Translate

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fotografia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fotografia. Pokaż wszystkie posty

środa, 24 kwietnia 2024

Andrzej Maziec - appendix

 

               Jest 24 kwietnia, pierwszy słoneczny dzień od dłuższego czasu. Porządkując skrzynkę mailową, której zawartość stanowią głownie reklamy i oferty natrafiam na korespondencję z Michałem Tabaczyńskim redaktorem naczelnym Bydgoskiego Informatora Kulturalnego. Korespondencję która urwała się i pozostała niedokończona, jak wiele innych rozmów o sztuce i nie tylko. Tak bywa gdy w natłoku codzienności gęstej od zdarzeń, ich poziom istotności bywa odmienny dla stron prowadzących dialog. Ponieważ jednak tekst, który napisałem dwa miesiące temu w moim odczuciu wytrzymał próbę czasu. Postanowiłem zatem podzielić się i tekstem i polemiką która wokół niego powstała.                                                                              

9.02.2024

Szanowny Michale,

 

 W ostatnim numerze BIKu przeczytałem tekst Justyny, który wywołał we mnie mnóstwo emocji i sprowokował do napisania tekstu, który załączam. Cenię Twój wkład w obecny kształt informatora i mam nadzieję, że w przyszłości znowu znajdę w nim swoje fotografie, tym razem jednak słowa. Polemika na łamach BIKu, mogłaby wzbogacić pismo jeśli oczywiście uznasz, że to co przesyłam nadaje się do druku. 

 Z wyrazami sympatii 

 

                   Marek Noniewicz      

                                                                                                         14.02.2024

Drogi Marku,

 

bardzo Ci dziękuję za Twój tekst - to oczywiście zawsze cenne, kiedy coś, co publikujemy wywołuje emocje (niezależnie od tego, jakie to są emocje). To nie jest kurtuazja - zastrzegam. Mam kilka problemów z tym tekstem (i dlatego jego ewentualny druk uzależniam od wprowadzenia pewnych zmian - właśnie z tego powodu na razie żadnej decyzji nie podejmę). 

 

Moja podstawowa obiekcja związana jest z tym narracyjnym wprowadzeniem do twojego tekstu. Otóż dostrzegam w nim - skrywaną, oczywiście, ale chyba nie za dobrze (co, dopuszczam taką ewentualność, jest może najzupełniej celowe) - polemiczność opartą na wywołującej mój sprzeciw protekcjonalności wobec "sympatycznej koleżanki Justyny". Ale nawet jeśli nie miałeś takiego zamiaru i ja źle interpretuję, to jest coś jeszcze... Otóż ja akurat lubię polemiki, ach, lubię je może nawet za bardzo, ale nie wydaje mi się, żeby Justyna dobrze się czuła w takim polemicznym trybie (łagodnie rzecz ujmując). A ja, tak moją rolę też postrzegam, nie mogę wymagać od autorów, których zapraszam do współpracy, żeby musieli znosić sytuacje dla nich niewygodne. Tym bardziej, że jej tekst nie jest zaczepny, nie dotyczy oceny jakiegoś zjawiska w kulturze najnowszej, o nic nie walczy - to antykwaryczne w istocie wspomnienie, jedna z odsłon radykalnie osobistego (taki był w zamyśle, ale - z tego, co widzę - Justyna bardzo się stara oddać sprawiedliwość nawet temu, czego do końca nie podziwia) rankingu zdarzeń z ostatnich 50 lat.

 

Ale mam wątpliwość może jeszcze bardziej zasadniczą, bo merytoryczną. Otóż ja akurat nie uważam, żeby Andrzejowi (którego całkiem nieźle zresztą znałem - może nie bardzo długo, bo od 2003 roku, ale jednak) należało się coś więcej niż wzmianka w trzystronicowym tekście. Sądzę, że jesteś po prostu zbyt dla niego łaskawy i Twoje interpretacje jego prac są lepsze niż same jego prace (i - co może mniej istotne, ale jednak - lepsze i zmyślniejsze niż jego twórcza świadomość, szersze niż jego artystyczne horyzonty). Może i miał lepsze momenty, ale ja zapamiętałem go jednak ze słabych: tandetnego do bólu gestu (tak w wymiarze idei, jak i wykonania) odrysowywania tablicy nagrobnej jego matki, kiczowatych widoków chmur, marnych portretów i wyjątkowo nieciekawej fotografii miejskiej zebranej w albumie wydanym w Margrafsenie (nie pamiętam tytułu - "Bydgoszcz"? "Z Bydgoszczy"? - a nie chce mi się grzebać w kartonach w piwnicy, gdzie leży). Jedna rzecz to jego postać (barwna, dość zabawna, często nawet urocza) i przynależność do tej węgliszkowej cyganerii (ja akurat nie znosiłem tego klimatu wzajemnej adoracji i fałszywych hierarchii opartych na koleżeństwie, zadufania i artystowskiej pozy), a inna rzecz to jego sztuka - tę oceniam surowiej nawet niż jego węgliszkowe towarzystwo.

 

Być może to błąd paralaksy - nie byłem z racji wieku świadkiem jego być może najlepszych prac i akcji, znam je tylko z przekazów, dokumentacji, rozmów. Ale dopuszczam możliwość, że Twoja ocena jest obarczona tym samym błędem, tylko o przeciwnym znaku. 

 

Jako że Twój tekst wymaga również redakcji językowej, mógłbym przy okazji przygotować propozycję jego wersji, którą moglibyśmy może opublikować. Pytanie, czy w ogóle na jakieś ingerencje byś się zgodził. Jeśli tak, daj mi, proszę, znać, to spróbuję się zastanowić, coś przygotować w przyszłym miesiącu i Tobie przesłać. Jeśli nie, nie będziemy tracić czasu.

 

Serdecznie

Michał

 

dr Michał Tabaczyński

"Bydgoski Informator Kulturalny": red. naczelny

Warsztat L.: Sekcja Literatury i Nowych Mediów MCK: kierownik

                                                  

17.02.2024

 

Michał, bardzo dziękuję za odpowiedź. 

Tekst mój w pierwszych wersjach był jeszcze bogatszy w rozmaite emocje, może to taki trening osobisty.

Twoje uwagi są cenne i poniekąd trafne, ale po kolei.

 

Jeśli w mojej narracji pojawia się protekcjonalność, to nie celowo, może podświadomie, ale zdecydowanie nie celowo.

Trudno nie zgodzić się z faktem, że Justyna starała się rzetelnie opisać pewne zjawisko, którego charakterystykę mogła przedstawić subiektywnie. Z jej punktu widzenia pewne wydarzenia były ważne inne mniej. Mój punkt widzenia jest inny, ale w znacznej mierze wsparty na opinii uczestnika tamtych wydarzeń, Bogdana Chmielewskiego. W polemikę z Justyną wprowadzam słowa artysty, który był świadkiem Akcji Lucim, dla mnie jego ocena jest bardzo ważna.

Twój punkt widzenia na publikację tego co przesłałem, w formie jaką ma obecnie (nie mówię o warstwie językowej) też jest obarczony tym błędem paralaksy. Błąd paralaksy znam doskonale, występuje w aparacie z którego lubię korzystać, a którego konstrukcja z racji tego wymaga szczególnej uważności przy pracy. Twój punkt widzenia, wynika z faktu, że pracujesz w instytucji, znasz ludzi i zależy Ci na nich. I mnie prawdę mówiąc było by przykro wprawiając w zakłopotanie Justynę, wytykając jej jakieś antykwaryczne nieścisłości. 

Może należałoby pójść do Justyny i z nią pogadać? 

Przenieść tą polemikę w kameralny wymiar? 

Jednak BIK jest czytany również przez innych, tych którzy nie pamiętają przeszłości tak dokładnie i może dlatego warto starać się o rzetelność, dla innych bydgoszczan.

 

Szanuję Twój punkt widzenia na sylwetkę Andrzeja Mazieca, zdaję sobie sprawę, że liczne grono postrzega go w podobny sposób.

Towarzystwo z Węgliszka i dla mnie wydawało się mocno przykurzone, ale ja nie zapamiętałem na Andrzeja w tym tle.

To dobrze, że potrafisz przywołać jego słabsze momenty, album wydany przez Margrafsen rzeczywiście był bardzo słaby. Ale już jego udziały w Konstrukcji w procesie, organizowanej przez Gosię Winter, były lepszymi momentami. Jak każdy artysta miał więc lepsze i słabsze momenty, a ja wolę pamiętać te lepsze, a o złych w ogóle zapomnieć. Bo były też występy Andrzeja w japońskiej wersji reklamy żubrówki. Nie chcę jednak demitologizować jego trybu życia, ukazując znane wszystkim bolesne fakty. Zwracam uwagę, że robił też ważne rzeczy i w tym celu wspominam dwie jego prace, starannie je  opisując.

 

Bardzo jestem Ciekawy twojej redakcji tekstu, więc jeśli poświęcisz mu trochę czasu i skorygujesz wedle uznania to chętnie go przeczytam. Ja również siądę do tego tekstu jeszcze raz, wykorzystam Twoje uwagi i zobaczymy, co mi wyjdzie. 

Jeśli uznasz, że warto to opublikować, to dobrze, jeśli nie ?

Może wrzucę go na mojego martwego prawie bloga

 

 

Pozdrawiam serdecznie 

Marek Noniewicz 

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

 Jest 24 kwietnia, a ja czytam swój tekst o Maziecu i co raz bardziej mi się podoba.

 

Andrzej Maziec - appendix .

W odpowiedzi na artykuł Justyny Gongały-Wyzujak, BIK luty 2024

Od zawsze miałem problem z rozpoznawaniem emocji, nie inaczej było i tym razem. Kiedy pod koniec stycznia odwiedziłem Galerię Wspólną, po objerzeniu aktualnej wystawy zobaczyłem na stole kolejny, lutowy numer Bydgoskiego Informatora Kulturalnego. Nastrój miałem raczej wyrównany, powiedziałbym nijaki, czułem się jak mrówka zagubiona w przestrzeni międzygalaktycznej[1], czyli tak jak zazwyczaj w miejscach publicznych. Wystawa, jak każda zbiorowa, nierówna, gęsto rozmieszczone na ścianach prace nie tworzyły między sobą dialogu. Po krótkiej rozmowie z Justyną, która w Galerii pracuje, bez estetycznego wzruszenia obejrzaną wystawą wyszedłem. Zszedłem po schodach, bogatszy o nowy numer BIKu. Dzień był wyjątkowo ciepły i słoneczny zważywszy na porę roku, z braku lepszego zajęcia postanowiłem udać się do Biblioteki na Rynku, a tam czekając na realizację zamówienia zacząłem przeglądać BIK.

Jeszcze w Galerii zerknąwszy na okładkę Informatora, zaintrygował mnie artykuł o działaniach Grupy Lucimskiej, autorstwa Justyny Gongały – Wyzujak, tej właśnie z którą rozmawiałem chwilę wcześniej. Działania Grupy znam wprawdzie dość dobrze, ale byłem ciekawy artykułu. Wiem, że BIK przywołując w związku z różnymi jubileuszami wydarzenia z przeszłości, musi z konieczności ograniczyć się do telegraficznych skrótów. Jednak przebijając się przez kolejne akapity tekstu z mnóstwem odnośników bibliograficznych, czułem najpierw zniecierpliwienie, może złość, a na końcu smutek. I chociaż miałem problem, w określeniu proporcji tych trzech emocji, w końcu z niezwykłą, jak rzadko klarownością rozpoznałem dominujące uczucie smutku. Na trzech stronach artykułu, w których z różną częstotliwością pojawiały się nazwiska artystów uczestniczących w działaniach w Lucimiu, znalazłem zaledwie wzmiankę o udziale Andrzeja Mazieca. Zdałem sobie sprawę, że mój smutek wynika ze świadomości permanentnego wręcz pomijania znaczenia sylwetki Andrzeja w życiu kulturalnym miasta i regionu. Przyczyn tej sytuacji może być wiele, ale później pomyślałem, nie chcąc frustrować się tą świadomością i mając jednocześnie przekonanie, że  twórczość Andrzeja przez lata wzbogacała życie kulturalne miasta, postanowiłem przytoczyć kilka najważniejszych faktów dotyczących tego artysty. Uznałem, że ograniczę się do samej Akcji Lucim, zdarzeń ją poprzedzających i tych które nastąpiły zaraz po niej. Żeby jednak nakreślić tło moich refleksji na temat Mazieca muszę odrobinę cofnąć się w czasie.

W roku 2018 pracując w Muzeum Fotografii w Bydgoszczy, podjąłem się zadania realizacji filmu „Andrzej Maziec – postać autentyczna”. Kiedy przystępowałem do pracy nad filmem miałem jedynie mglistą wizję jego ostatecznego kształtu i przekonanie, że realizując go spłacam Andrzejowi jakiś bliżej niesprecyzowany dług. Ograniczony skromnym budżetem i czasem wynikającym z realizacji zadania w ramach Grantu który finansowało miasto Bydgoszcz, udało mi się zrobić coś, co z perspektywy czasu uznałbym zaledwie za namiastkę tego co planowałem. Oglądając film dziś doskonale zdaję sobie sprawę z jego niedostatków, nie mógłbym jednak nie docenić spotkań z bohaterami którzy zdecydowali się podzielić swoimi wspomnieniami o artyście.  Najbardziej zapadły mi w pamięć spotkania z tymi osobami z którymi wcześniej nie miałem dotąd kontaktu: Grażyną Bułatek i Bogdanem Chmielewskim. Grażyna upewniła mnie w przekonaniu jak niezmordowanym kronikarzem artystycznego życia był Andrzej, o tym samym w szerszym kontekście wspominała też Ela Kantorek. Jednak to Bogdan Chmielewski uświadomił mi jak wyjątkowym artystą był Maziec. Nie żebym wcześniej tego nie wiedział, ale usłyszałem od profesora słowa które mocno zapadły mi w pamięć: Andrzej miał słuch metafizyczny[2]

Udział Mazieca w Akcji Lucim nie był przypadkiem, poprzedziły go wydarzenia których bohaterem był sam Andrzej, jak i wspominający go w filmie Bogdan Chmielewski. I tutaj właściwie moja rola się kończy, nadmiar słów tak samo męczy mnie jak nadmiar obrazów, spakuję więc w paczkę fakty które przytoczył profesor Chmielewski w swoim tekście.[3]

Pierwsze spotkanie Mazieca z Chmielewskim miało miejsce w październiku 1976 roku, w czasie otwarcia wystawy Chmielewskiego w poczekalni dworca PKP w Bydgoszczy. Już następnego dnia Andrzej zaprosił przyszłego profesora na wystawę, którą realizował wspólnie ze Stanisławem Wasilewskim w podwórku na bydgoskiej Wenecji. Po latach profesor wspomina: Pamiętam dobrze to jesienne popołudnie i zdjęcia zdumiewające siłą wyrazu, dojrzałą refleksją nad przedstawianym światem. Ludzie, portrety, epizody, mury, okna, detale - faktografia przeniknięta metafizyką. Enklawa zatrzymanego czasu jak u małych mistrzów holenderskich. To stały rys twórczości Andrzeja i jego odczuwania. Z pewnym patosem można powiedzieć, że umiał wypatrzeć i utrwalić w kadrze wieczność w życiu codziennym.[4] Nie trudno zauważyć, że tak pionierskie w owym czasie działania w przestrzeni publicznej, pojawiły się niemal jednocześnie u Mazieca i Chmielewskiego, to wspólne postrzeganie rzeczywistości było podstawą dalszej wieloletniej współpracy, zwłaszcza w kontekście działań w Lucimiu, gdzie Andrzej kontynuował swoje autorskie spojrzenie w działaniach site scpecyfic, używając też fotografii. To nie mylnie opisane w tekście opublikowanym w lutowym BIKu, działanie z lustrami, których Maziec nie fotografował (zaaranżował procesję z lustrami z domów mieszkańców Lucimia, nawiązując zapewne do dziewiętnastowiecznej refleksji Oliwiera W. Holmesa który nazwał fotografię „lustrem z pamięcią”), a Galeria 1914 była najmocniejszą wypowiedzią Mazieca w cyklu, działań lucimskich.  Sam Chmielewski wspomina tą artystyczną wypowiedź artysty pisząc[5]: Podczas finału „Akcji Lucim" (1978 r.) zachwycił realizacją „Galeria 1914". Na dużych fotografiach przedstawił portret swojego ojca oraz wizerunki czterech mieszkańców wsi, urodzonych w roku rozpoczęcia I wojny światowej.[6] Patrzyli z fotogramów ukazując los tamtej generacji, wypisany na twarzach i dokumentach. Siła tej prostej, przydrożnej instalacji trwa mimo upływu lat.

Trudno jednoznacznie ustalić, dlaczego Andrzej porzucił współpracę z Grupą Działania. Moim zdaniem zadecydowała o tym silna indywidualność artysty i jego problem odnajdywania się w działaniach formalnych. O ile pierwsze „Akcje Lucim” miały w sobie coś spontanicznego co artyście odpowiadało, o tyle późniejsze przybrały charakter bardziej sformalizowany, co było sprzeczne z jego naturą. Z pewnością miał już w planach realizację swojej Autorskiej Galerii Pamięci, która z czasem stała się jego opus magnum.

Dziś sylwetka Andrzeja Mazieca bywa najczęściej wspominana w kontekście Akcji Lucim, dzieje się tak dlatego, że kontynuatorzy działań lucimskich Grupa 111 – Bogdan Chmielewski, Witold Chmielewski i Wiesław Smużny są twórcami o uznanym dorobku i mają za sobą akademickie kariery, o które dbają. Andrzej nigdy o swój dorobek nie zabiegał i nie starał się go popularyzować, był na to zbyt skromny, albo też żył zawsze tą realizacją nad którą aktualnie pracował. Pytanie, czy warto uporządkować i popularyzować jego twórczość pozostawiam kwestią otwartą. Warto natomiast rzetelnie opisywać jego działania, zwłaszcza w kontekście tych wydarzeń, które miały doniosłe znaczenie w historii polskiej sztuki XX wieku. Na koniec jednak zacytuję Bogdana Chmielewskiego: sądzę, iż w Bydgoszczy należy przygotować wystawę, ukazującą dorobek Andrzej a Mazieca, tak aby z naszej winy nie uległ on rozproszeniu i nie przepadł w „Galerii Niepamięci".[7]

 

Bydgoszcz, 8 luty 2024 r.                                        Marek Noniewicz


    Dokumentacja spotkania artystów Akcji Lucim z mieszkańcami. Na fotografii od lewej Witold Chmielewski, Wiesław Smóżny, mieszkanka Lucimia, Bogdan Chmielewski, fragment sylwetki Andrzeja Mazieca (jak zwykle w cieniu), kolejna mieszkanka Lucimia i dwie kolejne postaci plecami do obiektywu nieznanego fotografa, jednak wiele wskazuje na że autorem zdjęcia był Stanisław Wasilewski. Ta konkretnie odbitka, na odwrocie nie była w żaden sposób opisana, a znajduje się w zbiorze korespondencji Marellego Bacciarellego, z którą przez krótką chwilę miałem kontakt i które to zdjęcie zreprodukowałem telefonem i pozwalam sobie upublicznić, dla dobra sprawy. 


[1] Cytat pochodzi z dialogu bohaterów filmu Mathieu Kassovitza Nienawiść 1995

[2] Z wypowiedzi Bogdana Chmielewskiego w filmie Andrzej Maziec – postać autentyczna https://www.youtube.com/watch?v=3T0SdRIrumw 09.02.2024

[3] Bogdan Chmielewski – Andrzej Maziec 1948-2015, Kronika Bydgoska, https://czasopisma.ukw.edu.pl/index.php/kronika-bydgoska/article/view/1334 06.02.2024

[4] Bogdan Chmielewski ibid.

[5] Bogdan Chmielewski ibid.

[6] Ojciec artysty urodził się w 1914 roku, praca miała też wybitnie osobiste odniesienia, jak większość prac Mazieca, żeby wspomnieć znajdującą się w zbiorach Muzeum Okręgowego w Bydgoszczy Walizkę Pani Janki – przypis autora.

[7] Bogdan Chmielewski ibid.

 

piątek, 2 lutego 2024

Homage to Bogdan Konopka

           I znowu tak się dzieje, że pisząc coś zupełnie innego natrafiłem na tekst starszy tekst. Tym razem poświęcony Bogdanowi. Czytam słowa pisane w innym miejscu w innym czasie, zostaję z nimi przez chwilę, a potem otwieram umysł jak okno i powoli wpuszczam to co teraz. Okoliczności się zmieniły, ale słowa znaczą to samo. 

            " Niedziela, słoneczne popołudnie, zasłonka rzuca cień na framugę okna, na jej cień nakłada się drugi, odległy nieregularny kształt tui rosnącej przed domem. Ten drugi cień, lekko kołyszącego się krzewu za oknem, ożywia kształt zasłonki, której mnogie formy trwają zaledwie mgnienie. Istnieją jednak w czasie, słoneczna animacja na użytek własny, prawie fotografia. Doskonałe tło do szukania słów o obrazie.

Nie mogę powiedzieć żebym dobrze pamiętał któreś ze zdjęć Bogdana, owszem znam je, ale w próbuję wywołać z pamięci konkretny obraz, konkretny kadr, poszczególne obrazy przesuwają  się w pamięci tworząc dziwną multiekspozycję, żywą i pulsującą. Żaden obraz nie trwa dłużej niż chwilę, a kiedy próbuję się skoncentrować by zatrzymać ten strumień, z dziwnego kalejdoskopu w oka mgnieniu wyłania mi się twarz Bogdana Konopki. Może rzeczywiście jest tak, że nasze wizualne dociekania z upływem lat tworzą mapę naszych twarzy?

Zupełnie inaczej jest kiedy przywołuję w pamięci spotkania z nim. Niemal z każdego  zapamiętałem jakiś szczegół, fragment rozmowy, sytuację czy atmosferę towarzyszącą spotkaniu, może jeszcze światło. Ile było tych spotkań? Nie pamiętam.

Ze spotkania w 2007 roku na Festiwalu Fotografii  w Łodzi pamiętam  Jego profetyczne z dzisiejszej  perspektywy słowa, że za chwilę każde miasto będzie miało swój Festiwal Fotografii. Trudno powiedzieć, dlaczego wyczułem  w tej wypowiedzi nutę dekadenckiego znużenia przeczuciem nadchodzącego nadmiaru, a może nawet pewną realną obawę? Z uczucia braku zawsze może się coś zrodzić, brak prowokuje do wypełnienia, nadmiar zaś zawsze pozostawia uczucie przesytu. Poetykę obrazów Bogdana Konopki  niemal zawsze tworzy skąpa ilość światła. Tylko on potrafił wyobrazić sobie jak zapisze się na negatywie obraz braku światła i z tego niedostatku tworzył nową jakość. To pewnie dlatego jego fotografie nigdy nie mogłyby mnie zmęczyć.

Rok 2012, spotkanie w Bydgoszczy. Pamiętam atmosferę warsztatów, które towarzyszyły wystawie Ineffabilis w Muzeum Okręgowym im. Leona Wyczółkowskiego. Był to szczególny i rzadki przypadek, kiedy fotografowanie, czynność dla mnie zawsze wymagająca intymności stała się na chwilę rodzajem wspólnej celebracji.

Potem chyba widzieliśmy się w Białymstoku na Festiwalu Interfoto, Bogdan zaskoczył mnie wizytą na dzień przed otwarciem mojej wystawy Iliaster. Wtedy Jacqueline zrobiła nam wspólne zdjęcie. To był rok 2017 moje ostatnie spotkanie z Bogdanem. Teraz trwamy sobie na tej fotografii, a przestrzeń wokół jest w nieustannym ruchu. 

                                                   foto. Jacqueline Konopka 
 

Uczucie braku jakie zostało po odejściu Bogdana, uczucie pustki. Została jednak też pamięć innej pustki, tej którą zamykał w formę na swoich fotografiach, zostały te rzadkie momenty kiedy w chwili fotografowania światło przywołuje pamięć o nim. Taka chwila wydarzyła się w czasie przenosin Muzeum Fotografii w Bydgoszczy. Sytuacja nie zaistniała sama z siebie, oczywiście przywołało ją światło. A więc to był rodzaj jakiejś iluminacji, która pozwoliła mi zaaranżować coś, co właściwie było prawie gotowe. Coś co zapowiadało już jakiś koniec, a może początek nowej historii? "


                      Homage to Bogdan Konopka. 2020 (original silver print)           Bydgoszcz


P.S.

Tekst powstał w styczniu 2020 i przeznaczony był do jakiejś publikacji, która nigdy się nie ukazała.

środa, 27 marca 2019

Wspomnienia z nieistniejących światów

Dzisiaj jestem chory, ale niezbyt chory.
Mam temperaturę niższą niż mój pies, wyższą niż temperatura w mieszkaniu, tylko trochę większą niż liczba zębów dorosłego człowieka z pełnym uzębieniem, ale jednak inną niż standard zdrowia przewiduję.
Nawiasem mówiąc pies też ma temperaturę wyższą niż powinien, przynajmniej miał wyższą kiedy ostatnio niecały tydzień temu badał go weterynarz. Od tego czasu, bodajże od czwartku dostaje antybiotyk zgodnie z zaleceniem, nawiasem mówiąc bardzo ładnej i sympatycznej Pani Oli.

Biorę taki sam antybiotyk chociaż nie przepisała mi go Pani Ola.
Od ostatniego posta upłynęło mnóstwo czasu, mnóstwo zapisków ulotnych nie znalazło się na blogu. Nie dałem im licencji, albo moje lenistwo zwyciężyło nad moją chęcią; jakby to napisał Vlastimil Tresnak.
Ostatnio jednak powstał tekst do katalogu wystawy Grzegorza Przyborka. Koan to tytuł wystawy, którą można oglądać w Muzeum Okręgowym im. Leona Wyczółkowskiego w Bydgoszczy. Wystawy którą pragnę polecić po pierwsze dlatego, że bardzo cenię sobie pełną dyscypliny twórczość tego artysty, po drugie dlatego że kontakt z "żywą " fotografią jest zawsze lepszy niż ten zapośredniczony przez internet. Wystawa to efekt pracy nie tylko samego artysty, choć oczywiście on jest tu bez wątpienia najważniejszy, warto jednak zaznaczyć że nie doszło by do niej bez wysiłku i determinacji kuratorki Moniki Kosteczko-Grajek.
Bardzo bym się cieszył gdyby lektura tekstu, zachęciła kogoś do wizyty w Muzeum.
Obrazy - pytania, Przyborka to jeden z tych nielicznych już przypadków gdy powiedzenie "jeden obraz wart jest więcej niż tysiąc słów" ma jeszcze moc.

Wspomnienia z nieistniejących światów

Nigdy nie znajdował innego schronienia niż przestrzeń ...

Trzymam w ręku plan wystawy Grzegorza Przyborka w Galerii Sztuki Nowoczesnej MOB. Widoczne na schemacie geometryczne znaki, symbolizujące wybrane dzieła artysty, oraz wielobarwne linie, określające sposób ich rozmieszczenia w przestrzeni ekspozycyjnej, tworzą rodzaj mapy. Przyborek (także świetny pedagog) zabiera widza w intelektualną i emocjonalną podróż w niezbadane dotąd rejony. Nie pokazuje rzeczywistości jeden do jednego, lecz stwarza ją na nowo. Integralną cechą jego twórczości jest materialność. To ona wyznacza tropy interpretacyjne dzieł, będących znakomitym przykładem żywej historii fotografii. Zdjęcia, realne i namacalne, niepoddane cyfrowej obróbce, odsyłają widza w obszary ulotnej duchowości.

Serię prac Wspomnienia z Arles – dziś już niemal ikoniczną – poprzedziły rysunki. Widać w nich niesłychaną dyscyplinę, jakiej poddaje swoją wyobraźnię twórca. Oszczędność środków sprawia, że komunikat, choć niejednoznaczny, staje się czytelny. Ulotność wspomnień nie poddaje się grawitacji, nawet jeśli przybierają one określony kształt, sprowadzony do prostych elementów wyjętych z krajobrazu naszej codzienności, czy też z pejzażu mijanego gdzieś w podróży. Świat wspomnień rządzi się innymi prawami, jego fizyka jest w istocie metafizyką; ta odrębność pozwala uwierzyć, że pióro może być punktem oparcia dla kamiennego wahadła na sznurku, zastygającego pod kątem ostrym ponad płaszczyzną horyzontu. Patrząc na Stół do przygotowywania unoszących się obiektów, wiem, że codzienność pozostała za oknem, przez które do wnętrza sączy się jedynie mleczne światło. Cykada przysiadła na parapecie i zamilkła (cisza jest obecna niemal we wszystkich pracach Grzegorza Przyborka). Ucieczka od grawitacji zaczyna się od Wspomnień z Arles.

Wspominając, można oczyścić przeszłość z elementów zbytecznych, nadać wspomnieniom nową formę. Obraz podróży, który mógłby zmaterializować się bezpośrednio w aparacie, jest z założenia redundantny. Fotografię, jaką zwykliśmy uprawiać czy oglądać, Przyborek traktuje jak notatnik. Dopiero z notatnika wyłaniają się formy przefiltrowane przez wyobraźnię, którym artysta nadaje nowy kształt. W Portretach, zainspirowanych wizytą w klasztorze Saint Roman na południu Francji, notatkami są zdjęcia wykutych w wapiennej skale grobów z IX wieku. Pamięć musiała zachować szereg innych detali, które wymknęły się mechanicznej rejestracji; w takich miejscach przesiąkniętych obecnościami z minionych wieków wszystkie zmysły pozostają w stanie czuwania. Wreszcie czas wyzwolił pamięć z uporczywego brnięcia w szczegóły i nadał nowy kształt wspomnieniom. Z kamiennych grobów wyłaniają się obrazy idei, które są jak pytania towarzyszące nam od zarania dziejów. Demon bez twarzy, okolony lśniącymi kolcami, stoi na kruchej konstrukcji uwitej z patyków. Chwiałby się pewnie, gdyby nie podtrzymujące go sznurki, wyrastające z połatanego ciała i zakotwiczone w przestrzeni obrazu. Pielgrzym to z kolei pusty, zgarbiony kształt umocowany na czterech kółkach, z wbitymi w plecy piórami i śmigłem sterczącym z piersi. Jest jak zabawka, która śni o lataniu – ten sen będzie trwał i przyjmował różne formy w późniejszych pracach Przyborka. Rzeczywistość każdego ze wspomnianych dzieł tworzy odrębny świat; to światy wyimaginowane, które tylko z pozoru wydają się być obce. Może nie należą do nas, lecz jeśli tylko poświęcimy im wystarczająco dużo uwagi, za parawanem symboli tak lekkich, że niemal przezroczystych, dostrzeżemy pytania, które znamy i które odsyłają nas do spraw podstawowych. Może to pytania o naszą kondycję?

Kształty bez formy, cienie bez barwy / Siła odjęta, gesty bez ruchu .

Hotel to przejściowy dom, Europa – kontynent, który odcisnął największe bodaj piętno na współczesnej cywilizacji. Prace z serii Hotel Europa to martwe natury – utopijne światy, za horyzontem których zapadła ciemność; z ciemności wyłaniają się misterne konstrukcje. Prawie wszystkie nie dotykają płaszczyzny, na której zostały wzniesione. Jak bardzo są odległe od pragmatycznego rozumowania i postrzegania nas samych? Jak bardzo oddaliliśmy się od wartości, które ukształtowały naszą cywilizację? Fotografie Przyborka zdają się mówić, że nasza prawdziwa natura jest martwa, pozostały tylko odpryski symboli, których znaczeń już nie pamiętamy. Kadłub Arki pokonanych to przecież jedynie wręgi, a dłoń – mogąca „podtrzymać” sens stworzenia świata – zwisa bezwładnie. Nie ma tu gotowych odpowiedzi, tak jak nie ma gotowej instrukcji rozumienia.
Fotografia to w istocie spojrzenie cyklopa, punkt widzenia aparatu jest jednokierunkowy. Konfrontując zdjęcia z serii Thanatos z obiektami, możemy dociec, na ile subiektywne jest spojrzenie artysty. Formy obiektów, mimo iż poprzedzają obraz fotograficzny, same w sobie są „martwe” – to światło zamyka je w anamorficznym spojrzeniu aparatu i stwarza na nowo.
Czasem myślę, że każda z prac jest w jakimś stopniu opowieścią o walce z grawitacją. W Utopijnych obiektach będzie to szkielet konstrukcji, którą unieść mogą tylko marzenia, w Cantus lamentus – bezgłośny, rozdzierający krzyk niemocy. W twórczości Grzegorza Przyborka przestrzeń obiektów miesza się z płaską, dwuwymiarową rzeczywistością fotografii, ale to właśnie fotografie urealniają niemożliwe.

Nielot – obiekt, rzeźba i zdjęcia tworzą wspólną opowieść o walce niemocy z fantazją. Jej wynik nie jest ważny, i tak go z resztą nie poznajemy. Istotne jest podejmowanie próby, bez względu na rezultat; imaginacja nie ma ciężaru i uniesie nas, jeśli tylko zaufamy instynktowi i wyrwiemy się z pajęczyny myśli. Do tego nakłania nas Koan. Artysta wybrał taki tytuł wystawy, jakby rzucając koło ratunkowe widzowi tonącemu się w morzu postmodernistycznych odniesień. Koan to szczególne ćwiczenie dla umysłu, zalecane uczniowi przez mistrza zen. Specyficzny dialog, w którym odpowiednio skonstruowane pytanie prowokuje do poszukiwania odpowiedzi poza obszarem logicznego rozumowania. Tylko zatrzymując umysł, możemy odnaleźć klucz do odczuwania.



Bydgoszcz, 16 grudnia 2018 r.

Marek Noniewicz

P.S.
Polecam znakomity katalog który towarzyszy wystawie, w którym też znaleźć można powyższy tekst uzupełniony o źródła cytatów.

środa, 6 lipca 2016

Ja fotografia

Co raz częściej wydaje mi się, że fotografia współczesna jest rodzajem podatku od nudy, na równi za abonamentem za telewizję. Jeśli jest, jeśli bywa sztuką to taką w rodzaju gry w którą gramy od czasów Picassa, gry której zasady precyzyjnie ustalił potem Warhol. Tak więc gram choć zasady są nie do końca przejrzyste, zawsze bardziej zdając się na przypadek. Trudne jest to zwłaszcza wtedy kiedy staram się nie podpadać w logikę, bo ta nie służy mi zbyt dobrze, łatwiejsze staje się kiedy swobodnie poddaję się zadziwieniu i unikam strategii. Czasem kiedy uważnie słucham światła, pozostaję na tyle czujny że zadowolenie przybiera formę i staje się obrazem. Czasem myśli spowalniają tą czujność, wtedy obraz przybiera kształt moich wątpliwości, ale to także ja. Wiara że te zasady dotyczą również innych jest naiwna, czy patrząc na to w ten sposób pozostaję artystą naiwnym? Widzę po przez filtr moich przyzwyczajeń. Lubię gdy forma to emocje, zarówno te które towarzyszą narodzinom, jak i śmierci. Opowieść zaczyna się zawsze od spotkania które jest teraz, ale wszystko w fotografii sprzeciwia się Teraz! Pisałem kiedyś o uporczywym balsamowaniu czasu, pisali inni, a teraz...

Przez małe okno wschodniej ściany domu, z samego rana światło ostrożnie zagląda do łazienki. Najpierw powoli prześlizguje się po południowej ścianie, wydobywając pozornie gładką powierzchnię kafelek, wpełzając w zagłębienia fug bada ich powierzchnię i powoli przemieszcza się dalej. Chwilę po ósmej czas na poranną toaletę, ostrożnie wchodzi więc do wanny omiatając spojrzeniem chromy kranu, który rozbudzony rzuca kilka refleksów na ściany. Wreszcie na moment tylko zatrzymuje się w wannie jakby czekając. Kiedy wchodzę do łazienki wszystko to już się stało. Odkręcam kran i podczas gdy odbicia ścigają się na suficie zanurzam się w zimnej wodzie, a słońce spogląda mi prosto w twarz. Bez ciemnych okularów jestem bezradny, zastygam w bezruchu zdziwiony ja i ono także. Kiedy wychodzę z łazienki, widzę jak wtula się w rzucony niedbale na podłogę ręcznik frote i próbuje podążać za mną na korytarz, ale fizyka psuje wszystko, bo kąt padania, ruch planety... zniechęcone zostaje więc na dworze.

Nie pamiętam co działo się w roku 1854, może było to gdzieś w Niemczech? Czy wtedy spotkanie z fotografem było świętem? Niewiarygodny rytuał, który oferował iluzję nieskończoności w czasie, za cenę uwięzienia w tej samej przestrzeni. Gdzieś na przełomie XX / XXI wieku znalazła mnie w albumie Hermana Krone znajoma. Zaniepokojony wykonałem reprodukcję zdjęcia. Upiorna tautologia która miała uwolnić pamięć, sprawiła tylko że stałem się jej niewolnikiem. Album był w zbiorach biblioteki Katedry Fotografii na ASP w Poznaniu. Biblioteka wtedy bardziej chciała nią być niż w istocie była. Poupychane w szafach książki, katalogi, broszury porządkował Paweł Kula. W jednej z szaf obok książek znaleźliśmy kiedyś słoik z resztką kawy rozpuszczalnej Maxwell. Ktoś z wykładowców napomknął, że musiała to być kawa Urszuli Czartoryskiej. Wypiliśmy ją potem wspólnie z Pawłem, była zupełnie bez smaku. Czas pozbawił ją aromatu, z fotografią jest inaczej. Przyglądam się teraz tej fotografii, co się zmieniło? Próbuje przywołać jakieś wspomnienie tamtej wizyty, czy może wrażenie bardziej. Ale wspomnienie jest jak pies który kładzie się gdzie chce,a ja odbijam się gdzieś między iluzją przestrzeni na powierzchni zdjęcia a przestrzenią Teraz, która być może także jest iluzją.


Na fotografii Hermana Krone, z grupą kolegów muzyków(?) stoję po prawej stronie i dziwię się że nie mam kciuka, jest rok 1854.

Koło siedemnastej słońce znowu wprasza się do mieszkania. Zagląda teraz do pierwszego pokoju przez okno wychodzące na zachód. Siedzę w kuchni oglądam spektakl, na nic nie czekam... Teraz właśnie się dzieje. Słońce ścieka ze stołu i rozlewając się po podłodze zmierza w kierunku wielkiego kryształowego lustra ; chyba secesja, czas historyczny nie wiele mówi. Przez moment zastanawiam się ile wizerunków prześlizgnęło się po jego srebrzonej powierzchni; paskudna myśl. Pewien herezjarcha Uqbaru pisał, że lustra własnie dlatego są potworne że pomnażają ludzi. Kiedy promień dotrze do skośnej krawędzi kryształowej powierzchni bez pamięci fizyka zafunduje mi mały cud, promień odbije się i wpadnie do kuchni tworząc na ścianie obok lodówki tęczę, tylko na mój prywatny użytek.

Rozkładam na stole skromną kolekcję carte de visite. Znam je wszystkie już na pamięć, ale ciągle liczę na to że odkryję jeszcze coś nowego. Gdyby tylko udało się pozbyć tego nawykowego patrzenia... Prostokątny kartonik o grubości jednego milimetra, czasem złocone brzegi, gdzie indziej pozostałości po złoceniach. Rogi zaokrąglone przez czas, litograficzny nadruk na rewersie z informacją o zakładzie: Brandel, Joop, Rzewuski, Twawrdzicki. Jeszcze ten intrygujący zapis "Matryce przechowuje się dwa lata", a co potem? Klawisz Delete dla materialności, to przecież czas, a teraz... Obracam kartoniki w rekach awers, rewers znowu awers próbuję złapać spojrzenie postaci, ale wymóg epoki nakazywał patrzeć w bok. Próbuje patrzeć z boku, dalej nic. Przypominają mi się trójwymiarowe pocztówki z wizerunkiem Chrystusa, patrząc na taką kartkę bez względu na kąt ustawienia względem wzroku miało się zawsze wrażenie że On przewierca cię spojrzeniem. Cienki albuminowy papier nie daje takiego efektu, a jednak tych
" Oczu napotkać nie śmiem w moich snach
W sennym królestwie śmierci
Nigdy się nie ukażą:
Tam na złamanej kolumnie
Oczami będzie blask słońca"

I znowu słońce i teraz... wychodzę z Galerii Kantorek na ulicy Gdańskiej. Akcja dzieje się w Bydgoszczy, jest początek lipca. W ustach mam smak czereśni, którymi poczęstowała mnie Ela, chwilę wcześniej kiedy jeszcze siedzieliśmy na zapleczu. Trzymam w ręce fotografie Andrzeja Mazieca, którą jakiś rok temu wykonał Jarek Majewski swoją magiczną Leicą - współczesną replika tej pierwszej. Rok temu mógłbym jeszcze w tym miejscu spotkać Andrzeja. W głowie mam pewien pomysł, którego nie jestem pewien. W kieszeni małoobrazkowy Olympus XA, pełni tu rolę amuletu chociaż ma w środku film... kolorowy! Dzień jest upalny, na szyi wisi kompaktowy Lumix LX-3, wyświetlacz LCD informuje że wszystko OK, bateria w pełni naładowana. Dopalam papierosa i przyglądam się przechodniom, chociaż wiem że twarz daje tylko pewien pozór, próbuje coś z nich wyczytać. Ale to na nic, niedopałek ląduje na chodniku a ja podchodzę do dziewczyny która nadchodzi od strony Drukarni przecinając w poprzek Gdańską, fotografię Andrzeja trzymam teraz oburącz. Zaczepiam ją i pytam, czy może poświęcić mi chwilę... uśmiecha się, więc jest szansa... Opowiadam jej o Andrzeju, że był artystą, robił zdjęcia chociaż w rzeczywistości był artystą permanentnym. Pokazuje fotografię, mówię o pomyśle uczczenia jego pamięci i proszę o zgodę na wykonanie zdjęcia z tym portretem. Jeśli chce może zasłonić twarz zdjęciem, chodzi bardziej o gest. Uśmiech wyprzedza zgodę, ma dziś wolne ma czas, teraz... podnoszę do oka aparat, nie ma trzasku migawki ... więc zamiast trzasku mówię dziękuje, uśmiecham się i patrze jak niespiesznie oddala się, bo ma dziś wolne ma czas.


Stateczne małżeństwo nadciąga od strony Foscha, oni na pewno mają czas nawet jeśli w sumie niewiele im go pozostało. Moje przepraszam trafia w próżnię, spuszczają wzrok i idą dalej. Tymczasem podjeżdża do mnie facet na wózku inwalidzkim i o dziwo nie pyta o drobne. Powtarzam przygotowaną historię, o Andrzeju, ale on częstuje mnie swoją opowieścią... Słucham więc o tym jak to dziesięć lat temu kradł na zlecenie samochody w Niemczech, i o tym jak zakochała się w nim pewna kurwa w Hamburgu, nawiasem mówiąc z polski, a on ukradł jej sportowe BMW, rozbił się nim na autostradzie i teraz jest tutaj. Teraz proszę go by potrzymał fotografię, jedna rękę ma niesprawną wiec... Jak to dobrze, myślę że odbitka jest na matowym papierze i nie muszę martwić się refleksami.


Potem był jeszcze jeden bezdomny i w dodatku bez nogi, ale mówił że pamięta Andrzeja i nie chciał mi uwierzyć że nie żyje. Był przekonany że rozmawiał z nim w zeszłym tygodniu. Uśmiechnąłem się i powiedziałem coś w stylu, że mu wierzę bo to pewnie możliwe. Ile razy spotkałem się z odmową? Nie wiem nie liczyłem, nie chodziło o statystki. Dwie identycznie ubrane dziewczyny, wyglądały jak bliźniaczki z fotografii Diane Arbus, odmówiły. Pan zamiatający ulicę zgodził się pytając ile musi zapłacić? Bezdomni nie chcieli zakrywać swoich twarzy mimo że takie były założenia "projektu", ale ... nie namawiałem ich, przeczuwałem że z obawy o to że ludzka pamięć ich nie zachowa, wierzą w pamięć fotografii.


Niech im tam będzie. Młodą długowłosą dziewczynę z olbrzymich rozmiarów teczką, zagadnąłem czy jest artystą? Skwapliwie przytaknęła. Bo zdjęcie, tu pokazałem jej portret wykonany przez Jarka, przedstawia również artystę i może ona zgodzi się na to żebym wykonał, taki a taki portret. Odpowiedziała że nie wie co ten człowiek sobą reprezentował, wskazując na Andrzeja który mam wrażenie lekko uśmiechał się na zdjęciu, więc nie może się z nim identyfikować. Pomyślałem później że inteligencja czasem wyklucza pewien rodzaj wrażliwości, na szczęście tylko czasem. Dochodziła czternasta, wiedziałem Ela za chwilę będzie zamykać dziś wyjątkowo wcześniej. Pora zakończyć projekt, chociaż historia nie może się tu zakończyć. Przeglądam na podglądzie zdjęcia, stoję na ulicy Gdańskiej, jest więc ulica, są ludzie i jest Andrzej. Nic się nie zmieniło i wszystko się zmieniło. Tylko słońce jest na właściwym miejscu.

Teraz jest noc, świtało latarni próbuje prześlizgnąć się przez zazdroski i świerk przed domem rzuca cień na ścianę. Na zewnątrz jest wiatr, słyszę go przez szyb kominowy, a cień tańczy animując elementy cjanotypowej martwej natury Jessec'y Ferguson.

piątek, 17 grudnia 2010

mało światła



Z serii „Pamięci Foxa Talbota” Nr 1
29.09.2010 r - widok okna w Muzeum im. L. Wyczółkowskiego w Bydgoszczy (Czerwony Spichrz)
brom, sepia
negatyw 35 x 41 cm ( oprawa w passe-partout 49 x 63 cm )
sygnowane na odwrocie ołówkiem: tytuł, data, technika, podpis.
Fotografia która nie znalazła się na aukcji VI Zpaf, "Arts and Crafts", chociaż mogła.



Zupełnie zużyła mi się rzeczywistość obrazu... Próbuję przypomnieć sobie gdzie zlokalizować historię o Chińczyku, który zniknął na ścieżce swojego rysunku, podczas gdy inni zajęci byli sobą, czy oglądaniem pracy, ale nie pamiętam. To cytat znowu...
Kilka dni temu w czasie przedświątecznych porządków, układając na półce albumy, wybiłem się z rytmu pracy otwierając album Stiegliza. "From the Window -"291" (2) 1915, jeśli wierzyć wydawcy ( Museum of Fine Arts Boston ) odbitka platynowa 8x10 cala. Dziwne że mimo mrozu za moim oknem, obraz mrozu za oknem galerii Stiegliza był jakby cieplejszy. Czas ocieplił atmosferę fotografii i ślizgając się wzrokiem po zaśnieżonych dachach Nowego Yorku, wyobraziłem sobie że mógłbym stąpać po nich boso nie odczuwając chłodu. Na poprzedniej stronie albumu, ten sam widok oznaczony numerem jeden. Niemal identyczny kadr, tym razem porą nocną. Zastanawiam się czy to jedyne fotografie z widokiem z tego okna, chciałbym żeby tak było, tylko dlaczego...
Ile czasu i energii potrzeba mi by o tej porze roku zmobilizować się do jakiejkolwiek pracy. Przed wczoraj wyniosłem do pracowni FK 5x7 cala, z tym wysłużonym Xenarem 210, którego migawka nie chce już odmierzać żadnego czasu naświetlania. Ustawiłem go pod oknem, obiektyw skierowałem na widok zaśnieżonego i zasypywanego śniegiem parku. Parku w którym kiedyś był olbrzymi cmentarz ewangelicki. Naświetliłem i wywołałem dwa negatywy. Jeden poszedł w kosmos, nieszczelna kaseta, a może kapryśny Xenar. Z drugiej wykonałem styk, nic nadzwyczajnego, a jednak nie mogłem nie wpatrywać się w rysunek gałęzi szarzejący w perspektywie powietrznej. W jakiś nieokreślony bliżej sposób przeniosłem w rzeczywistość zdjęcia Stieglica, być może fotografuję po to by przenosić się w miejsca w których nie byłem. Choć jednak byłem w NY, nie widziałem widoku z okna przy Piątej Alei, nie miałem też przy sobie starej rzymskiej monety, czy choćby główki nitu od walizki, żadnego amuletu. A jeśli magia fotografii jest tylko nużącym przyzwyczajeniem...

Obserwatorzy