Translate

piątek, 13 grudnia 2013

Z radiem w tle...


Przekręcam potencjometr w prawo i... słyszę niedookreślony trzask, a zaraz potem to jednostajne buczenie, oko zielonej lampy mruży się, kręcę jeszcze anteną ferrytową, ustawiam tony niskie i wysokie; z buczenia powoli wydobywa się dźwięk: Czy Pan mnie słyszy? przypomina mi się jakieś słuchowisko radiowe, bo mogłem przecież jakieś kiedyś słyszeć Szpuuuuuuula... powtarzał aktor, a może to był jednak Teatr Telewizji? Wydaje mi się że pamiętam twarz aktora, ten głos... Uszu przecież nie można zamknąć, ale nawet kiedy zamykam oczy, widzę nadal ten dźwięk który wcale nie wygląda jak stare radio. Czy Pan mnie słyszy? bo takiego pytania byłbym się spodziewał po tym jak za sprawą radia zacząłem wchodzić w posiadanie historii, które swobodnie toczyły się wokół radia, a obrazy podążały za głosem. Buczenie trwało nadal że niby nadają jakąś audycję, choć tego nigdy do końca nie można być pewnym. Albo te punkty świetlne przypadkowe camera obscura, które radio emituje jakby mimochodem. Światło lamp wydostaje się przez otwory w tylnym panelu i za odbiornikiem, na ścianie trwa misterny teatr. Tu chodzi raczej o coś innego, chodzi przecież o to że jestem sentymentalnym idiotą, który wszedł w posiadanie starego radia lampowego z 1964 roku, o nazwie Unitra - Boston ( Tak!!! Żadnych skojarzeń ) i postanowił je odczynić.
Radio w domu pojawiło się na chwilę przed otwarciem Stanu Rzeczy, kiedy wysycenie radością fizycznego obcowania z fotografią; z przedmiotem metafizycznym jakim jest dla mnie fotografia, osiągało szczyt. Radio było dodatkiem który doskonale pasował do oprawy, ale fotografie były ważniejsze. Większość prac została już wtedy powieszona; rozpakowana i powieszona, bo ta kolejność jest bardzo ważna. Zamknięte w skrzyniach prace, były jak tajemnica która za chwilę zostanie ujawniona, a przestrzeń sal zamkowych jeszcze bardziej to podkreślała. Moment szczególny; zanim prace zawisły na ścianach, ustawiałem je i oglądałem ze wszystkich stron, bo te fotografie mają awers i rewers; jak każda dobra historia i nie potrafią skończyć się po zamknięciu oczu. Ten moment kiedy przed otwarciem wystawy, a już po przygotowaniu całej ekspozycji ponownie przeczytałem swój wstęp do katalogu i zwątpiłem?! O czym mogłem pisać nie widząc prac w rzeczywistości? O idei obrazu chyba, bo nie o nim samym a to olbrzymia różnica; diabeł tkwi w szczególe jak w Little Devils Dana Estabrooka


Reprodukcja pracy Dana Estabrooka z ekspozycji Stan rzeczy - widać głęboko cięte passepartout widoczne zwłaszcza w górnej części reprodukcji; efekt górnego oświetlenia. Eliptyczny, woskowany negatyw kalotypowy i jego półprzeźroczysty cień; w prawej dolnej części owalu negatywu. Nie jest widoczne, nie jest do ustalenia na podstawie reprodukcji pochodzenie śladów - kropek, otworów... na portretowanej postać - to ołówek!

Zazdroszczę Danowi Estabrookowi tego, że ołówek w jego rękach potrafi naśladować światło odkrywając formy jak te istniejące w naturze, potrafi stworzyć to czego ja mogę tylko poszukiwać w gotowych kształtach. Prawdziwie szatański Pencil of Nature. Tak jak teraz dopiero mógłbym wmawiać Wam to, że w gumach Jessecy Ferguson jest pył z księżyca, choć i bez tego nie przestają być magiczne. Przypominam sobie sytuacje, kiedy późnym wieczorem, rozstawiając dagerotypy Jarka Klupsia, wpadłem w przestrzeń lustrzanego odbicia i długo zastanawiałem się jak ustalić kolejność ekspozycji prac które powinno czytać się odwrotnie. Prace France Scully Osterman; te z serii Sleep prezentowały się świetnie oprawione, ja jednak nie mogę zapomnieć momentu kiedy wyciągałem je z czarnej teczki A 4 i obracając w dłoniach ubranych w białe rękawiczki, wstrzymywałem oddech, a już chwilę potem oglądałem odbitki stykowe Marka Ostermana.


Przygotowanie wystawy, na pierwszym planie fotografia Marka Ostermana - odbitka z negatywu kolodionowego na papierze solnym tonowanym złotem, dalej woskowane odbitki z kolodionowych negatywów France Scully Osterman i jeszcze dalej moje albuminowe odbitki, z negatywów rentgenowskich, luksografii fragmentów organicznych i fragmentów starych atlasów przyrodniczych potraktowanych również jak negatyw

To współistnienie obrazu-przedmiotu jest tu nierozerwalne, ale jak ma się do tempa transmisji innych obrazów współcześnie? Tak jak woda, gaz i prąd elektryczny na ledwie dostrzegalny ruch ręki z daleka docierają do naszych mieszkań, aby nas obsłużyć, tak będziemy zaopatrzeni w obrazy lub dźwięki, które na najdrobniejszy gest dłoni, niemal na nasze skinienie pojawią się, aby nas w identyczny sposób opuścić. Pisząc te słowa w roku 1936 Paul Valery, nie przewidział jednak momentu w którym gest dłoni powoli stanie się zbyteczny, a obrazy docierają do nas mimo to i jeszcze tylko w przypadku tych ślinie związanych z podłożem możemy jakoś decydować, czy chcemy je widzieć czy nie. Choć ciekawszy problem mogą dziś stanowić próby określenia kryteriów indywidualności twórcy, za co możemy podziękować Warholowi. (To wątek warty rozwinięcia.) Ale też nie kto inny jak Andy dał nam poznać jak ogromne znaczenie ma rzemiosło. Ilekroć myślę o sztuce mam problem z zebraniem myśli, sam ścierając się z materią miewam problemy w ustaleniu kolejności działania, chcąc osiągnąć zamierzony skutek. Tym bardziej doceniam tych którzy pracując w określonym medium, problemów z ustaleniem kolejności działania nie mają, być może dlatego ich prace potrafią zachować lekkość i anegdotę, jak to jest w przypadku Marka Ostermana.
Próbuję rozwikłać zagadkę fotografii Neighbor’s House Seen from Bathroom Window, 2008 Alana Greene, wiem o fotografii to że została wykonana metodą opracowaną przez Blanquart-Evrard’sa na podstawie procesu pozytywowego Bayarda, resztę dopowiada mi historia tych wszystkich byłych i przyszłych widoków z okna, od Nipca poczynając i... nie kończąc, i ciesząc się świadomością faktu że ostatnie słowo nie będzie należeć do mnie. A cały ten moment, którego ułamek zmaterializowałem na wspólnym zdjęciu wykonanym na dziedzińcu Zamku, będzie się teraz musiał dokonywać cały czas. Żegnajcie i Witajcie.


...a potem, na koniec projekcja filmu Pawła Kuli. W marmurowej sali kominkowej, w ścianach której znaleźć można kwarcowe amonity; jak muzeum historii naturalnej i ta notatka z obserwacji Słońca.

Radio też w pewnym sensie wynikało z fotografii; to moje przynajmniej. Wszedłem w jego posiadanie w Muzeum Fotografii w Bydgoszczy. Kustosz - Arek Blachowski podarował mi je, nie do końca może świadom tego, że radio zawiera w środku historie. W zamian obiecałem aparat, fotografię bohatera i historię; może dlatego że w Muzeum widać tylko przedmioty? Kiedy oczarowany obiektem, który dodatkowo okazał się sprawny, a podczas demonstracji za sprawą piosenki odtwarzanej z trzeszczącej płyty przeniósł mnie i kustosza w Zaczarowany bajek świat, a wszystko po to bym ja, chwilę później przeniósł radio do samochodu i... prosto do domu. Choć może jednak kustosz był świadom, bo kiedy z radia popłynęły pierwsze słowa piosenki, odwrócił się do mnie i nie co zdziwiony powiedział Ta muzyka mieszka w środku
Radio mimo tych niespodzianek i historii metafizyczne nie jest, a fotografia... chyba jednak jest szalona, to wszystko przez te oczekiwania... Oczekiwania wobec obrazu, czy wobec historii, a może wobec ludzi? A jeśli wobec obrazu, to jakiego? Czy kryterium materialności ma jeszcze znaczenie? Moje obawy do reszty rozwiewa Archiwum Zoologiczne Wiesława Rakowskiego; ten obraz musiał być zamknięty w przedmiocie by ponownie można było go odczytać i nadać mu ten kształt który znaleźliśmy na wystawie, może trochę przeskalowany, ale czy przez to nie bardziej surrealistyczny?


Wiesław Rakowski - Archiwum zoologiczne - reprodukcja fotografii z fragmentu ekspozycji

Tak jak fotografie Klementyny Zubrzyckiej, które zaprezentował Marek Janczyk na seminarium wokół idei biennale. Pasja zawsze wykracza po za czas i może nośnik nie ma tu znaczenia, choć ja z pewnością już tego nie stwierdzę i to poniekąd cieszy. Opisanie, skatalogowanie, czy wreszcie uznanie fotografii powstającej w sferze prywatności za obiekt muzealny jest wyjątkowym momentem dla Muzeum Historii Fotografii w Krakowie. Fakt że tak się dzieje teraz potwierdza głęboką rolę fotografii jako świadectwa historii nowożytnej; zwłaszcza zbiory prywatne poddawane mniej rygorystycznym porządkom, nużącej typologii, czy innym ćwiczeniom stylistycznym, stanowią doskonały materiał do badań nad rzeczywistością. Ale to już po nas.
Radio po powrocie z Biennale cieszyło jak dawniej, urok przedmiotu nie osłabł i mój stosunek do obrazu nie uległ zmianie, nadal wolę tysiąc historii zaklętych w jednym obrazie który czerpie swoją siłę z metafizyki; niż historię tysiąca obrazów których nie mogę, czy nie chcę dotknąć, czy może wreszcie przeczytać... Bo może kiedyś urwane fragmenty plików jpeg, w kodzie html, przemawiać będą do kogoś jak jak metafizyczny kod, ale już na szczęście nie do mnie.

P.S.
Od dłuższego już czasu usiłuje przypomnieć sobie, nie używając przy tym wyszukiwarki nazwisko reżysera filmu z którego wziąłem tytuł posta. Sting w nim grał i był młody; motyw drogi też był no i radio lampowe, zupełnie inny dźwięk. A oglądałem go kiedyś w telewizji, ma się rozumieć analogowej.