Translate

piątek, 13 grudnia 2013

Z radiem w tle...


Przekręcam potencjometr w prawo i... słyszę niedookreślony trzask, a zaraz potem to jednostajne buczenie, oko zielonej lampy mruży się, kręcę jeszcze anteną ferrytową, ustawiam tony niskie i wysokie; z buczenia powoli wydobywa się dźwięk: Czy Pan mnie słyszy? przypomina mi się jakieś słuchowisko radiowe, bo mogłem przecież jakieś kiedyś słyszeć Szpuuuuuuula... powtarzał aktor, a może to był jednak Teatr Telewizji? Wydaje mi się że pamiętam twarz aktora, ten głos... Uszu przecież nie można zamknąć, ale nawet kiedy zamykam oczy, widzę nadal ten dźwięk który wcale nie wygląda jak stare radio. Czy Pan mnie słyszy? bo takiego pytania byłbym się spodziewał po tym jak za sprawą radia zacząłem wchodzić w posiadanie historii, które swobodnie toczyły się wokół radia, a obrazy podążały za głosem. Buczenie trwało nadal że niby nadają jakąś audycję, choć tego nigdy do końca nie można być pewnym. Albo te punkty świetlne przypadkowe camera obscura, które radio emituje jakby mimochodem. Światło lamp wydostaje się przez otwory w tylnym panelu i za odbiornikiem, na ścianie trwa misterny teatr. Tu chodzi raczej o coś innego, chodzi przecież o to że jestem sentymentalnym idiotą, który wszedł w posiadanie starego radia lampowego z 1964 roku, o nazwie Unitra - Boston ( Tak!!! Żadnych skojarzeń ) i postanowił je odczynić.
Radio w domu pojawiło się na chwilę przed otwarciem Stanu Rzeczy, kiedy wysycenie radością fizycznego obcowania z fotografią; z przedmiotem metafizycznym jakim jest dla mnie fotografia, osiągało szczyt. Radio było dodatkiem który doskonale pasował do oprawy, ale fotografie były ważniejsze. Większość prac została już wtedy powieszona; rozpakowana i powieszona, bo ta kolejność jest bardzo ważna. Zamknięte w skrzyniach prace, były jak tajemnica która za chwilę zostanie ujawniona, a przestrzeń sal zamkowych jeszcze bardziej to podkreślała. Moment szczególny; zanim prace zawisły na ścianach, ustawiałem je i oglądałem ze wszystkich stron, bo te fotografie mają awers i rewers; jak każda dobra historia i nie potrafią skończyć się po zamknięciu oczu. Ten moment kiedy przed otwarciem wystawy, a już po przygotowaniu całej ekspozycji ponownie przeczytałem swój wstęp do katalogu i zwątpiłem?! O czym mogłem pisać nie widząc prac w rzeczywistości? O idei obrazu chyba, bo nie o nim samym a to olbrzymia różnica; diabeł tkwi w szczególe jak w Little Devils Dana Estabrooka


Reprodukcja pracy Dana Estabrooka z ekspozycji Stan rzeczy - widać głęboko cięte passepartout widoczne zwłaszcza w górnej części reprodukcji; efekt górnego oświetlenia. Eliptyczny, woskowany negatyw kalotypowy i jego półprzeźroczysty cień; w prawej dolnej części owalu negatywu. Nie jest widoczne, nie jest do ustalenia na podstawie reprodukcji pochodzenie śladów - kropek, otworów... na portretowanej postać - to ołówek!

Zazdroszczę Danowi Estabrookowi tego, że ołówek w jego rękach potrafi naśladować światło odkrywając formy jak te istniejące w naturze, potrafi stworzyć to czego ja mogę tylko poszukiwać w gotowych kształtach. Prawdziwie szatański Pencil of Nature. Tak jak teraz dopiero mógłbym wmawiać Wam to, że w gumach Jessecy Ferguson jest pył z księżyca, choć i bez tego nie przestają być magiczne. Przypominam sobie sytuacje, kiedy późnym wieczorem, rozstawiając dagerotypy Jarka Klupsia, wpadłem w przestrzeń lustrzanego odbicia i długo zastanawiałem się jak ustalić kolejność ekspozycji prac które powinno czytać się odwrotnie. Prace France Scully Osterman; te z serii Sleep prezentowały się świetnie oprawione, ja jednak nie mogę zapomnieć momentu kiedy wyciągałem je z czarnej teczki A 4 i obracając w dłoniach ubranych w białe rękawiczki, wstrzymywałem oddech, a już chwilę potem oglądałem odbitki stykowe Marka Ostermana.


Przygotowanie wystawy, na pierwszym planie fotografia Marka Ostermana - odbitka z negatywu kolodionowego na papierze solnym tonowanym złotem, dalej woskowane odbitki z kolodionowych negatywów France Scully Osterman i jeszcze dalej moje albuminowe odbitki, z negatywów rentgenowskich, luksografii fragmentów organicznych i fragmentów starych atlasów przyrodniczych potraktowanych również jak negatyw

To współistnienie obrazu-przedmiotu jest tu nierozerwalne, ale jak ma się do tempa transmisji innych obrazów współcześnie? Tak jak woda, gaz i prąd elektryczny na ledwie dostrzegalny ruch ręki z daleka docierają do naszych mieszkań, aby nas obsłużyć, tak będziemy zaopatrzeni w obrazy lub dźwięki, które na najdrobniejszy gest dłoni, niemal na nasze skinienie pojawią się, aby nas w identyczny sposób opuścić. Pisząc te słowa w roku 1936 Paul Valery, nie przewidział jednak momentu w którym gest dłoni powoli stanie się zbyteczny, a obrazy docierają do nas mimo to i jeszcze tylko w przypadku tych ślinie związanych z podłożem możemy jakoś decydować, czy chcemy je widzieć czy nie. Choć ciekawszy problem mogą dziś stanowić próby określenia kryteriów indywidualności twórcy, za co możemy podziękować Warholowi. (To wątek warty rozwinięcia.) Ale też nie kto inny jak Andy dał nam poznać jak ogromne znaczenie ma rzemiosło. Ilekroć myślę o sztuce mam problem z zebraniem myśli, sam ścierając się z materią miewam problemy w ustaleniu kolejności działania, chcąc osiągnąć zamierzony skutek. Tym bardziej doceniam tych którzy pracując w określonym medium, problemów z ustaleniem kolejności działania nie mają, być może dlatego ich prace potrafią zachować lekkość i anegdotę, jak to jest w przypadku Marka Ostermana.
Próbuję rozwikłać zagadkę fotografii Neighbor’s House Seen from Bathroom Window, 2008 Alana Greene, wiem o fotografii to że została wykonana metodą opracowaną przez Blanquart-Evrard’sa na podstawie procesu pozytywowego Bayarda, resztę dopowiada mi historia tych wszystkich byłych i przyszłych widoków z okna, od Nipca poczynając i... nie kończąc, i ciesząc się świadomością faktu że ostatnie słowo nie będzie należeć do mnie. A cały ten moment, którego ułamek zmaterializowałem na wspólnym zdjęciu wykonanym na dziedzińcu Zamku, będzie się teraz musiał dokonywać cały czas. Żegnajcie i Witajcie.


...a potem, na koniec projekcja filmu Pawła Kuli. W marmurowej sali kominkowej, w ścianach której znaleźć można kwarcowe amonity; jak muzeum historii naturalnej i ta notatka z obserwacji Słońca.

Radio też w pewnym sensie wynikało z fotografii; to moje przynajmniej. Wszedłem w jego posiadanie w Muzeum Fotografii w Bydgoszczy. Kustosz - Arek Blachowski podarował mi je, nie do końca może świadom tego, że radio zawiera w środku historie. W zamian obiecałem aparat, fotografię bohatera i historię; może dlatego że w Muzeum widać tylko przedmioty? Kiedy oczarowany obiektem, który dodatkowo okazał się sprawny, a podczas demonstracji za sprawą piosenki odtwarzanej z trzeszczącej płyty przeniósł mnie i kustosza w Zaczarowany bajek świat, a wszystko po to bym ja, chwilę później przeniósł radio do samochodu i... prosto do domu. Choć może jednak kustosz był świadom, bo kiedy z radia popłynęły pierwsze słowa piosenki, odwrócił się do mnie i nie co zdziwiony powiedział Ta muzyka mieszka w środku
Radio mimo tych niespodzianek i historii metafizyczne nie jest, a fotografia... chyba jednak jest szalona, to wszystko przez te oczekiwania... Oczekiwania wobec obrazu, czy wobec historii, a może wobec ludzi? A jeśli wobec obrazu, to jakiego? Czy kryterium materialności ma jeszcze znaczenie? Moje obawy do reszty rozwiewa Archiwum Zoologiczne Wiesława Rakowskiego; ten obraz musiał być zamknięty w przedmiocie by ponownie można było go odczytać i nadać mu ten kształt który znaleźliśmy na wystawie, może trochę przeskalowany, ale czy przez to nie bardziej surrealistyczny?


Wiesław Rakowski - Archiwum zoologiczne - reprodukcja fotografii z fragmentu ekspozycji

Tak jak fotografie Klementyny Zubrzyckiej, które zaprezentował Marek Janczyk na seminarium wokół idei biennale. Pasja zawsze wykracza po za czas i może nośnik nie ma tu znaczenia, choć ja z pewnością już tego nie stwierdzę i to poniekąd cieszy. Opisanie, skatalogowanie, czy wreszcie uznanie fotografii powstającej w sferze prywatności za obiekt muzealny jest wyjątkowym momentem dla Muzeum Historii Fotografii w Krakowie. Fakt że tak się dzieje teraz potwierdza głęboką rolę fotografii jako świadectwa historii nowożytnej; zwłaszcza zbiory prywatne poddawane mniej rygorystycznym porządkom, nużącej typologii, czy innym ćwiczeniom stylistycznym, stanowią doskonały materiał do badań nad rzeczywistością. Ale to już po nas.
Radio po powrocie z Biennale cieszyło jak dawniej, urok przedmiotu nie osłabł i mój stosunek do obrazu nie uległ zmianie, nadal wolę tysiąc historii zaklętych w jednym obrazie który czerpie swoją siłę z metafizyki; niż historię tysiąca obrazów których nie mogę, czy nie chcę dotknąć, czy może wreszcie przeczytać... Bo może kiedyś urwane fragmenty plików jpeg, w kodzie html, przemawiać będą do kogoś jak jak metafizyczny kod, ale już na szczęście nie do mnie.

P.S.
Od dłuższego już czasu usiłuje przypomnieć sobie, nie używając przy tym wyszukiwarki nazwisko reżysera filmu z którego wziąłem tytuł posta. Sting w nim grał i był młody; motyw drogi też był no i radio lampowe, zupełnie inny dźwięk. A oglądałem go kiedyś w telewizji, ma się rozumieć analogowej.

poniedziałek, 14 października 2013

I to narasta...

Już od pewnego czasu jeżdżę w to miejsce na obrzeżach miasta doglądać pewnego starego drzewa. Drzewo to olcha, stanowisko systematyczne określiłem już po tej mojej ingerencji; ale czy kiedy zobaczyłem je po raz pierwszy widniał na nim wymalowany różowym sprayem symbol X? Tego nie pamiętam i chociaż teraz wiem, że tak oznacza się drzewa przeznaczone do wycinki fakt, że wtedy o tym nie wiedziałem niczego właściwie nie zmienia. Ma olcha wielką dziuplę w której dorosły człowiek z łatwością schowałby się przed deszczem; żyje tam tysiące stworzeń których stanowiska systematyczne nie są mi znane i nie przeszkadza mi ten brak, czy też zanik wiedzy. Może właściwie nie jest to dziupla tylko rodzaj jakiejś choroby, która tocząc drzewo osłabiła pień tworząc w nim tą dziwną przestrzeń, czeluść jakby wypaloną, pokrytą próchnem, pajęczynami... martwą, a jakby żywą. Choroby też bywają twórcze. Dziupla którejś sierpniowej nocy została zamieniona na camera obscura: dużo czarnej folii i blaszka ze zdjęciem - ferrotypia (do wewnątrz obrazem) - portret kobiety i mężczyzny, upozowani ona stoi, on siedzi i oboje nie potrafią się uśmiechnąć. Wewnątrz pnia włożony wycięty z roli kawał papieru fotograficznego; wilgotniał w nocy kiedy układałem go wewnątrz dziupli i pozostawiałem na nadchodzący dzień; zapomniałem dodać że w ferrotypii była maleńka dziurka i bynajmniej nie był to ubytek, ale świadome działanie wywierciłem ją żeby naświetlić.


Ferrotyp (z otworkiem pod pachą stojącej pani) + liść z tej Olchy

Nie czuwałem przy drzewie do rana, wróciłem do domu i popołudniu przyjechałem ponownie odkleić otworek i dokonać ekspozycji, a potem wieczorem wyciągnąć ten kawał wilgotnego papieru z niewidzialnym obrazem i zdziwionymi owadami chodzącymi po jego powierzchni, by już później z niecierpliwością rozwinąć go w ciemni i poddać obróbce; a wszystko to po to by dowiedzieć się co oni widzieli... Co widzieli ludzie z portretu? Na pewno więcej niż zostało na papierze, na którym światło kapryśnie wybrało sobie miejsce: ciemne plamy w prawym dolnym rogu; znaczące kształt drzew w parku nad kanałem i alejkę gdzie od lat jeżdżę rowerem, a w przeciwległym lewym górnym rogu cień zaświetlenia nie wiadomo skąd.



Negatyw z drzewa - fotografia otworkowa 80 x 80 cm, papier fotograficzny.

Jednak kiedy było już po całym procesie, folia z ferrotypią pozostała na drzewie, a ja wracałem tam niby doglądać czy nikt nie zniszczył tego "aparatu" i nie ukradł mi "obiektywu", a potem zdałem sobie sprawę, że ilekroć zjawiałem się na miejscu obok olchy i odsłaniałem folię wyobrażałem sobie że wyraz twarzy ludzi z portretu się zmieni, zadziwieni odwróconą projekcją na ścianach zmurszałego pnia uśmiechną się może trochę i ten uśmiech tak im zostanie...

I tak jadę znowu rowerem przez miasto i wzrok mimowolnie odnajduje kadry już znane, albo wcześniej zamrożone w czasie... Tamto zniknęło, to znowu się pojawiło; krajobraz jak kalejdoskop. Jeśli więc zatrzymuje się na chwilę nad kanałem i przyglądam się zmarszczonej właśnie tafli wody widząc w niej zniekształcony pejzaż jesieni i siebie samego jak w krzywym zwierciadle, wiem już że nie ma i nie było nigdy żadnego lustra z pamięcią bo lustro jest tylko marzeniem, pragnieniem które się spełnia jak ten Ogród Luizy; ... którego nieistnienie zabija jak topór, zawieszony na tęczy pod gwarancją wizji... A te wszystkie niby kawałki rzeczywistości, przesiąknięte srebrem i nabrzmiałe znaczeniami rozpadną się... bo rzeczywistość nie znosi powtórzeń. A czas ocali tylko te elementy, których rzeczywistość dotychczas nie znała.

sobota, 1 czerwca 2013

Wyspa nie na jeziorze

Widok z okna utrwalam mimowolnie w stanach niemal katatonicznego znużenia. Raz tym, a raz tamtym, bywa że trwa to chwilę a czasem dłużej, dzień, kilka dni. Bez względu na rodzaj nośnika i jego format, widzę to samo, ale pewien jestem tylko tego co mogę dotknąć. Może to znowu to oswajanie przestrzeni... Wszystko jest namacalne, nawet to co odległe, to przecież zawsze kwestia pewności. Dwa wieżowce i pomiędzy nimi wycinek horyzontu, jakieś 45 stopni z całego pola widzenia, dalej pusta od kilku lat bursa budowlanki, a dalej pusta przestrzeń dla nocy i kawałek ulicy Pestalozziego z dziurą po wyburzonym niedawno budynku, w jakim on był kolorze? Wrzosowy, czy rozbielony fiolet... Dziś przejeżdżając obok rowerem w czasie spaceru z psem, zobaczyłem stertę pni ze ściętych drzew rosnących obok rozebranego już domu. Poskręcane gałęzie tej odmiany wierzby, rzucone na sterty poukładane jakoś tak niby chaotycznie, a jednak w jakimś porządku, skojarzyły mi się martyrologicznie. Polska. A tu dalej akademik, cztery czy pięć pieter... Teraz w ciemności nie widzę, inne budynki może mieszkalne albo biurowe, neon zielony gdzieś po lewej w tej szczelinie jakby przylegał do krawędzi bloku tego po prawej, trochę drzew. Ten zielony neon; jak gdyby blok był prawym skrzydłem jakiegoś samolotu który kiedyś odleci i wreszcie trochę rozszerzą mi się horyzonty. Tymczasem dalej widzę ciemność i światła lamp sodowych bliżej i dalej, gdzieś tam po środku kościół Jezuitów - to plac Kościeleckich, dalej jest płasko i pewnie zielono o tej porze roku, ale o tej porze nocy jest jednak ciemno i pada. W zasadzie dobrze widać tylko pierwszy plan. Z lewej strony wygięta łodyga draceny latami pokonywała drogę z szafki do światła, po to by któregoś dnia jeden z jej liści dotknął szyby stwierdzając równocześnie że na zewnątrz w tym klimacie żyć się nie da. Dalej(?) parapet okna od środka, a na nim: deska z nożem do krojenia ziół, doniczka z miętą dychotomicznie rozwidloną, słoik przykryty ściereczką w nim mleko z grzybkiem tybetańskim, pod słoikiem ściereczka w czerwono białą kratkę, a obok drewniana miska w kształcie łodzi a w niej wyschnięta dynia, dwie kolby kukurydzy, łupina kokosa i granat pewnie z Hiszpanii, ale nie jadalny już bo wyschnięty na kość, oraz radiomagnetofon Unitra - jak nic martwa natura. Jest tam też szyba która oddziela mnie od tego co wilgotne i dalej, odbija wnętrze kuchni i mnie próbującego przeniknąć noc. Kiedy zgaszę światło, zniknie plan pierwszy zniknę ja, bloki jeszcze nie odlecą, ale już wyjdą na pierwszy plan i okna w ciemnościach pulsować będą światłem odbiorników telewizyjnych. Daleko hen, ale nie na linii horyzontu stoi wieża ciśnień i zmienia kolory, bo oświetlona jest cudnie; miasto pięknieje. A jednak chciałbym teraz wstać i wyjść, pójść bym nie poszedł bo chodzić nie lubię choć najlepiej czuję się w ruchu, ale przemieścić się jakoś, gdyby nie padało na przykład rowerem. Wygodnie i nie za szybko by nie przegapić i by nie zgubić kierunku. Mógłbym się na przykład przeprowadzić za miasto uprawiać warzywa i owoce, hodować pszczoły, wyciszyć się uspokoić i przestać płacić podatki, ale przecież domu za 28 dolarów nie wybuduję! Więc choć widok drzew i śpiew ptaków uspakaja mnie i wycisza, pozostanę chwilowo na miejscu podlewając zioła na balkonie, zwłaszcza w nocy słyszę jak rosną kiedy tylko od czasu do czasu jakiś zbłąkany TIR zmąci mój spokój, mam wrażenie że jestem na jakiejś wyspie, gdzie na szczęście jest internet.

appendix


czwartek, 9 maja 2013

Elastyczny majowy weekend.

O złudna elastyczności długiego majowego weekendu! Dni rozciągały się niczym sparciała gumka od majtek trzeszcząc jednak złowróżbnie, po to by w nocy z niedzieli na poniedziałek pęknąć z świstem, a oba wolne już końce pozostawiły delikatny ślad na świeżej i słabej jeszcze opaleniźnie. Co stało się z tym czasem, co stało się z planami i perspektywami wykorzystania wolnego czasu, którego tak bardzo chciało się nie zmarnować? Już tydzień przed zaczęły się pojawiać niebezpieczne pytania: Jak spędzasz długi weekend? Hmmm... Chciałem powiedzieć że już samo słowo spędzać źle mi się kojarzy, że spędzanie spędza mi sen z powiek, albo spęd bydła na przykład. O tym spędzie bydła pomyślałem też w trakcie długiego weekendu, kiedy na porannym spacerze z psem w złą pogodę, widziałem sterty porozrzucanych śmieci w pobliskim parku kultury i rozrywki. Te jakże urocze pomniki chwilowego kontaktu z naturą, w swoim trwaniu niestety nie są tak efemeryczne.
Pierwszy maja wypadł w środę, w środę też chyba znalazłem na pewnym znanym portalu społecznościowym wpis: jedziemy na foty! Ale o co chodzi? Znaczy niby wiedziałem doskonale o co chodziło, na pewno nie było to zaproszenie ale jakiś niepokój wywołało we mnie samo sformułowanie. Nie wiedzieć albo i wiedzieć czemu pomyślałem o polowaniu, albo o zbieraniu grzybów na przykład, choć to nie pora. Później zaś oddaliłem łowieckie skojarzenia i podążając tropem zbieractwa myślałem o robieniu zdjęć jako gromadzeniu czegoś, tylko czego i po co? Po przez takie praktyki tylko pozornie dotykamy świat i próbujemy nim zawładnąć.
Drugiego maja zasadniczo nie wiele się zmieniło, stan konta nie zachęcał do dalekich podróży choć jak przez telefon wspomniał kolega, bilety do Oslo miały być naprawdę świetną okazją. Sprawdziłem ponownie fundusze i uznałem że rower będzie najbezpieczniejszym rozwiązaniem.
Trzeciego maja pogoda nadal nie była najlepsza, oboje z psem byliśmy z tego bardzo zadowoleni ponieważ udało nam się zrobić wczesnym rankiem koło 10 kilometrów, przy okazji nie robiąc żadnego zdjęcia. Nie natknęliśmy się również na większą liczbę weekendowiczów, pies oczywiście był pieszo, ja oczywiście jechałem rowerem zgodnie zresztą z planem z drugiego maja. Po południu już bez psa pojechałem rowerem do miasta. Miasto w długi weekend wygląda trochę jak po katastrofie nuklearnej, zwłaszcza przy pogodzie nie zachęcającej do spacerów. Martwy pejzaż: wyludnione chodniki, sporadycznie jakieś auto przejedzie leniwie ulicą i tylko wszędobylskie reklamówki to tu, to tam przemieszczają się bez celu lekceważąc sobie wszelkie przepisy ruchu drogowego. Aparat bezpiecznie spoczywał w plecaku, obok statywu i światłomierza, naprawdę też nie było powodu żeby go niepokoić. Wszytko wyglądało podobnie mimo że znowu czułem się trochę jak turysta. Późne popołudnie i wieczór wypadł nadzwyczaj towarzysko. Spotkaliśmy się praktycznie w gronie tym samym co zwykle , więc rozmowy toczyły się podobne i właściwie nie byłoby się o czym rozpisywać gdyby nie fakt, że spożywane napoje nie zawsze miały przewidywane działanie. Koloryt w związku z tym powstał na tyle niebywały, że autentyczni goście którzy również się pojawili mogli być nie co zdziwieni egzotyką sytuacji. Sam byłem zdziwiony, ale ostatecznie nie ma pewnie nic dziwnego w tym, że w kawalerce w której przebywa jednocześnie pięć osób i pies, jedna z tych osób powzięła dość niezwykłą decyzję by znaczną część wieczoru spędzić w łazience, czując się przy tym świetnie i cały czas uczestnicząc w dyskusji. Tymczasem ja rozochocony wyciągałem zdjęcia i opowiadałem historie. Historie zasadniczo nie były związane z konkretnymi fotografiami, obrazy stanowiły jednak punkt wyjścia, albo przerywnik czy punkt zwrotny. Ostatecznie również i moja świadomość rozpełzała się po kontach, a obraz dawał poczucie bezpieczeństwa. Kiedy trzymam w ręce kawałek krajobrazu zawsze wydaje mi się jakbym trochę tam był, w ten sposób nie obrażając gości wychodziłem sobie od czasu do czasu.
W sobotę akurat wypogodziło się, więc wydawało się że najbezpieczniej będzie zostać w domu i może trochę coś poczytać, pojawił się też jakiś nieokreślony niepokój. Mogło to po części wynikać z intensywności poprzedniego dnia przypuszczalnie jednak chodziło o przyszłość, poniedziałek zbliżał się nieodwołalnie. Aby temu zapobiec należało dalej delikatnie rozciągać czas, choć trzeszczenie było co raz bardziej słyszalne. Pospiesznie spakowałem kilaka niezbędnych rzeczy: aparat, światłomierz, statyw i bez namysłu ruszyłem w stronę drzwi. Czasem plamka dalmierza Ikonty błądząc po krajobrazie przypomina mi nieodwracalności tego co za chwilę się stać może, wtedy zadziwiony tą myślą chowam aparat do futerału i podążam dalej. Nastawione jeszcze kilka klatek wcześniej iso 800 zaczyna być uciążliwe, słońce piecze niemiłosiernie i zastanawiam się czy "czerwone okienko" z tyłu korpusu nie sprawi mi zawodu; mogłoby się na przykład zdarzyć że światło przebije się przez barierę czerwonego filtra i czarny bezpieczny papier, pozostawiając na filmie okrągły ślad prześwietlenia. Taka niechciana podwójna ekspozycja mogłaby być ciekawa gdybym na przykład zrobił jedno zdjęcie, a potem powoli przemieszczał się wystawiając czerwone okienko na działanie słońca jednocześnie powoli przewijając film... Gdyby na przykład transport filmu był sprzężony z ruchem koła... Upał wyraźnie dawał się we znaki, skręciłem w zacienioną uliczkę rower ożywił się pod naciskiem pedałów. Byłem umówiony i zamierzałem spędzić ten dzień ciekawie; ostatni dzień majowego weekendu bowiem okazało się nagle że jest już niedziela! W parku kultury i rozrywki było jeszcze bardziej tłoczno niż przypuszczaliśmy, ludzie i śmieci przemieszczały się bezładnie raz w tą, raz w tamtą stronę bez wyraźnego planu. Balony w najrozmaitszych kształtach kiwały się melancholijnie i leniwie. Na niebie szybował delfin, a kawałek dalej pies Snoopy próbował dogonić pojedyncze cumulusy. Oba dmuchane ssaki wyglądały tak absurdalnie i beztrosko, choć z pewnością gdzieś w tym tłumie rozgrywały się dramaty dzieci którym balony uciekły i teraz zamiast tych wątpliwych pamiątek z majowego spaceru, pocieszają się cukrową watą. Być może kiedyś zapach, smak i konsystencja tej cukrowej chmurki wywołają w nich przyjemne wspomnienie chwili która właśnie uciekała razem z balonami? Być może właśnie tak się stanie jeśli tylko ten tajemniczy proces utrwalania obrazów przez zmysły nie zostanie przerwany przez troskliwą matkę, która wilgotną chusteczką antybakteryjną szybciutko wytrze rączki i kochającego ojca który nie utrwali tej chwili na niestworzonej ilości zdjęć, po to by potem wspólnie oglądać je w nieskończoność na monitorze.
W poniedziałek wszystko odeszło w niepamięć. Kiedy rano robiłem zakupy w pobliskim dyskoncie nagle poczułem na sobie nieprzyjazne spojrzenie. Rozejrzałem się dyskretnie wokół, ale wszyscy w pośpiechu kręcili się po osiedlowym markecie. W poszukiwaniu okazji i ja zajrzałem do lodówki; świdrujące oczy pstrągów na grilla patrzyły na mnie zawistnie one dopiero mogą uznać ten weekend za zmarnowany, zziębnięte tłoczyły się w chłodziarce czekając na promocję.

Epilog
Kilka dni później pomyślałem o innym majowym weekendzie przed dwoma laty, w czasie którego zrobiłem jedno zdjęcie. Wybrałem się z przyjaciółmi na wycieczkę weekendową. Zaopatrzeni w jedzenie i napitki, długo krążyliśmy po lesie kolumną samochodów, po to by odnaleźć wreszcie urocze zakole małego leśnego strumyczka nad którego brzegiem zaparkowaliśmy samochody. Cywilizację stanowiliśmy tam jedynie my: samochody,dorośli, dzieci, zwierzęta i adapter na korbkę - sprawny! Zupełnie nie pamiętam jakiej muzyki słuchaliśmy, zagłuszała ją nasza biesiadna gadanina i krzyki dzieci, narzekających na komary. Przypomniało mi się jak w Pożegnaniu z Afryką Dennis (Robert Redford) i Karen (Meryl Streep) w czasie postoju w podróży po sawannie puszczali z podobnego adapteru muzykę klasyczną, a zaciekawione małpy do pewnego momentu słuchały razem nimi, by w końcu uderzyć w igłę spod której wydobywał się dźwięk. Tamtym razem jednak nic takiego się nie wydarzyło, z lasu nie wyszedł żaden jeleń czy sarna. Odjechaliśmy a trawa pewnie po kilkunastu godzinach podniosła się i ślady kół zniknęły. Zdjęcie które wtedy zrobiłem postanowiłem bardzo szybko wywołać i rozdać uczestnikom majówki. Stykówki na barycie tonowane selenem wysuszyłem na błysk, były trochę kontrastowe. Dzwoniłem i próbowałem się spotkać, ale tylko jedna zaprzyjaźniona rodzina otrzymała fotografię dzień czy dwa po majówce. Inni jakoś się nie spieszyli, to znaczy owszem chcieli mieć zdjęcie ale już mój pośpiech w przekazaniu fotografii był dla nich niezrozumiały. W sumie z perspektywy czasu wyjazd nie był jakoś szczególnie nadzwyczajny i to pewnie widać na fotografii.



Muzyka z adapteru może uświetniła trochę ten moment i choć adapter widać po lewej na drugim planie, to już podniosła atmosfera wyczuwalna w powietrzu nie zarejestrowała się. Może trzeba było użyć kliszy na podczerwień?

Obserwatorzy