Translate

czwartek, 24 grudnia 2015

Wesołych Świąt




19 XII fotografie z podglądu monitoringu

Nie poszedłem 19 XII na Stary Rynek, pojechałem z psem do lasu i...nie mam na to świadków. Już po powrocie, a nie za późno, zacząłem odczuwać jakąś chęć uczestnictwa przemieszaną ze zwykłą ludzką ciekawością. Może podskórnie przeczuwałem, że dzieje się coś na prawdę ważnego, a mnie tam nie ma ... i jeszcze z wielkim formatem nie fotografuję ... Było już jednak za późno by się przebrać, zebrać i wyruszyć. Bliskość internetu wskazała rozwiązanie, miejska kamera na Starym Rynku daje całkiem niezły ogląd. I ten dziwny rodzaj uczestnictwa jaki daje możliwość fotografowania... monitora. W dodatku ta ciekawość, czy za obsługą kamery, jej obmacywaniem przestrzeni i zbliżeniami stoi wprost jakiś człowiek, funkcjonariusz, technik czy też czysty algorytm, budował moje napięcie kiedy obserwowałem demonstracje; siedząc na krześle i pijąc kawę. Tłumy różniły się i wielkością i rodzajem jakiejś energii. Z perspektywy prawie lotu ptaka, ten rzut dawał naprawdę pozór obiektywizmu. Policja rozmieszczona po każdej ścianie Rynku bez emocjonalnie śledziła rozwój wydarzeń, ale nic się nie działo co by wymagało interwencji. Kamera chaotycznie wykonywała zbliżenia, od czasu do czasu wychwytując z tłumu kogoś z aparatem właśnie robiącego zdjęcia komuś bliskiemu? Pomiędzy obydwiema grupami demonstrantów, zbici w niewielką grupę fotoreporterzy, od czasu do czasu wysyłali desant na jedną, bądź na drugą stronę. Śledząc bieg wydarzeń kamera obiegła rynek, omiatając też wielką żółtozłocistą gwiazdę betlejemską umiejscowioną nad żłóbkiem... Idą święta trzeba pamiętać.

środa, 25 listopada 2015

Kulturka y szacuneczek - refleksje o masowych imprezach fotograficznych.


Zanim zarzucicie mi defetyzm, nihilizm czy co tam jeszcze, podkreślę, że piszę z perspektywy trupa! Tak, od październik , to jest odkąd wziąłem udział w wystawie Wyborny trup polskiej fotografii w ramach Trochę Innego Festiwalu Fotografii TIFF, czuję się trochę martwy. Wziąłem udział w wystawie, której kurator Adam Mazur wskrzesił na potrzeby tego projektu surrealistyczne tradycje artystycznej wymiany idei, by oddać hołd zmarłemu w roku 2014 Jerzemu Lewczyńskiemu. A ja się zachłysnąłem wymianą i poległem.
Wystawa generalnie nie przekonała mnie. Chyba każdy z autorów z osobna nie bardzo wiedział, jak odnaleźć się w roli trupa. W moim odbiorze dialog nie był czytelny lub też tak bardzo idea wystawy ( TYTUŁ !) zawładnęła obrazem , że sam obraz przesunął się na dalszy plan. Niby można byłoby się skupić na tym, jakie interferencje wynikają z konfiguracji klucza wystawy i tu znaleźć kilka ciekawych punktów, ale brakowało chronologii lub nawet jeśli był, zachowana nie była wystarczająco czytelna. Ciekawą sytuacją w kluczu był fakt, że artyści młodszego pokolenia kilkukrotnie zapraszali tych z pokolenia predigitalnego jakby przywołując do obecności autorytety? Koledzy ze studiów swoich kolegów, bo to rodzaj spotkania poprzez obraz, namiastka rozmowy, nieraz urwanej dawno temu. Show must go on, jeśli chcemy się spotkać, poddajmy się konwencji i zamieńmy się w zombie. Trochę też namieszały mi prace bardziej obiektowe, a były też i takie na wystawie. Jakoś integralną częścią tego projektu było włącznie obrazu w strumień informacji zero jedynkowych na etapie projektowania, więc ta nagła obecność obiektów, które trudniej włączyć w strumień transmisji, była dla mnie niejasna. Ale zapamiętałem "kolorową krowę" z pospawanych różnobarwnych elementów karoserii samochodowej z fotografii Wojtka Wilczyka czy chudego psa na tle miejskiego pejzażu na zdjęciu Grzegorza Przyborka. Tę krowę z pierwszej fotografii spotkałem zresztą w realu w czasie tegorocznych wakacji w Czechach. Gdzieś w drodze do Hradec Kralowe na poboczu drogi był to rodzaj ekologicznej reklamy recyklingu czy coś w tym stylu. Zastanawiałem się nawet nad zrobieniem zdjęcia, ale motyw drogi był silniejszy. W moim przypadku zdjęcie, które pokazałem to odpowiedź na fotografię Pawła Kuli, ale nijak się ma do tego, w czym tkwię (jeśli mam nad tym kontrolę) i czym na wskroś jestem przesiąknięty. Być może dostrzegam też coś poza śladami światłoczułości? Zaprosiłem Mariana Schmidta, wybrałem zdjęcie takie, żeby poczuł. Moja fotografia Anny Gassion na wystawie została niestety wyrwana z kontekstu, bo część przydługiego podpisu pod zdjęciem zginęła? Wskrzeszę więc fotografię i podpis, Dziady tuż za nami .


Anna Gassion
Festyn nad Kanałem zorganizowany w 2014 przez Pałac Młodzieży w Bydgoszczy. Ania od 31 lat uczestniczy w organizowanych w Pałacu zajęciach fotograficznych, plastycznych i teatralnych. Pracuje w szpitalu jako salowa.

Tak więc nie jest wykluczone, że wszelkie próby wpasowania się w ...rozmowę, bo posługiwanie się obrazami to nic innego jak dialog, więc takie na siłę wpasowywanie się w rozmowę tylko dlatego że się toczy, kończy się śmiercią lub nieustającymi wątpliwościami. Piekło to wątpliwości, na jedno wychodzi.

Ale odrzucając te twórcze niepewności, nie można mieć wątpliwości na poziomie świadomego odbiorcy obrazów, bo czas naiwnych odbiorców się skończył. Jesteśmy częścią wizualnej piramidy konsumpcyjnej, każdy jest w niej jakimś ogniwem. Gdzie się znajduję, będąc trupem? Nie mam pojęcia! Ale mówiąc o piramidzie, zastanawiałem się też nad bezpośrednim odniesieniem do kanałów dystrybucji, to tu tworzą się poziomy istotności. Być może jednak żadnej piramidy już nie ma, a jej harmonijną konstrukcję zastąpiła sieć ?

Nie mogę zapomnieć profetycznych dziś słów Bogdana Konopki z roku 2007 z Festiwalu Fotografii w Łodzi o tym, że za chwilę każde miasto będzie miało swój Festiwal Fotografii. Trudno powiedzieć, dlaczego wyczułem wtedy w tej wypowiedzi, nutę dekadenckiego znużenia przeczuciem nadchodzącego nadmiaru, a może nawet pewną obawę?

Doczekaliśmy się i... Bydgoszcz również ma Festiwal Fotografii, festiwalowy boom nie ominął także grodu nad Brdą, bo mody z pewnym opóźnieniem, ale trafiają także do nas. Za sprawą Fundacji Farbiarnia i jej przedsiębiorczej Pani Prezeski Katarzyny Gębarowskiej. A mi jeszcze zanim się wszystko dziać zaczęło, przypomniały się słowa Konopki, bo też od chwili kiedy pojawiły się pierwsze wzmianki o imprezie do jej rozpoczęcia, upłynęło niebezpiecznie mało czasu...

Mając w planie takie przedsięwzięcie, bo zakładam, że na pomysły tego typu nie wpada się z dnia na dzień (choć może jestem w błędzie), mając więc wizję Festiwalu Fotografii nie określoną jedynie przez wymagania powierzchniowe, liczbę VIP -ów, festiwalu mającego określony program (!!!), festiwalu skupiającego wokół danego zdarzenia większą liczbę instytucji kultury zajmujących się profesjonalnie organizacją tego typu przedsięwzięć i mającymi w tym względzie znaczne doświadczenie; potrzeba zdecydowanie więcej czasu. Własne doświadczenia kuratorskie podpowiadają mi, że bezpiecznym terminem jest rok, półtora roku...

Mogę to powiedzieć, zdarzało mi się bywać kuratorem mniej lub bardziej rozbudowanych projektów wystawienniczych, również o międzynarodowym wymiarze i mogę zapewnić, że okres roku stanowi tu bezpieczne minimum, przy założeniu, że dysponujemy przestrzenią do wystawienia prac jako conditio sine qua non realizacji przedsięwzięcia.

Czego mogliśmy się spodziewać, organizatorka imprezy zapowiedziała w październikowym BIK-u opisując: „Festiwal jako pomost między fotografią analogową i cyfrową... uświadamianie znaczenia fizycznej natury odbitek” , jednak wyłączając wystawę Ewy Rubinstein, gdzie informację o pochodzeniu odbitek znajdujemy w folderze towarzyszącym Festiwalowi, nigdzie więcej takiej informacji już nie znalazłem. Choć niewątpliwie na wystawach były zdjęcia analogowe i cyfrowe, jednak żadnego pomostu miedzy nimi nie widziałem. Mogły nim być spotkania autorskie, ale nie były, nie były nim także oprowadzenia kuratorskie, bo tych nie było w programie festiwalu, przynajmniej tych dotyczących głównej - programowej (?) wystawy w Jedynaku, zorganizowanej w tym urokliwym i przesiąkniętym historią miasta miejscu. Z BIK-u dowiadujemy się jeszcze jednej istotnej informacji odnośnie już nie tyle Festiwalu co jego odbiorców. Na marginesie wzmianki o podjętych próbach współpracy z Galerią Miejską i Muzeum Okręgowym dowiadujemy się, że publiczność odwiedzająca te miejsca jest "inna"?! Pozostaje tajemnicą, co odróżnia publiczność Festiwalu od pozostałych odbiorców wydarzeń związanych ze sztukami wizualnymi. Może chodzi tutaj o to, że bywalec Muzeum to osoba o ukształtowanym guście czy też pragnąca kształtować swój gust w sposób kompetentny, zaś odbiorca Festiwalu to miłośnik nowej porcji kolorowych obrazów, spragniony kontaktu z jakimś VIP-em?

Sama Ewa Rubinstein hipnotyzowała swoją obecnością w Bydgoszczy, choć zdecydowanie bardziej żywe i toczące się wokół obrazu było spotkanie artystki z uczniami Państwowego Zespołu Szkół im. Artura Rubinsteina.


Ewa Rubinstein na spotkaniu wpisuje się do księgi pamiątkowej PZSM im. Artura Rubinsteina

Ciekawą prezentację o jej twórczości przygotował uczeń, a zarazem młody fotograf Przemysław Wachowiak. Organizatorzy tego spotkania z lekkim niepokojem poinformowali autorkę, że do prezentacji wykorzystano zdjęcia wybrane z sieci. Na samej artystce nie zrobiło to jednak żadnego wrażenia, od tak dawna przestała się posługiwać fotografią, co wielokrotnie podkreślała, że ma wrażenie jakby jej obrazy żyły już po za nią. To co najbardziej dotyka współczesną fotografię, czyli różnorodność kanałów dystrybucji, zdaje się już nie dotyczyć Rubinstein. Co do spotkania poprzedzającego otwarcie wystawy w Farbiarni , to obok ciepłej atmosfery, jaką stworzyli sami uczestnicy wernisażu i artystka, kwestie wizualne pozostawiały bardzo wiele do życzenia. Umieszczenie stonowanie i z największym wyszukaniem ubranej na ten wieczór artystki na tle krzykliwych fotografii z innego nie- związanego z Festiwalem projektu Farbiarni, było nie tyle przykładem braku wyczucia początkującego kuratora, co określeniem rzeczywistych strategii działań Fundacji jako instytucji próbującej stworzyć prywatny rynek fotografii kolekcjonerskiej, wspierając się przy tym publicznymi finansami, owszem niby popularyzując przy tym fotografię, ale... koniecznie z Nowego Jorku, bo to bardziej medialnie nośne. Gdyby organizatorzy zadbali, by całą przestrzeń Farbiarni zagospodarować pracami artystki, może wówczas to fotografie stałyby się pretekstem do rozmowy? Moderowane przez dyrektorkę Festiwalu spotkanie dryfowało w niczym nieokreślanych kierunkach. Stłoczenie takiej ilości prac (27) na tak małej powierzchni spowodowało, że wystawę można uznać za zaliczoną, ale nie udaną. Skąpe oświetlenie i ciasna przestrzeń sprawiły, że prace wręcz dusiły się w nadmiarze własnych obecności, każda z prac nabrzmiała znaczeniami i historią zwyczajnie nie potrafiła się jakby wygasić w pamięci, bo obok zaraz pojawiała się nowa i kolejna. A o ironio! warsztaty aranżacji wystaw znalazły się w programie Festiwalu. Niewiele osób pamięta wystawę Ewy Rubinstein w Galerii BWA w Bydgoszczy (1995) pokazywaną jeszcze w ubiegłym wieku. Na tamtej wystawie zebrano wszystkie prace przekazane przez artystkę do kolekcji Muzeum Narodowego i zajmowały one całe piętro Galerii Miejskiej BWA! Sama Ewa Rubinstein chyba nie była wtedy obecna na wernisażu, ale akurat w tamtym roku nie było Festiwalu Chopinowskiego w Warszawie i artystka prawdopodobnie nie mogła zaplanować podróży do Polski. W tym roku Festiwal Chopinowski szczęśliwie był, szczęśliwie dla Festiwalu Fotografii.

Bydgoskim akcentem na festiwalu była wystawa Jerzego Riegla. Zaskakuje jako propozycja w festiwalu również dlatego że postać ikony bydgoskiej fotografii, jaką niewątpliwie jest Jerzy Riegel, jest też stałą ofertą Farbiarni. Czyli nic nowego, chociaż może promocja? Pytanie : kto kogo promuje?

W tym roku odszedł od nas Andrzej Maziec, fotograf i artysta, dla którego, zaryzykuję stwierdzenie, prawdziwą materią zawsze było miasto, ludzie i fotografia, dzięki której spinał to wszystko w całość. Artysta silnie związany ze Śródmieściem, artysta, który niektóre ze swoich fotograficznych projektów realizował praktycznie przysłowiowe dwa kroki od siedziby Farbiarni! Ale ten trop dla dyrektorki nie był zbyt wyraźny, choć początki fotografii Maźca są niewątpliwie bardzo analogowe, sam artysta jednak ewidentnie nie pasowałby do wizerunku mainstreamu lansowanego przez Farbiarnię, no i był ze Śródmieścia, a nie z NY.

Innym bydgoskim akcentem mogła też być wystawa uczestników półkolonii fotograficznych prowadzonych przez Farbiarnię, jednak poziom aranżacji tego zdarzenia daleko odbiegał od standardów wystawienniczych. Spotkanie kuratorskie nie odbyło się, zaś wystawione na sztalugach drobne odbitki naprawdę trudno było znaleźć, a po znalezieniu uznać za wystawę. Było to bez wątpienia krzywdzące dla samych uczestników zdarzenia, ich praca podjęta w ramach działań półkolonijnych nie została starannie wyeksponowana. Warto też dodać że oprowadzenie kuratorskie zaplanowane na godzinę 11. praktycznie uniemożliwiało w nim udział młodym adeptom fotografii, którzy byli uczestnikami półkolonii.

Od 10 października 2015 roku w kalendarzu imprez kulturalnych można było znaleźć szereg wydarzeń związanych z Festiwalem, czy rzeczywiście było co świętować? Sam tytuł Festiwalu na tyle jasno doprecyzowywał krąg odbiorców, że o zaskoczeniu czy rozczarowaniu nie może być mowy, wszak miłośnik to ktoś oddany i wierny. Gdybym jednak miłośnikiem nie był i przeciwnie nadmiarem obrazów zmęczony szukał przemyślnej idei łączącej to zdarzenie, co znajdę?

Niewątpliwie mocnym punktem Festiwalu był sam konkurs fotograficzny towarzyszący Festiwalowi. Grand Prix konkursu - zdjęcia Anity Andrzejewskiej to prawdziwa wizualna uczta. Obraz, który unika patosu, a jednocześnie wiadomo, że opowiada o czymś ważnym. Mistrzowsko dopracowane odbitki z oszczędną ilością bieli. W egzotycznej historii Andrzejewskiej zachwyca sposób wydobywania piękna z banalnie z pozoru zaaranżowanych scen, jak to jest w przypadku kilku znakomitych pozornie przypadkowych portretów. Szkoda, że obok trzech nagrodzonych zestawów nie zobaczyliśmy innych prac nadesłanych na konkurs, aby móc ocenić poziom całości, a nie tylko zobaczyć wybór dokonany przez Jury.

Dlaczego nie zaskoczył mnie Prażmowski? Albo przeciwnie dlaczego zaskoczył mnie tak bardzo?


Fragment ekspozycji wystawy Wojciecha Prażmowskiego w Jedynaku.

Miłosz Tutejszy jest chyba jedynym projektem artysty, w którym ten nie tyle już polemizuje ze znaczeniami obrazu fotograficznego, ale traci jakby zupełnie wiarę w bezpośredniość przekazu medium. Zupełnie jakby słowa poezji miały wyostrzyć czy przywołać obraz, który bez literatury uciekał gdzieś w nieistotność. Ciekawą i niepokojącą zarazem analogię materialności wywoływał obiekt zamknięty w szklanym kubiku. Stary drewniany stojak, a w nim menzurki z przedmiotami z miejsc, tych miejsc naznaczonych obecnością poety. To już czysta analogia, niezaznaczona nawet próbą zapośredniczenia zapisu rzeczywistość. Na wystawie w Jedynaku zabrakło też pozostałych obiektów, które obok fotografii towarzyszyły wystawie w jej poprzednich odsłonach, a które w tak silny sposób przekierowywały kontekst analogii tego projektu na rzeczywistość zawartą właśnie w tych obiektach i ... może jeszcze w poezji Miłosza. Szkoda również, że organizatorom nie udało się ściągnąć oryginalnego katalogu, który towarzyszył wystawie.

Mocnym punktem wystawy były też wielkoformatowe wydruki fińskiej artystki. Marja Pirila od lat wykorzystuje zjawisko ciemni optycznej, konstruując swoją metaforyczną wizję INTERIOR/EXTERIOR. Cytując za BIK-iem dyrektorkę Festiwalu: artystka tworzy w technice camera obscura?! Zatem jeśli dobrze rozumiem język polski, wszyscy posługujący się aparatami cyfrowymi tworzą w technice aparatów cyfrowych? Doświadczenie bycia wewnątrz camera obscura stało się również udziałem wąskiej grupy uczestników warsztatów. Szkoda, że była to jedyna forma kontaktu artystki z mieszkańcami Bydgoszczy, zabrakło zwykłego spotkania autorskiego. I w tym przypadku pozostaję bez informacji odnośnie materialnej natury prac. Przygotowane na wystawę wydruki wielkoformatowe nie są przecież odbitkami vintage? Prace Marji Pirili miałem okazję oglądać na wystawie POETICS OF LIGHT w Santa Fe. Kuratorem amerykańskiego projektu był Eric Renner, zresztą jest nim nadal, bowiem projekt ten jest jeszcze pokazywany w Muzeum Pałacu Gubernatorów. Prezentowane tam prace były oryginałami, które artystka przekazała do kolekcji otworkowej. Eric Renner jest też autorem znakomitej książki o pinholah, książki która od czasu pierwszego wydania w roku 1998 doczekała się już czterech wznowień. To właśnie w pierwszym wydaniu tej pozycji zobaczyłem reprodukcje prac Pirili z tej serii, sądząc z daty 1996 pierwsze prace musiały powstawać na kliszach, podobnie zresztą postępował Abelardo Morell, główna inspiracja artystki. Szkoda, że na wystawie nie znaleźliśmy dat powstania prezentowanych tam fotografii, co nie pozwala nam ustalić, z jakim etapem twórczych poszukiwań artystki mamy do czynienia.


Jedna z prac Marji Pirili na wystawie głównej.

Kolejny punkt wystawy, fotografie Anny Grzelewskiej wpisują się w modną od lat tendencję osobistego dokumentu. Bo jeśli coś może nadać sens obrazowi, są to emocje. Cykl ten, choć zgrabnie zbudowany, nie przekonuje, może dlatego że tak chętnie eksploatowany wątek osobisty wydaje mi się już nieco zużyty? Choć nie przeczę, że plenerowe zdjęcia z tej serii nie były całkiem pozbawione siły wyrazu.

Kompletnie nie potrafiłem odnaleźć kontekstu prac Eugenii Maximowej, pełne wizualnej pustki campowe prace artystki stanowią sedno swojego gatunku. I choć camp, od momentu kiedy Susan Sontag zdefiniowała go jako zjawisko, ulegał różnym mutacjom, prezentowane na wystawie prace odwołują się do początków definicji tego nurtu. Jeśli przyjąć surową logikę, że obiekty ze zdjęć Maximowej istnieją naprawdę, a nie są kolejnym elementem wygenerowanym w komputerze, więc jeśli przyjąć, że są prawdziwe, niewątpliwie należą one do sfery old school. Może kluczem do tej postaci jest fakt reprezentowania jej przez Anzenberger Gallery w Wiedniu? A więc kolejny towar z importu.

Głównym mankamentem Festiwalu Fotografii był brak konkretnego programu. Tym razem sprawność organizacyjna i medialna nie wystarczyła. Może warto było powołać Radę Programową Festiwalu? To standardowa praktyka przy dużych projektach wystawowych. Sam pomysł organizacji Festiwalu Fotografii w Bydgoszczy uważam za chybiony. Jeśli już chcemy powrotu do bydgoskich tradycji fotograficznych, dlaczego nie można wskrzesić jeszcze żywych tradycji Przeglądu Fotografii Bydgoskiej? Plan powrotu do tego wzorca konfrontacji twórczości fotograficznej wydawał się jak najbardziej trafiony. Jego pomysłodawca Adam Juszkiewicz - obecnie kustosz Muzeum Fotografii, miał doprecyzowaną wizję tego przedsięwzięcia, co więcej odbył szereg rozmów z artystami, dyrektorami instytucji kultury. Mogło się udać... ale...

Jeszcze zanim Festiwal się rozpoczął, Muzeum Fotografii w Bydgoszczy otworzyło znakomitą i bardzo ważną wystawę Zofii Rydet. Zaprezentowano na niej fragment dorobku artystki z jej gigantycznego projektu Zapis socjologiczny. Dlaczego nie udało się połączyć obu tych przedsięwzięć? Czy Muzeum Fotografii ma również "inną" publiczność?



Wszystkie fotografie z wystaw festiwalowych wykonałem osobiście aparatem cyfrowym, takie czasy.










sobota, 7 listopada 2015

jesienne praktyki...

Nagromadzenie rzeczy zbytecznych w krajobrazie o to jak kojarzy mi się teraz jesień. Wszystko jeszcze ciepłe. Można by spróbować wyizolować, wydobyć coś z otoczenia cóż kiedy wszystko tak subtelnie łączy się pajęczyną skojarzeń i nic nie jest osobne, fabuła na wyciągniecie ręki.


"Totem" Mielno 2015

Potyczki z medium, mniej i bardziej wyrafinowane strategie, a z drugiej strony zaskoczenie i... rzeczywistość. Cytat z Kalendarza Literackiego ( wersja ze zrywanymi kartkami ) Istnienie jest potworne, zrozum to. Tylko fikcje małego wycinka społecznego bytu naszego gatunku stworzyły fikcję sensu całości bytu
S.I. Witkiewicz
Zerwałem pogniotłem. Potem późnym wieczorem rozprostowałem zgnieciona kartkę i przypiąłem magnesem (upominek z Palestyny) na lodówce . Poprzednią kartkę z cytatem spaliłem i zapomniałem.

niedziela, 4 stycznia 2015

archeologia codzienna

I okazało się że zabrałem ze sobą ze starego mieszkania całą masę innych światów, kawałków starego kontynentu, pułapek które porozstawiałem, po szafach i po kartonach i w które teraz raz za razem wpadam, po to by wypaść jak zwykle z czasu. Wszystko działo się w pośpiechu, a teraz te pudełka pakowana tak chaotycznie i w pośpiechu, otwierają się znienacka i zasysają mnie do swoich ciasnych wnętrz i tkwię tam, tak przez chwilę miedzy wysuszonym jesiotrem i wygotowanym na czerwono raczkiem, z nieco zdekompletowanym zestawem odnóży, moje odnóża też mogą wydawać się dziwne choć nie są zdekompletowane, więc wpasowuje się w tą ciasną przestrzeń ażurowego pudełka na kadzidełka. Na zewnątrz zresztą wcale nie jest lepiej, wystarczy wejść na górkę za dyskontem i podążać ścieżką wzdłuż skarpy w stronę strumienia, równolegle do ulicy osłoniętej ścianą drzew i w połowie drogi nieco poniżej krawędzi skarpy, pod rozłożystą dziwnie powykręcaną sosną na gałęzi której jeszcze niedawno kiedy dzień był długi, w promieniach południa suszyły się dwie stare kołdry, wyznaczając granicę obozowiska nomadów, którzy teraz zimą wynieśli się stąd na inne pastwiska i tak czynią to od tysiącleci, bo jeśli pójdzie się dalej gdzie kończą się pojedyncze drzewa, w dole widać zarośnięty strumień jedno z dzikich dorzeczy Brdy, tam gdzie skarpa przechodzi w wydmę znajdowano krzemienne groty, kamienne noże z neolitu i butelki po Heinekenie, wszędzie te artefakty. Wszystko to nie dalej niż dziesięć minut drogi od wyjścia za płot z podwórka, więc po dziesięciu minutach pieszej wycieczki można być zasadniczo pełnym wrażeń z siatkami wypchanymi artefaktami ze znaczną przewagą szkła nad krzemieniem. Ze zbierania szkła zrezygnowałem zaraz, bo okazało się że bezustannie nękane wiatrem wydmy odsłaniają co raz to nowe pokłady zielonego w większości w oryginalnym kształcie, kamienne noże natomiast trafiają się rzadziej, więc ciągle szukam.

A teraz znowu te pudełka, z kartonu o obojętnym pH, pełne kartek o znacznej zawartości srebra bez żadnych podpisów, żadnego punktu odniesienia po za obrazem, no może czasem jakiś zalążek exif w postaci daty na odwrocie, to wszystko, ale bohaterów jeśli już są pamiętam, jeszcze. Ale wielu bohaterów tam nie znajduję, a krajobraz jest w ciągłym ruchu co potwierdzają kamienne kopce na stykach pól, które czasem spotykam gdzieś przy bocznych drogach na peryferiach peryferiów niby, ale ciągle to miasto jeden bezgraniczny ekoton na styku człowiek i natura.

Dokument, postdokument, zapis tego co znika, przykrywa rzeczywistość jaką znam. To nużące przyzwyczajenie utrwalania, którego sam nie potrafię zaniechać, jest jak de profundis dla zagubionego znaczenia. Jak będą wyglądać zwierzęta i żebracy którzy zamieszkają na wirtualnych mapach?


z serii Iliaster Nr 22 / 2012 montaż cyjanotypowy