Translate

środa, 5 sierpnia 2020

Świat poza czasem

W ubiegłym roku w związku z tytułowym projektem trzy razy odwiedzałem Wołowiec. W związku z projektem, który zaczął się osiemnaście lat temu. 
                                  Za kierownicą malucha, gdzieś w drodze - Beskid 2002
Trzy razy, trzy pory roku, i za każdym razem wyjazd był zupełnie inny. Kwietniowa podróż miała być czasem na rozpoznanie, zbadanie terenu i ćwiczenia z pamięci. Osiemnaście lat to mnóstwo czasu, zwłaszcza jeśli w międzyczasie nie miałem okazji odświeżyć sobie spojrzenia. Cóż z tego, że miałem zdjęcia sprzed lat, lecz był to tylko obraz mojego wyobrażenia na temat tego, co wydarzyło się wtedy w Jasionce i w Krzywej, nawet jeśli rzetelny, to jednak zabarwiony emocjami. Chciałem więc przywołać krajobraz, może kogoś spotkać, wierzyłem, że jeśli przyjadę na Święta Wielkanocne, może przyjadą też i dawni uczestnicy, którzy z pewnością rozproszyli się po Polsce, po świecie. Krajobraz nie rozczarował mnie, chociaż nie mogłem sobie nic przypomnieć. Drogi niby biegły tak samo, ale dziury były już w innych miejscach, a to, co na poboczach, zmieniło się nie do poznania. Po kilku dniach objazdów po okolicy i zapuszczaniu się nieco dalej zapukałem w Krzywej do domu bez ogrodzenia od strony drogi, bez psa na podwórku i z niewielkim dystansem do przejścia. Miałem ze sobą zdjęcia, czarno-białe portrety, miałem też album Świat wydany przez Wydawnictwo Czarne w 2002 roku, poza tym mnóstwo obaw i trochę optymizmu. Trafiłem na panią Elę Jawor, która bez problemu rozpoznała wszystkie dzieci ze zdjęć, ale nie mogło być inaczej, skoro dwóch jej synów – Kuba i Michał, brali udział w projekcie w 2002 roku. Dowiedziałem się, kto został na miejscu, kto wyjechał, kto czasem się pojawia. Zostałem poinformowany, że jej młodszy syn Kuba pracuje i studiuje w Toruniu, a to blisko mnie, blisko Bydgoszczy, mogłem więc łatwo nawiązać z nim kontakt. Tylko jak? Podpowiedź uzyskałem od pani Eli – Facebook. Na drugi dzień odwiedziłem dyrektora szkoły, w której działaliśmy z Pawłem Kulą w 2002 roku. Trochę się nasłuchałem o zmianach, jakie nastąpiły w Stowarzyszeniu. Szkoła nadal stała, jednak działała jako niepubliczna. Zmiany, zmiany. Dyrektor Marek Połeć był gotów udostępnić sale szkolne na warsztaty. Poinformował też, że następnego dnia ma przyjechać jego córka Marcelina, która brała udział w warsztatach. Wieczorem oglądałem zdjęcia sprzed osiemnastu lat i wyglądały już jakoś inaczej, powoli zaczęły wypełniać się żywą historią i przede wszystkim przestały być anonimowe. Kolejnego dnia, a może następnego, bo w sumie spędziłem tam wtedy prawie tydzień, odwiedziłem znowu Elę Jawor. Pokazała mi teczkę Kuby z pracami zrobionymi na warsztatach: powiększenie muchy i zdjęcia z kamer otworkowych, które wtedy też naświetlaliśmy. Wzruszyłem się, oglądając te artefakty – wzruszył mnie nie tyle ich widok, co pieczołowitość, z jaką były przechowywane. Potem odwiedziłem ponownie Marka i spotkałem się z jego córką, której opowiedziałem o moich planach. Spodobał jej się pomysł i obiecała pomóc skomunikować mnie z pozostałymi uczestnikami projektu. Na święta agroturystyka u Hutyriaków, gdzie się zatrzymałem, wypełniła się przyjezdnymi, którzy przyjeżdżali tam co roku i czuli się jak u siebie, a ja cały czas byłem podróżnym z czasu przeszłego. Pogoda była ładna, więc zapuszczałem się coraz dalej, ale cały czas krajobraz ze zdjęć, który był moją pamięcią, nie pasował do tego, co widziałem. Cmentarz w Czarnem wyglądał na wypielęgnowany, w porównaniu z tym, jak go pamiętałem.
Potem było planowanie wyjazdu na sierpień i przygotowania do warsztatów, koordynacja urlopów Pawła Kuli i mojego, rezerwacja noclegów, no i najważniejsze –nawiązanie kontaktu z dawnymi uczestnikami. Nie odezwał się niestety Piotr Janowski, który był inicjatorem akcji w 2002 roku. Po stworzeniu grupy na Facebooku, czym zajęła się Marcelina Połeć, zaczęło się wspominanie. Kiedy padła propozycja spotkania, wszyscy, którzy komunikowali się ze mną, zareagowali entuzjastycznie.  
W sierpniu, po przyjeździe na miejsce, rzeczywistość okazała się troszkę inna. Wprawdzie znalazłem tu i tam plakaty informujące o warsztatach, a przed przyjazdem Ela Jawor poinformowała mnie, że mogę się spodziewać dwudziestu uczestników, to jednak kiedy wszystko było już gotowe (jedna z sal w szkole przerobiona na ciemnię, materiały na warsztaty przygotowane), na zajęcia nie przyszedł nikt. Gdy po dniu oczekiwania poszedłem do Eli, by zapytać, co się mogło stać, była równie zdziwiona jak ja.  
Z nikim innym ze Stowarzyszenia nie miałem kontaktu, dyrektor raz się uśmiechał, raz było mu przykro. Uczestnicy projektu z 2002 zamilkli przyczajeni gdzieś w sieci, tylko pogoda dopisywała. Na drugi dzień zacząłem kursować pomiędzy Krzywą a Jasionką, zaczepiając napotkane dzieci i zapraszając je na warsztaty. Mimo wszytko nie traciłem optymizmu, że coś się jednak uda zrobić. No i udało się, w sumie przez ponad tydzień przez szkołę w Jasionce przewinęło się trochę dzieci, a nawet pojawił się ktoś dorosły.
   Uczestnicy warsztatów w 2019 roku - przed Szkołą Niepubliczną w Krzywej 
Po powrocie do domu przeczytałem książkę Pusty las Moniki Sznajderman, którą zamówiłem wcześniej, ale przyszła dopiero po powrocie z Wołowca – tak widać być musiało. Pamiętałem, że w kuchni domu Hutyriaków w czasie sierpniowego pobytu widziałem plakat informujący o spotkaniu przy książce, które odbyło się w lipcu, i żałowałem, że mnie wtedy tam nie było. Książka okazała się pasjonującą, pełną czułości inwentaryzacją minionego, utkanym ze słów obrazem miejsca, którego ułamek stał się też moją historią, pełną nostalgii opowieścią o ludziach, którzy oddali siebie tamtej ziemi, a których inni ludzie siłą z tej ziemi wygnali. Myślę o tym, co dzieje się teraz w kraju, i zastanawiam się, czy historia czegokolwiek nas uczy? Czytałem książkę, mając w pamięci jeszcze świeży obraz miejsc i niewywołane filmy, czytałem, próbując nadkładać te obrazy na krajobraz, który wyczytywałem z książki. Dziwne doświadczenie. Po lekturze chciałem zobaczyć to wszystko jeszcze raz i wróciłem w listopadzie, na Wszystkich Świętych.
Na Boże Narodzenie w prezencie od rodziny dostałem album z fotografiami Romana Reinfussa Karpacki świat Bojków i Łemków – byłem oczarowany tymi zdjęciami i też inaczej zacząłem patrzeć na portrety, które wykonałem w 2019. Zrozumiałem, że potrzebują czasu, żeby dojrzeć. Wywołałem w międzyczasie filmy, kilka portretów, trochę krajobrazu – nie byłem do końca zadowolony. Nawiązałem kontakt z uczestnikami warsztatów sprzed osiemnastu lat, ale już zdjęć im nie zrobiłem, może z wyjątkiem portretu Marceliny. Rok na taki projekt to mało. Warsztaty odbyły się, ale już zapał młodych uczestników w niczym nie przypominał entuzjazmu, jaki towarzyszył warsztatom w 2002 roku. Coś się jednak wydarzyło, historia zatoczyła koło, a może lepiej napisać, że historia znowu ruszyła i trwa? Bo przecież wiem, że będę musiał znowu wrócić w Beskidy.
   Jesień - droga do Wołowca 2019 roku.
    P.S. Poniżej fotografie wykonane w czasie warsztatów w roku 2002 
     Na zjeżdżalni w pobliżu Szkoły Podstawowej w Krzywej, od lewej Janek Chomiak - nadal mieszka w Beskidach, Marcin Wszołek, spogląda gdzieś w dal może tam gdzie obecnie mieszka, bo mieszka w Ameryce 

Od lewej Grzegorz Król, Arek Król, Wojtek Król - nadal mieszkają w Beskidach .



Marcin Wszołek 

    


                   Ula Król, obecnie Król Sarnecka, mieszka w Anglii .



Sabina Juruś, obecnie Juruś Pasoń, mieszka na Mazurach.

Bydgoszcz, 26 lutego 2020 roku Marek Noniewicz


środa, 27 marca 2019

Wspomnienia z nieistniejących światów

Dzisiaj jestem chory, ale niezbyt chory.
Mam temperaturę niższą niż mój pies, wyższą niż temperatura w mieszkaniu, tylko trochę większą niż liczba zębów dorosłego człowieka z pełnym uzębieniem, ale jednak inną niż standard zdrowia przewiduję.
Nawiasem mówiąc pies też ma temperaturę wyższą niż powinien, przynajmniej miał wyższą kiedy ostatnio niecały tydzień temu badał go weterynarz. Od tego czasu, bodajże od czwartku dostaje antybiotyk zgodnie z zaleceniem, nawiasem mówiąc bardzo ładnej i sympatycznej Pani Oli.

Biorę taki sam antybiotyk chociaż nie przepisała mi go Pani Ola.
Od ostatniego posta upłynęło mnóstwo czasu, mnóstwo zapisków ulotnych nie znalazło się na blogu. Nie dałem im licencji, albo moje lenistwo zwyciężyło nad moją chęcią; jakby to napisał Vlastimil Tresnak.
Ostatnio jednak powstał tekst do katalogu wystawy Grzegorza Przyborka. Koan to tytuł wystawy, którą można oglądać w Muzeum Okręgowym im. Leona Wyczółkowskiego w Bydgoszczy. Wystawy którą pragnę polecić po pierwsze dlatego, że bardzo cenię sobie pełną dyscypliny twórczość tego artysty, po drugie dlatego że kontakt z "żywą " fotografią jest zawsze lepszy niż ten zapośredniczony przez internet. Wystawa to efekt pracy nie tylko samego artysty, choć oczywiście on jest tu bez wątpienia najważniejszy, warto jednak zaznaczyć że nie doszło by do niej bez wysiłku i determinacji kuratorki Moniki Kosteczko-Grajek.
Bardzo bym się cieszył gdyby lektura tekstu, zachęciła kogoś do wizyty w Muzeum.
Obrazy - pytania, Przyborka to jeden z tych nielicznych już przypadków gdy powiedzenie "jeden obraz wart jest więcej niż tysiąc słów" ma jeszcze moc.

Wspomnienia z nieistniejących światów

Nigdy nie znajdował innego schronienia niż przestrzeń ...

Trzymam w ręku plan wystawy Grzegorza Przyborka w Galerii Sztuki Nowoczesnej MOB. Widoczne na schemacie geometryczne znaki, symbolizujące wybrane dzieła artysty, oraz wielobarwne linie, określające sposób ich rozmieszczenia w przestrzeni ekspozycyjnej, tworzą rodzaj mapy. Przyborek (także świetny pedagog) zabiera widza w intelektualną i emocjonalną podróż w niezbadane dotąd rejony. Nie pokazuje rzeczywistości jeden do jednego, lecz stwarza ją na nowo. Integralną cechą jego twórczości jest materialność. To ona wyznacza tropy interpretacyjne dzieł, będących znakomitym przykładem żywej historii fotografii. Zdjęcia, realne i namacalne, niepoddane cyfrowej obróbce, odsyłają widza w obszary ulotnej duchowości.

Serię prac Wspomnienia z Arles – dziś już niemal ikoniczną – poprzedziły rysunki. Widać w nich niesłychaną dyscyplinę, jakiej poddaje swoją wyobraźnię twórca. Oszczędność środków sprawia, że komunikat, choć niejednoznaczny, staje się czytelny. Ulotność wspomnień nie poddaje się grawitacji, nawet jeśli przybierają one określony kształt, sprowadzony do prostych elementów wyjętych z krajobrazu naszej codzienności, czy też z pejzażu mijanego gdzieś w podróży. Świat wspomnień rządzi się innymi prawami, jego fizyka jest w istocie metafizyką; ta odrębność pozwala uwierzyć, że pióro może być punktem oparcia dla kamiennego wahadła na sznurku, zastygającego pod kątem ostrym ponad płaszczyzną horyzontu. Patrząc na Stół do przygotowywania unoszących się obiektów, wiem, że codzienność pozostała za oknem, przez które do wnętrza sączy się jedynie mleczne światło. Cykada przysiadła na parapecie i zamilkła (cisza jest obecna niemal we wszystkich pracach Grzegorza Przyborka). Ucieczka od grawitacji zaczyna się od Wspomnień z Arles.

Wspominając, można oczyścić przeszłość z elementów zbytecznych, nadać wspomnieniom nową formę. Obraz podróży, który mógłby zmaterializować się bezpośrednio w aparacie, jest z założenia redundantny. Fotografię, jaką zwykliśmy uprawiać czy oglądać, Przyborek traktuje jak notatnik. Dopiero z notatnika wyłaniają się formy przefiltrowane przez wyobraźnię, którym artysta nadaje nowy kształt. W Portretach, zainspirowanych wizytą w klasztorze Saint Roman na południu Francji, notatkami są zdjęcia wykutych w wapiennej skale grobów z IX wieku. Pamięć musiała zachować szereg innych detali, które wymknęły się mechanicznej rejestracji; w takich miejscach przesiąkniętych obecnościami z minionych wieków wszystkie zmysły pozostają w stanie czuwania. Wreszcie czas wyzwolił pamięć z uporczywego brnięcia w szczegóły i nadał nowy kształt wspomnieniom. Z kamiennych grobów wyłaniają się obrazy idei, które są jak pytania towarzyszące nam od zarania dziejów. Demon bez twarzy, okolony lśniącymi kolcami, stoi na kruchej konstrukcji uwitej z patyków. Chwiałby się pewnie, gdyby nie podtrzymujące go sznurki, wyrastające z połatanego ciała i zakotwiczone w przestrzeni obrazu. Pielgrzym to z kolei pusty, zgarbiony kształt umocowany na czterech kółkach, z wbitymi w plecy piórami i śmigłem sterczącym z piersi. Jest jak zabawka, która śni o lataniu – ten sen będzie trwał i przyjmował różne formy w późniejszych pracach Przyborka. Rzeczywistość każdego ze wspomnianych dzieł tworzy odrębny świat; to światy wyimaginowane, które tylko z pozoru wydają się być obce. Może nie należą do nas, lecz jeśli tylko poświęcimy im wystarczająco dużo uwagi, za parawanem symboli tak lekkich, że niemal przezroczystych, dostrzeżemy pytania, które znamy i które odsyłają nas do spraw podstawowych. Może to pytania o naszą kondycję?

Kształty bez formy, cienie bez barwy / Siła odjęta, gesty bez ruchu .

Hotel to przejściowy dom, Europa – kontynent, który odcisnął największe bodaj piętno na współczesnej cywilizacji. Prace z serii Hotel Europa to martwe natury – utopijne światy, za horyzontem których zapadła ciemność; z ciemności wyłaniają się misterne konstrukcje. Prawie wszystkie nie dotykają płaszczyzny, na której zostały wzniesione. Jak bardzo są odległe od pragmatycznego rozumowania i postrzegania nas samych? Jak bardzo oddaliliśmy się od wartości, które ukształtowały naszą cywilizację? Fotografie Przyborka zdają się mówić, że nasza prawdziwa natura jest martwa, pozostały tylko odpryski symboli, których znaczeń już nie pamiętamy. Kadłub Arki pokonanych to przecież jedynie wręgi, a dłoń – mogąca „podtrzymać” sens stworzenia świata – zwisa bezwładnie. Nie ma tu gotowych odpowiedzi, tak jak nie ma gotowej instrukcji rozumienia.
Fotografia to w istocie spojrzenie cyklopa, punkt widzenia aparatu jest jednokierunkowy. Konfrontując zdjęcia z serii Thanatos z obiektami, możemy dociec, na ile subiektywne jest spojrzenie artysty. Formy obiektów, mimo iż poprzedzają obraz fotograficzny, same w sobie są „martwe” – to światło zamyka je w anamorficznym spojrzeniu aparatu i stwarza na nowo.
Czasem myślę, że każda z prac jest w jakimś stopniu opowieścią o walce z grawitacją. W Utopijnych obiektach będzie to szkielet konstrukcji, którą unieść mogą tylko marzenia, w Cantus lamentus – bezgłośny, rozdzierający krzyk niemocy. W twórczości Grzegorza Przyborka przestrzeń obiektów miesza się z płaską, dwuwymiarową rzeczywistością fotografii, ale to właśnie fotografie urealniają niemożliwe.

Nielot – obiekt, rzeźba i zdjęcia tworzą wspólną opowieść o walce niemocy z fantazją. Jej wynik nie jest ważny, i tak go z resztą nie poznajemy. Istotne jest podejmowanie próby, bez względu na rezultat; imaginacja nie ma ciężaru i uniesie nas, jeśli tylko zaufamy instynktowi i wyrwiemy się z pajęczyny myśli. Do tego nakłania nas Koan. Artysta wybrał taki tytuł wystawy, jakby rzucając koło ratunkowe widzowi tonącemu się w morzu postmodernistycznych odniesień. Koan to szczególne ćwiczenie dla umysłu, zalecane uczniowi przez mistrza zen. Specyficzny dialog, w którym odpowiednio skonstruowane pytanie prowokuje do poszukiwania odpowiedzi poza obszarem logicznego rozumowania. Tylko zatrzymując umysł, możemy odnaleźć klucz do odczuwania.



Bydgoszcz, 16 grudnia 2018 r.

Marek Noniewicz

P.S.
Polecam znakomity katalog który towarzyszy wystawie, w którym też znaleźć można powyższy tekst uzupełniony o źródła cytatów.

poniedziałek, 4 czerwca 2018

Słońce





„światło każdego dnia znaczy ostatnio więcej”
Frank O´Hara



O tej porze roku latem sień pozostaje otwarta na oścież, każdego dnia światło wchodzi do kamienicy bez pukania. Słońce prześlizguje się po pokrytych złuszczającą się brązową farbą drzwiach, zatrzymuje się na tych zamkniętych od piwnicy w kolorze nijakim. Drzwi do piwnicy mają w lewym dolnym rogu wycięty kwadrat dla kota, ponieważ Słońce doskonale zna kocie ścieżki rozpoznaje ten prześwit i ostrożnie schodzi po schodach na dół. Daleko jednak się nie zapuszcza, brak mu czasu na mroczne wędrówki, zatrzymuje tylko się na drugim stopniu rozświetla pajęczyny i wraca. Wydawałoby się że podróż ta odbywa się bezszelestnie, ale tak nie jest. Ślizgając się po liściach rosnącej obok komórki śliwki woła za sobą Cień, on zaś opowiada o tym spotkaniu spektaklem który przez kilka minut rozgrywa się na piwnicznych drzwiach. Spektaklem bez specjalnej scenografii z towarzyszeniem szumu liści i prostszym niż laterna magica. Wchodząc do domu przerywam na chwilę akcję i chodź w pobliżu nie ma nikogo, czuję się jakbym opuszczając trwający jeszcze pokaz zasłaniał sobą jakąś ważną scenę, decydujący moment w którym drobinki kurzu w snopie światła przecinają przestrzeń w głębi korytarza.
W tym samym czasie w domu, stojąca na kuchennym parapecie paproć wspomina prehistoryczne czasy rzucając się długim cieniem na podłogę. W łazience wchodząc przez mały świetlik Słońce sprawdza czy mnie tam nie ma, jak dyskretny Voyeur ślizga się po wilgotnych kafelkach w stronę wanny, tam skupia całą swoją uwagę na kroplach wody i wędrując dalej omiata swoim ciepłem mokry ręcznik frote, który stroszy się pod dotykiem i pokornie wysycha z tęsknoty. Śledztwo kończy się refleksem na klamce drzwi od łazienki, nie zrażone niepowodzeniem Słońce rusza dalej.
Jest koło jedenastej. Czeka teraz w korytarzu obok bambusowej szafki na buty, oświetlając sandały sugeruje mi wybór, ale ja zostaję dziś w domu. Mam wolne! Będę czekał w pokoju kiedy ponownie mnie odwiedzi, może zaskoczę je stojąc przy oknie? Złapię promień popołudnia w słowo – obraz ? A może Słońce zaskoczy mnie, z rękoma na klawiaturze i wzrokiem rozbieganym po pokoju w poszukiwaniu słowa – obrazu, Światła.

Cytat : „ Wstawanie wcześniej niż
kto inny (Słońce)"
z tomu Twoja pojedynczość PIW 1987 przekład Piotr Sommer

poniedziałek, 23 października 2017

Jagdschütz

Wrzuciłem na Instagram obraz budynku. Okna zabite płytami paździerzowymi, a małe lufciki u góry pokryte były pajęczyna pęknięć z dziurami na wylot, zupełnie jakby ktoś zrobił pająkom na złość i rzucił w pajęczynę kamieniem. Na początku plan był inny, wtedy jeszcze przychodzili tu ludzie, na drzwiach wisiała kartka z godzinami otwarcia. W oknach wisiały firanki impregnowane kurzem, a na parapecie stało kilka kwiatów z rodzaju tych których nie trzeba podlewać zbyt często. Budynek stał na skrzyżowaniu ulic, właściwie na peryferiach osiedla. Do lasu stąd był zaledwie kawałek drogi i właśnie od strony lasu przyjechałem tu po raz pierwszy, musiało to być jakieś lato, ze dwa albo trzy lata temu. Na skrzyżowaniu stoi też latarnia, oświetla niedbale budynek jakby zawstydzona jego obecnością i stanem. W jej świetle musiałem zobaczyć go po raz pierwszy. Cały upstrzony był napisami, które nie niosły żadnej treści, a były śladem jakichś obecności, bo ludzie od zawsze próbują pozostawić po sobie ślad, nawet wtedy kiedy z góry skazane jest to na porażkę. Często jeśli jest to nielegalne, pokusa jest jeszcze silniejsza. Przypuszczalnie dlatego że na osiedlu ludzie spędzają czas głównie w domach nie ma potrzeby stawiania tutaj ławek, z wyjątkiem przystanków autobusowych i skweru przy pomniku ludzi poległych w walce, nie ma gdzie usiąść. Pewnie dlatego wąski parapet stanowił znakomite miejsce do relaksu przy piwie zakupionym w położonym obok całodobowym sklepie spożywczym PSS. Na szybie od wewnątrz, napisane stało B I B L I O T E K A, czcionką o której przypuszczalnie żaden typograf nic nie wiedział. Kiedy wrzuciłem na Instagram to zdjęcie, ktoś napisał w komentarzu, że to strasznie smutne. Nie mogłem, czy nie chciałem odpisać? Nie pamiętam. Z pewnością byłem innego zdania. Z projektu Czytelnicy nic nie wyszło i nie powstała tam żadna świetlica kulturalna. Dziś kulturalnie rośnie tam roślinność ruderalna.

Wcześniej czasem przejeżdżając obok rowerem robiłem zdjęcie, czasem przejeżdżałem obok rowerem i myślałem że powinienem zrobić zdjęcie, ale nie robiłem nic. Ta druga sytuacja zdecydowanie bardziej mi odpowiadała. Obserwowałem jej powolny rozpad. Kiedyś pomyślałem że to zadziwiające, będąc wielkości osiedlowego warzywniaka spotka ją ten sam los co Bibliotekę Aleksandryjską. Nie żeby zaraz ją tam ktoś podpalił, ale zwyczajnie zniknie a adres, ulica Czołgistów 5, pozostanie tylko pustą działką. A potem, a wyrosną tutaj polne kwiaty które kołysane wiatrem opowiadać będą zupełnie inna historię jeszcze przez nikogo nie napisaną. Nie trzeba było czekać paru lat, w ogóle nie trzeba czekać.
Zaraz za tym budynkiem kiełkował las ogrodzony drucianym płotem, rosły tam wysiane w równych rzędach brzozy i sosenki. Mogły mieć ze cztery lata i były tam za nim sprowadziłem się na Jachcice.

Tymczasem obok powoli wyrastał nowy gmach, dużo bardziej okazały. Powoli wżynał się w krajobraz. Najpierw pojawiła się skrzynka rozdzielcza z doprowadzeniem prądu, biegnąca tędy droga lekko się wygięła omijając pusta jeszcze działkę. Potem chyba pojawił się słup, wieża z ocynkowanego metalu góruje nad krajobrazem dwupiętrowych domków osiedla. O zmierzchu podświetlona zachodem wygląda jak latarnia. Najpierw purpura podbita przez odbicie w metalu, odcina się od ciemnogranatowego nieba, potem powoli blednie na chwilę zapada ciemność a potem budzą się latarnie.
Miałem w planach fotografować czytelników, wyobraziłem sobie te zdjęcia i wszystko przepadło. Dlaczego? Wybrałem się kiedyś do biblioteki po to żeby jakoś zacząć, ale obrazy które zaczęły kiełkować w umyśle, były już właściwie gotowe. Przypuszczalnie problem polegał na tym, by bezpośrednio z głowy wrzucić je do Internetu na jakiś serwis, bloga czy stronę internetową. Albo jeszcze lepiej zrobić transmisję strumieniową myśli on line. Tymczasem nie było to możliwe.

Nie rozczarowałem się wchodząc do środka. Cztery rzędy szaf wypchanych książkami niemal pod sufit, pod sufitem migocząca jarzeniówka, a na prawo od tych szaf malutkie biureczko, stolik a przy nim uśmiechnięta Pani bibliotekarka. Fakt że w budynku było światło nie powinien zaskakiwać, zadziwiające jednak było to że nie było w nim ani telefonu, ani Internetu, a to przecież XXI wiek był. Pomyślałem że z tego miejsca znaki i słowa wychodzić mogą tylko pod postacią obrazów powstających w głowach tych którzy książki czytają. Postanowiłem zapisać się i sprawdzić czy to działa.

Jachcice. Kiedy sprowadziłem się tutaj zaskoczyła mnie powolność zdarzeń które biegły zupełnie innym rytmem niż na blokowisku. Blok to zupełnie inna historia, zagęszczenie dokonujące się w pionie jest czymś absurdalnym i nienaturalnym. W nocy nawarstwione sny mieszają się i mylą adresatów. Na Jachcicach czas rozchodzi się we wszystkich kierunkach nieskrepowany przestrzenią. Wystarczy wyjść za próg domu, a historie uderzają ze wszystkich stron. Z zakamarków zarośniętych ogrodów wyłaniają się proste opowieści, trzeba je tylko umieć oddzielić od przypadkowych myśli. Czasem wydaje mi się że fotografie są jak przypadkowe myśli o czymś co bezskutecznie próbujemy zapamiętać, ale nie potrafimy. Robimy zdjęcie i ten absurdalny gest rozcieńcza naszą pamięć. Fotografia nie jest sztuką, sztuką jest budowa znaczeń.


Budynek nieistniejącej już Biblioteki na Jachcicach rok 2015 fot. autor ©

Obserwatorzy