby chaotycznie, a jednak w jakimś porządku, skojarzyły mi się martyrologicznie. Polska. A tu dalej akademik, cztery czy pięć pieter... Teraz w ciemności nie widzę, inne budynki może mieszkalne albo biurowe, neon zielony gdzieś po lewej w tej szczelinie jakby przylegał do krawędzi bloku tego po prawej, trochę drzew. Ten zielony neon; jak gdyby blok był prawym skrzydłem jakiegoś samolotu który kiedyś odleci i wreszcie trochę rozszerzą mi się horyzonty. Tymczasem dalej widzę ciemność i światła lamp sodowych bliżej i dalej, gdzieś tam po środku kościół Jezuitów - to plac Kościeleckich, dalej jest płasko i pewnie zielono o tej porze roku, ale o tej porze nocy jest jednak ciemno i pada. W zasadzie dobrze widać tylko pierwszy plan. Z lewej strony wygięta łodyga draceny latami pokonywała drogę z szafki do światła, po to by któregoś dnia jeden z jej liści dotknął szyby stwierdzając równocześnie że na zewnątrz w tym klimacie żyć się nie da. Dalej(?) parapet okna od środka, a na nim: deska z nożem do krojenia ziół, doniczka z miętą dychotomicznie rozwidloną, słoik przykryty ściereczką w nim mleko z grzybkiem tybetańskim, pod słoikiem ściereczka w czerwono białą kratkę, a obok drewniana miska w kształcie łodzi a w niej wyschnięta dynia, dwie kolby kukurydzy, łupina kokosa i granat pewnie z Hiszpanii, ale nie jadalny już bo wyschnięty na kość, oraz radiomagnetofon Unitra - jak nic martwa natura. Jest tam też szyba która oddziela mnie od tego co wilgotne i dalej, odbija wnętrze kuchni i mnie próbującego przeniknąć noc. Kiedy zgaszę światło, zniknie plan pierwszy zniknę ja, bloki jeszcze nie odlecą, ale już wyjdą na pierwszy plan i okna w ciemnościach pulsować będą światłem odbiorników telewizyjnych. Daleko hen, ale nie na linii horyzontu stoi wieża ciśnień i zmienia kolory, bo oświetlona jest cudnie; miasto pięknieje. A jednak chciałbym teraz wstać i wyjść, pójść bym nie poszedł bo chodzić nie lubię choć najlepiej czuję się w ruchu, ale przemieścić się jakoś, gdyby nie padało na przykład rowerem. Wygodnie i nie za szybko by nie przegapić i by nie zgubić kierunku. Mógłbym się na przykład przeprowadzić za miasto uprawiać warzywa i owoce, hodować pszczoły, wyciszyć się uspokoić i przestać płacić podatki, ale przecież domu za 28 dolarów nie wybuduję! Więc choć widok drzew i śpiew ptaków uspakaja mnie i wycisza, pozostanę chwilowo na miejscu podlewając zioła na balkonie, zwłaszcza w nocy słyszę jak rosną kiedy tylko od czasu do czasu jakiś zbłąkany TIR zmąci mój spokój, mam wrażenie że jestem na jakiejś wyspie, gdzie na szczęście jest internet.

appendix