Translate

poniedziałek, 14 października 2013

I to narasta...

Już od pewnego czasu jeżdżę w to miejsce na obrzeżach miasta doglądać pewnego starego drzewa. Drzewo to olcha, stanowisko systematyczne określiłem już po tej mojej ingerencji; ale czy kiedy zobaczyłem je po raz pierwszy widniał na nim wymalowany różowym sprayem symbol X? Tego nie pamiętam i chociaż teraz wiem, że tak oznacza się drzewa przeznaczone do wycinki fakt, że wtedy o tym nie wiedziałem niczego właściwie nie zmienia. Ma olcha wielką dziuplę w której dorosły człowiek z łatwością schowałby się przed deszczem; żyje tam tysiące stworzeń których stanowiska systematyczne nie są mi znane i nie przeszkadza mi ten brak, czy też zanik wiedzy. Może właściwie nie jest to dziupla tylko rodzaj jakiejś choroby, która tocząc drzewo osłabiła pień tworząc w nim tą dziwną przestrzeń, czeluść jakby wypaloną, pokrytą próchnem, pajęczynami... martwą, a jakby żywą. Choroby też bywają twórcze. Dziupla którejś sierpniowej nocy została zamieniona na camera obscura: dużo czarnej folii i blaszka ze zdjęciem - ferrotypia (do wewnątrz obrazem) - portret kobiety i mężczyzny, upozowani ona stoi, on siedzi i oboje nie potrafią się uśmiechnąć. Wewnątrz pnia włożony wycięty z roli kawał papieru fotograficznego; wilgotniał w nocy kiedy układałem go wewnątrz dziupli i pozostawiałem na nadchodzący dzień; zapomniałem dodać że w ferrotypii była maleńka dziurka i bynajmniej nie był to ubytek, ale świadome działanie wywierciłem ją żeby naświetlić.


Ferrotyp (z otworkiem pod pachą stojącej pani) + liść z tej Olchy

Nie czuwałem przy drzewie do rana, wróciłem do domu i popołudniu przyjechałem ponownie odkleić otworek i dokonać ekspozycji, a potem wieczorem wyciągnąć ten kawał wilgotnego papieru z niewidzialnym obrazem i zdziwionymi owadami chodzącymi po jego powierzchni, by już później z niecierpliwością rozwinąć go w ciemni i poddać obróbce; a wszystko to po to by dowiedzieć się co oni widzieli... Co widzieli ludzie z portretu? Na pewno więcej niż zostało na papierze, na którym światło kapryśnie wybrało sobie miejsce: ciemne plamy w prawym dolnym rogu; znaczące kształt drzew w parku nad kanałem i alejkę gdzie od lat jeżdżę rowerem, a w przeciwległym lewym górnym rogu cień zaświetlenia nie wiadomo skąd.



Negatyw z drzewa - fotografia otworkowa 80 x 80 cm, papier fotograficzny.

Jednak kiedy było już po całym procesie, folia z ferrotypią pozostała na drzewie, a ja wracałem tam niby doglądać czy nikt nie zniszczył tego "aparatu" i nie ukradł mi "obiektywu", a potem zdałem sobie sprawę, że ilekroć zjawiałem się na miejscu obok olchy i odsłaniałem folię wyobrażałem sobie że wyraz twarzy ludzi z portretu się zmieni, zadziwieni odwróconą projekcją na ścianach zmurszałego pnia uśmiechną się może trochę i ten uśmiech tak im zostanie...

I tak jadę znowu rowerem przez miasto i wzrok mimowolnie odnajduje kadry już znane, albo wcześniej zamrożone w czasie... Tamto zniknęło, to znowu się pojawiło; krajobraz jak kalejdoskop. Jeśli więc zatrzymuje się na chwilę nad kanałem i przyglądam się zmarszczonej właśnie tafli wody widząc w niej zniekształcony pejzaż jesieni i siebie samego jak w krzywym zwierciadle, wiem już że nie ma i nie było nigdy żadnego lustra z pamięcią bo lustro jest tylko marzeniem, pragnieniem które się spełnia jak ten Ogród Luizy; ... którego nieistnienie zabija jak topór, zawieszony na tęczy pod gwarancją wizji... A te wszystkie niby kawałki rzeczywistości, przesiąknięte srebrem i nabrzmiałe znaczeniami rozpadną się... bo rzeczywistość nie znosi powtórzeń. A czas ocali tylko te elementy, których rzeczywistość dotychczas nie znała.