Translate

wtorek, 25 grudnia 2012

To tam...



Przychodzę tu popatrzeć jak ziemia wypluwa to miasto. To jeden z tych obszarów o którym miasto czasem zapomina, a taka nieuwaga sprzyja roślinom i dzikim ludziom. Latem pozostawione sobie kwiaty, nieskrępowane już rabatkami i skromnym niegdyś areałem działek pracowniczych składają hołd dzikiej bujności. Wydeptane ścieżki tylko z pozoru prowadzą do donikąd ich plątanina myli krok nieproszonego gościa, ale wytrwali potrafią dotrzeć wgłąb by pod zdziczałymi drzewami odnaleźć ukryte legowiska nomadów. Porzucone jabłonie wydają już tylko cierpkie owoce, to gatunek którego nazwy już nikt nie pamięta choć jeszcze parę lat temu wczesną wiosną widywałem tam starszego Pana, który pewnie to wiedział. Pojawiał się jak duch w wytartym ortalionowym płaszczu na cały rok, taszcząc na ramieniu drabinę przychodził znikąd wyciągał skądś piłę i pracując powoli, przycinał gałęzie. Owoce tej jabłonki smakowały jakoś inaczej. Ale straszy Pan już nie przychodzi. Jakiś czas temu zniknął też okazały orzechowiec, a jeszcze wcześniej barak z pustaków, gdzie kiedyś koczowali dzicy ludzie. Spotkałem ich kiedyś niechcący, gdy zaniechałem wyprawy wgłąb miasta. Częstowali mnie historią o czasie, którego nie ma i szampańskimi delicjami na plastikowych talerzykach. Nużąca słodycz. Teraz kiedy przychodzę tam na spacer z psem, ziemia wygląda jak poligon do niczego. Bo o tej porze roku nawet czas nie potrafi się zatrzymać wśród gałęzi drzew. Szczęśliwe choinki zadowalając się tymczasowością chowają się po domach. Podobno obok budują dom wariatów, a przestrzeń nie sprzeciwia się nie buntuje, nawet nie krzyczy. Ostatecznie to miejsce nadal jest dla wszystkich. Wystarczy wybrać gdzie.

środa, 19 grudnia 2012

Moja apologia

Pokusa bycia niepodobnym do nikogo jest największym niebezpieczeństwem artysty, sparafrazowałem trochę Camusa ale myślę że poczciwy Francuz nie miałby mi tego za złe, tym bardziej gdy czynię to w dobrej wierze żyjąc przecież w zjednoczonej Europie. Powtarzam często tą kwestię młodym adeptom sztuki fotograficznej i sztuk wszelkiej innej maści, ludziom którzy są jeszcze przekonani że to właśnie oni wymyślą awangardę. Tym czasem ja choć młody duchem jako artysta wchodzę w wiek dojrzały, a oglądając się czasem wstecz dochodzę do wniosku, że mi nikt takich rad nie udzielał. Nikt mnie ani nie namaścił, z żadnej "stajni" nie jestem. Ale czy aby na pewno? Pamiętam stwierdzenie Jerzego Olka, który w czasie jednego ze swoich wykładów z Historii Fotografii Współczesnej bodajże, wypowiedział to memento które utkwiło mi w pamięci "Zastanówcie się już teraz gdzie z tym co robicie będziecie za 10 lat" i cóż? Jestem tu gdzie jestem, a te moje cztery ściany... nie są jeszcze obiecanym piekłem. Kilkukrotnie spotkałem się ze stwierdzeniem, że z racji skończonej ASP w Poznaniu jestem skażony, konceptualizmem. Nigdy nie było to jedynie stwierdzenie faktu, a zawsze zarzut. Po raz ostatni padł on w korespondencji z Marianem Schmidtem, w którą wdałem się po tym gdy Ten zaprosił mnie do grona sowich znajomych na facebooku. Nie wiedziałem wtedy jeszcze, że to taki zabieg pijarowski. Wydawało mi się że jeśli ktoś po dziesięciu latach mnie pamięta, to może mamy sobie coś do powiedzenia ale okazało się że nie. W toku rozwlekłej korespondencji w efekcie której zamieściłem na facebooku swoje prace (później zorientowałem się że to ryzykowne, bo też kontekst w jakim są udostępniane bywał dwuznaczny), nagabując było nie było swego nauczyciela, człowieka rozległej wiedzy o wysokiej kulturze, otrzymałem odpowiedź:"wole nie komentować twoich zdjęć ponieważ wybrałeś kierunek w fotografii, którego nie czuje. To co uczę jest daleko od tego co robisz. Nie mogę skondensować w kilku zdań to co przekazuje w ciągu dwóch lat. Poczekaj parę lat aż wyjdzie moja książka o fotografii." Zgłupiałem... Spodziewałem się jakiegoś konkretu, a tu okazuje się że powinienem wrócić do szkoły. Jest mnóstwo rzeczy w sztuce których nie czuję, ale staram się przynajmniej zrozumieć, ustosunkować jakoś... może to błąd? Pamiętam w jakiej atmosferze Marian Schmidt rezygnował z gościnnych wykładów na Fotografii w Poznaniu. Krążyło potem stwierdzenie które ponoć padło z jego ust, o tym że ma dość wyciągania studentów ASP z okowów awangardy. Cóż nikt jednoznacznie nam nie powiedział, że awangarda już była. Ale też już kończąc studia byłem pewien, że bez sensu będzie utkwić gdzieś między Bressonem a Salgado. Pewne rzeczy trudno przeskoczyć. Parę lat potem brałem udział w projekcie, w którym dzieci z beskidzkich wsi Jasionka i Krzywa, fotografowały rozdanymi im kilszowymi kompaktami swoją rzeczywistość. Spędziłem razem z nimi trochę czasu pokazując, razem z Pawłem Kulą trochę zagadek związanych ze światłoczułością i camera obscura. Plonem tych działań był album wydany nakładem wydawnictwa Czarne, ze wstępem Andrzeja Stasiuka. Piotr Janowski który koordynował projekt, odwalił kawał dobrej roboty. Kiedy po warsztatach oglądaliśmy na rzutniku powstałe fotografie, byliśmy pod wrażeniem ich przemyślanych kompozycji i dynamicznych kadrów. Taką świeżość spojrzenia i radość fotografowania znałem jedynie z wczesnych fotografii Lartiguea. Bo to co na zdjęciach najbardziej uderzało, to radość odkrywania świata. Janowski stwierdził wtedy, że nie ma po co już robić zdjęć. Jako fotograf prasowy miał z pewnością świadomość, że komfort publikacji zdjęć w kontekście w jakim robił je autor to niezwykle rzadka sytuacja. Ale dzieci nie musiały o tym myśleć, bawiły się to wszystko. Skąd więc wzięła się harmonia ich pracy? Być może istniej coś takiego jak genetycznie zakodowana i w toku ewolucji kulturowej utrwalona pamięć obrazów? W tym roku zobaczyłem znowu prace dzieci z beskidzkich wsi. Buszując po internecie natrafiłem na informacje o wystawie w Zamku Ujazdowskim - POSTDOKUMENT. Świat nie przedstawiony. Dokumenty polskiej transformacji po 1989 roku. Jakie to zabawne pomyślałem w pierwszej chwili, że przemiany ustrojowe w Polsce dokumentowały też dzieci. Jednak prawda okazała się mniej wesoła, z informacji na stronie wynikało bowiem że autorem fotografii jest Piotr Janowski. Stało się to wbrew jego woli bo kurator wystawy Adam Mazur uznał, że Janowski jako autor projektu jest w pewnym sensie autorem zdjęć. Nie po raz pierwszy okazało się jak łatwo manipulować obrazem, szkoda tylko że stało się to pod szyldem szanowanej instytucji sztuki. Szkoda również że chcąc wygenerować nowe oblicze dokumentalizmu, u podstaw tego działania leży brak rzetelności opisu. Ale krytyk jest przecież twórcą, wychwytuje z rzeczywistości fakty, interpretuje po swojemu i nadaje im właściwą(?) rangę. Pamiętam że istotnym wymiarem akcji warsztatowej w Beskidach była możliwość pokazania dzieciom, że może przez fotografię są w stanie wyrwać się z zaklętego kręgu po pegeerowskiej rzeczywistości w Świat. Ale w jaki?
Być może właśnie z powyższych przyczyn nie chciałem zajmować się dokumentem, konceptualizm jako ucieczka od rzeczywistości też mi nie pasował... Dziś kiedy zastanawiam się na ile te decyzje były świadome, a na ile wynikały może z braku zdecydowania, zaczynam domyślać się że u podstaw leży brak zgody na kompromis. A to z pewnością zasługa nie żyjącego już Zbyszka Trzeciakowskiego. W każdym razie kończąc studia temat Foxa Talbota wiedziałem niewiele, dzisiaj ślęcząc nad opasłym tomem Larrego Schaffa "The Photographic Art of William Henry Fox Talbot" wiem już trochę więcej, ale też dużo bardziej zaczynam cenić sobie to czego się mogę domyślać, bez konieczności weryfikacji. Fragment "Fragmentu Apokryficznej Ewangelii" Borgesa Błogosławieni którzy zachowują w pamięci słowa Wergiliusza, czy Chrystusa albowiem one dadzą światło ich dniom zapamiętałem dawno temu i nie pamiętam też od kiedy cudze słowa stały się po części moją religią, czy lekarstwem na szaleństwo.
I co dalej?
Kilka dni temu raptem, może tydzień jak zniknęły spod powiek obrazy przewiezione z Miesiąca Fotografii w Bratysławie. Może zniknęły spod powiek ale znowu osadziły się gdzieś głębiej i spokojnie spoczęły obok innych. Również obraz samej Bratysławy podzielił ten sam los. Niknące w nieostrościach deszczu na szybach góry gdy bus wjeżdżał do miasta, zupełnie jakby miasto skromnie schowało się ustępując miejsca obrazom ukrytym w przestrzeniach galerii. Ale już później gdy z bliższej perspektywy ulic uderzył widok jeszcze zielonych platanów, można było przeczuć, czy domyśleć się że to narasta. A potem tylko pojedyncze migawki, osnute raczej wokół wydarzeń i ludzi, lekko tylko zanurzone w obrazie. Atmosfera późnej, nocnej dyskusji z Jarkiem Klupsiem, miała w sobie moc i energię fotografii które widzieliśmy w ciągu dnia, jednak smak pierwszego papierosa wypalonego w piwiarni(!) podczas rozmowy z Januszem Oleksą, już nijak nie chciał dać zamknąć się w płaskim obrazie, składał się z innej materii. Napisałbym było miło, ale zimną gdy za oknem biało zabrzmi to idiotycznie. Teraz kiedy minęło raptem kilka dni, może tydzień odkąd te obrazy zniknęły spod powiek, ćwiczę pamięć podróżując po ich powierzchniach. Wystawy trwają w umyśle. Wszystkie te czarno-białe, artefakty spotkań Lewisa Hinea pełne były czasu do których przylegały, a Ci ludzie z niemal niewidoczną na fotografiach pomącą maszyn, którzy rękoma wznosili Empire State Building mieli w sobie...
"Niestety , gdzieś się podziała dawna siła
I dawna wiara,
I dawna sztuka życia,
I dawne męstwo."
Jakaś zapomniana prawda, a może to światło tych postaci jak z obrazów Velazqueza, to coś co już jest po za czasem. Hine z pewnością nie katalogował rzeczywistości, wierzył że po przez fotografie jest w stanie ją zmienić. Ja nie mam takich ambicji,jestem nastawiony na trwanie, coś jak drzewo w zimie.
Pojechałem do Bratysławy na przegląd portfolio, miałem spotkać się z wybranymi kuratorami i krytykami z całego świata. Wprawdzie opłatę z przegląd wniosłem już w sierpniu, ale własna opieszałość sprawiła że zarejestrowałem się dopiero w październiku bodajże, w związku z tym nie miałem zbyt wielkiego wyboru spotkań z kuratorami. Z tych przydzielonych mi losowo dokonałem swojego wyboru i tak z ośmiu możliwych, doszło zaledwie do 4 rozmów. Ironia losu, żeby spotkać się z Kasią Majak i porozmawiać z Krzysztofem Jureckim, musiałem jechać aż do Bratysławy. Byłem pewien że nic z tego nie wyjdzie, nowe kontakty owszem, ale obietnice wystaw...
Tymczasem znalazłem się w 15 najlepszych http://vimeo.com/52838882, a potem na blogu Krzysztofa Jureckiego pojawił się tekst o moich pracach.
Tymczasem zima i czuję się jak martwa natura Joela Petera Witkina.

piątek, 21 września 2012

Szukając Foxa Talbota

Dla Pawła i Marii, na pamiątkę spotkania które trwa...


W zamku Lacock Abey nigdy nie byłem, ale mogę wam powiedzieć gdzie leży Dopiewo. To zaledwie pół godziny drogi od Poznania, jadąc w kierunku zachodnim. Taka wioska satelita Poznania, której większość mieszkańców jak przypuszczam; albo jakbym chciał pewnie wyjechała do Niemiec albo co dzień dojeżdża do pracy do Poznania. Obok biegnie kawałek autostrady więc aż chce się jechać dalej, najlepiej na zachód. Kilka ulic na krzyż, jakaś przychodnia, apteka i jeden market, który dla odmiany przywędrował tu z miasta. Jest też boisko i jakiś klub sportowy, którego ambicje kończą się na festynach i kiełbasce z grilla. Ile czasu mieszkali tam Paweł z Marią tego nie wiem, oni też dojeżdżali do miasta ale czy co dzień? Nie wiem, nie interesowałem się. Odwiedziłem ich tam kilka razy, kiedyś nawet przyjechałem z rowerem po to by rozejrzeć się po okolicy, która z pewnością jest bardziej malownicza niż sama miejscowość, bo wisie obok miasta kompletnie nie mają klimatu wsi. Dom w którym mieszkali, który wynajmowali nie był zbyt okazały. Parterowy budynek z początku XX wieku ze strychem, obok domu niewielki budynek gospodarczy, a za nim zapuszczony sad. Nieraz mijając takie miejsca widziałem jak ciężarne owocem gałęzie owocowych drzew pękają pod nadmiarem tego zbytecznego już gestu, pewnie z tym sadem było podobnie chociaż żadnej jesieni tam nie pamiętam. Większość ludzi mieszkających w takich satelickich wioskach nie żyje już z ziemi, Ci ze wsi uciekają do miasta, a Ci z miasta w odwrotnym kierunku. Domy niegdyś będące dorobkiem życia i dumą, podupadają stojąc nierzadko puste bo sprawy spadkowe ciągną się latami. Bywa że znajdą się amatorzy by wynająć coś takiego, jacyś outsiderzy, albo artyści. Skąd Paweł z Marią, dowiedzieli się o tym miejscu? Nie wiem, nie interesowałem się. Zazwyczaj zbyt wieloma spawami nie interesuje się, wolę snuć przypuszczenia i nużyć wyobraźnię. Pewnie robię to dla zabicia...nie czasu bo go szanuję, ale dla zabicia wyobraźni bo mam jej w nadmiarze. Wynajmowali właściwie pół domu, drugie pół zawalone było rzeczami po przodkach właścicieli. Ale dziwnego odkrycia dokonaliśmy na poddaszu budynku gospodarczego, nie pamiętam już dlaczego zdecydowaliśmy się w ogóle tam zaglądać. Niektórzy moi znajomi podobnie jak i ja również, mamy ten dziwny zwyczaj oswajania miejsc w których przebywamy. Samo takie oswajanie przestrzeni nie jest nawet niczym wyjątkowym w pewnym sensie to rodzaj atawizmu, coś jakby nieszkodliwie wynaturzona forma moszczenia sobie legowiska dla przestrzeni mentalnej. W każdym razie przystawiliśmy drabinę do małych drzwiczek na poddasze, być może dlatego że stała obok,a że kłódki żadnej nie było więc poczuliśmy się zaproszeni. Pamiętam opowieści Pawła i Marii, o snach o kimś kto kiedyś tam mieszał i od dawna nie żyje. Trudno mi powiedzieć czy były profetyczne, czy przydarzyły się już po tym odkryciu. Otwartym na tajemnicę tego typu przygody przytrafiają się nie rzadko. Gdy tam weszliśmy pod grubą warstwą kurzu, leżał bezmiar obecności w postaci przedmiotów wszelkiej użyteczności i kompletnie nieprzydatnych lecz ważnych. Kiedyś na wsiach, częściej niż w mieście zużytych przedmiotów nie wyrzucało się, kiedyś też te przedmioty miały większą żywotność i towarzyszyły rodzinom przez pokolenie. Trudno było by lekkomyślnie pozbyć się żelazka z duszą, które obok swojej ma też duszę po babci. Komórki i poddasza starych domów pełne są pamięci przedmiotów - milczących świadków. Jeśli nawet takie żelazko po babci lądowało gdzieś porzucone obok chałupy, ziemia powoli i z godnością przyjmowała je, jakby celebrując pamięć tym dziwnym obrzędem. Na tym zapomnianym poddaszu w kartonach, czy walizkach; z jakiegoś powodu pamięć pozbyła się szczegółów, znaleźliśmy bardzo osobiste przedmioty. Listy, chyba kartki pocztowe i pewnie też zdjęcia - ludzi z przeszłości na fotografiach, które nagle jakby ożyły pod spojrzeniem, bo życie starych fotografii karmi się pamięcią kogokolwiek kogo pociąga przemijanie. Wydaje mi się że wizyta tam trwała całą wieczność. Wydaje mi się też ,że wycofaliśmy się stamtąd raczej niż wyszliśmy a opuszczając to miejsce poczułem gwałtowną potrzebę oswojenia sytuacji, albo przeciwnie wykonania jakiegoś rytuału żeby ja zapamiętać. Chciałem natychmiast zrobić zdjęcie. Temat choć nieuświadomiony jeszcze pojawił się już po podstawieniu drabiny pod budynek obok domu. Coś się zaczęło dziać w głowie, uruchomiły się jakieś połączenia które wychwyciły detale z rzeczywistości, potrzeba było jednak czasu by obraz wyłonił się z chaosu pamięci.


Fox Talbot rzadko fotografował ludzi, przypuszcza się że powodem tego była niedoskonałość techniki którą opracował i udoskonalał. Kalotypowy negatyw bywał kapryśny i wymagał długich czasów ekspozycji. Czasem wydaje mi się że powody dla których częściej sięgał po inne tematy, głownie krajobraz i architekturę były zupełnie inne... Szczęśliwie ludzka ruchliwość była nieadekwatna do jego procesu. Tym bardziej te z jego fotografii na których jest obecny człowiek zapadają w pamięć, zapadają w wieczność. Portret żony, partia szachów to sceny które uznał za ważne, to sytuacje które muszą trwać wiecznie. Paradoksalnie on sam obok portretu sylwetkowego, najbardziej rozpoznawalny jest na fotografii wykonanej w technice jego konkurenta Daguerre'a.
Skoro drabina stała już pod budynkiem reszta w pewnym sensie była już oczywistością.
Pawłowi i Marii nie musiałem wyjaśniać jaki mam plan, w tajemniczy czy oczywisty sposób mój zamiar stał się dla nich jasny. Pozostało tylko przygotować Zeiss Ikontę: statyw, samowyzwalacz i cała ta dziwna i czasem nużąca celebra, choć w tym wypadku jednak dziwnie uzasadniona.


Naświetliłem raz ale tego było mało, nie można było przecież sprawdzić czy udało się, czy wyszło, czy naświetliło się jak powinno. Niczym zaklęcie po trzykroć powtórzyłem czynność, po to by mieć pewność. Może po to by odczynić i odpędzić duchy obudzone na poddaszu? Nie mogłem wtedy przypuszczać, że próbując oswoić dziwne obecności przodków domu w Dopiewie, obudzę inne obecności gotowe by ożywić się w magii fotografii.
Z pewnością minęło sporo czasu nim negatyw dojrzał do tego by go wywołać. Możliwe też że nie do końca pamiętałem co wywołuję kiedy wreszcie się do tego zabrałem. Próbuję sobie bezskutecznie przypomnieć co czułem kiedy po wszystkich procesach rozwinąłem film by go wysuszyć. Na negatywie zobaczyłem to coś, a przesiąknięty pamięcią sytuacji naświetlania nie mogłem uwierzyć w nic innego, niż w to że ujawnił mi się duch Foxa Talbota. Nigdy nie wiadomo co się obudzi, kiedy grzebać będziemy w pamięci która nas nie dotyczy. I choć dziś wiem że tego wiosennego dnia, a był to chyba kwiecień jak powszechnie wiadomo Najokrutniejszy miesiąc, który wyciąga gałęzie bzu spod ziemi, miesza wspomnienie z pożądaniem, niepokoi wiosennym deszczem zdrętwiałe korzenie. Tego wiosennego dnia więc wiał jak zwykle o tej porze roku silny wiatr, który poruszył jałowiec stojący w pobliżu ustawionego na statywie aparatu i ten jałowiec, zwyczajnie wiatrem poruszony wszedł w kadr. Jednak kiedy rozwijałem film do suszenia i oglądałem pod światłem lampy w łazience widziałem na negatywie ducha... ducha Foxa Talbota. Pamiętam to jak dziś, niby miał kamienną twarz, ale uśmiechał się... może nawet coś mówił...nie pamiętam.






wtorek, 11 września 2012

Bydgoszcz Fotogeniczna

Ta historia zaczyna się w roku 2001 po moim powrocie z Poznania do Bydgoszczy. Ten powrót można traktować umownie, z perspektywy czasu zaczynam się zastanawiać czy kiedykolwiek z Bydgoszczy wyjechałem... Tak czy inaczej po roku 2001 pojawiłem się w Bydgoszczy w trybie stacjonarnym. Wtedy też zacząłem ponownie fotografować miasto, a po jakimś czasie mając już szkic tematu w postaci fotografii postanowiłem nazwać swoje działania i tak zaczęła się Bydgoszcz Fotogeniczna. Opisałem to tak:
"Od końca roku 2001 realizuję projekt dokumentacji fotograficznej krajobrazu Bydgoszczy i okolic. Szczególny nacisk kładę na rejestrację zabytków trwale wpisanych w pejzaż, uwzględniając również zmiany wynikające z intensywnego rozwoju naszego miasta. W polu moich fotograficznych eksploracji znajdują się również obiekty przyrodnicze: Drzewostan byłej nekropoli ewangelickiej – Park Witosa, Rezerwat Cisów Staropolskich – Wierzchlas, Naturalny drzewostan lasu mieszanego – Rezerwat Płutowo. Od dłuższego czasu stosuję niemal wyłącznie wielki format negatywów oraz techniki bromosrebrowe i muszę zauważyć, nie będąc odosobnionym w tym stwierdzeniu, że aura wiarygodności jest jakby przypisana takim fotografiom. Zadanie to jest niezwykle żmudne i pracochłonne, stosowanie rygorystycznych zasad związanych z użyciem odpowiedniego sprzętu i technik fotograficznych z XIX wieku przysparza wielu problemów, które jednak przekładam na ciągłe doskonalenie mojego warsztatu.
Inspiracją do realizacji projektu są wcześniej prowadzone misje fotograficzne o podobnym charakterze. W latach 1983-87 na zlecanie Urzędu do Spraw Zagospodarowania Przestrzennego i Regionalnego (D.A.T.A.R.) podjęto zakrojoną na dużą skalę akcję mającą na celu dokumentację krajobrazu Francji, ulegającego gwałtownym przeobrażeniom na skutek industrializacji. Otrzymany w ten sposób materiał wizualny obok wartości artystycznych był ważnym odniesieniem dla dalszych prac nad projektowaniem kształtu przestrzeni w procesie zagospodarowania. Godne uwagi są również lokalne akcje dokumentacyjne przeprowadzone w Polsce w latach 80. XX wieku, czy realizowane w dwudziestoleciu międzywojennym większe przedsięwzięcia podejmowane na zlecenie władz. Powołany w 1919 roku Referat Turystyki przy Ministerstwie Robót Publicznych podjął zakrojoną na szeroką skalę akcję gromadzenia fotografii krajoznawczej.
Zjawiskowość fotografii była tematem wielu prac teoretyków i historyków fotografii, antropologów kultury czy socjologów. Fakt że temat ten był opracowywany na tak rozmaitych płaszczyznach jasno wskazuje na złożoność zjawiska. W wielu opracowaniach bywa przywoływany termin magii, w odniesieniu do tych fotografii które w sposób szczególny przekazują nam prawdę o jakiejś osobie czy miejscu. Przedmioty magiczne są obdarzone szczególną mocą, a w przypadku zdjęć wiąże się to z możliwością wywoływania emocji przez osoby i miejsca istniejące w momencie oglądania tylko na fotografii. Vilėm Flusser , filozof i teoretyk fotografii określa ten rodzaj oddziaływania magią drugiego stopnia, gdzie skanujące powierzchnię zdjęcia oczy przywracają rytualny, cykliczny charakter pojmowania czasu.
Termin fotogeniczności pojawił się u zarania fotografii i używany jest w odniesieniu do tych zdjęć które w sposób szczególny ukazują rzeczywistość nie odartą z aury czasu i miejsca. Edgar Morin, francuski kulturoznawca stwierdza że w pojęciu fotogenii danego obrazu kryję się fakt iż wyposażamy fotografię we właściwości jakie ma nasz umysł, z jego świadomością i wrażliwością. Rozmaitość sposobów wykorzystania obrazów w pejzażu postmodernistycznym, doprowadzi być może do momentu w którym fotografia oparta na technice srebrowej uzyska nowy wymiar i autonomiczność. Stosowanie w chwili obecnej camera obscura i wielkoformatowych aparatów z początku XX wieku, nie jest więc jedynie zabiegiem estetycznym, ale jedną z możliwych dróg rozwoju kultury obrazu, obok innych medialnych propozycji. Głównym celem projektu „Bydgoszcz fotogeniczna” jest dokumentacja miasta i okolic, z uwzględnieniem intensywnie zachodzących zmian w krajobrazie. Tematem fotografii stałyby się więc zabytki architektury, budowle zagrożone likwidacją, jak i nowe obiekty pojawiające się w bydgoskim pejzażu."


Ulica Ludwikowo, w czasie budowy obwodnicy łączącej ją z ulicą Kamienną c.a. 2004 r.

Od momentu kiedy powstał powyższy tekst i towarzyszące mu fotografie upłynęło sporo czasu. Specyficzne określenie porządkujące i zagęszczające czas - dekada, pozwala na bezpieczny dystans. Ostatnio usiłowałem przypomnieć sobie tytuły filmów które kiedyś wydawały mi się ważne ale zapomniałem dlaczego. Po ponownym obejrzeniu jednego z nich - "Trzech dni Kondora" Sydneya Pollacka (Robert Redford!!!) przypomniało mi się że kluczem do ich istotnej dla mnie recepcji, jest fotografia. Obok znakomitej i wciągającej fabuły w pamięci utkwiła mi jednak najbardziej bohaterka filmu wykreowana przez Faye Dunaway, była piękna i... robiła zdjęcia. W zagęszczonej akcji wątek romansu to tylko epizod, bohaterowie nie mogą się poznać, nie ma na to czasu. Sondują się wzajemnie, oboje mając stosunkowo nie wiele danych o drugiej osobie. Joe Turner (Robert Redford) jest w lepszej sytuacji, przebywając w mieszkaniu swojej ekranowej partnerki i zakładniczki poznaje jej przestrzeń. Fotografie które ogląda na ścianach sutereny mogą coś wyjaśnić, mogą być wskazówką, choć wyrwane z kontekstu pozostają tylko obrazami za nim nie dowiadujemy się "Czasami... robię zdjęcie które nie jest w moim stylu. Ale robię je, więc jest moje" i znowu nic nie wiemy! Czy fotografie które widzimy na ścianach są właśnie tymi? Kiedy nie jest podany kontekst obrazu pozostajemy sami, rzuceni na pastwę własnych doświadczeń, a znaczenia unoszą się jak dziwny opar.

Bez tytułu c.a. 2006 r.

Ponownie wracam do swoich fotografii które odkrywam na nowo bo możliwe, że Czasami... robię zdjęcie które nie jest w moim stylu. Po latach miejsca w których powstawały prace zmieniły się, pozostało przywiązanie do... fotografii. Wiosną tego roku otrzymałem Stypendium Urzędu Miasta Bydgoszczy, na kontynuacje fotogenicznych, alchemicznych opowieści. W pierwszej chwili wydawało mi się, że powinienem wrócić do początkowych założeń projektu. Uzupełniłem braki sprzętowe i zabrałem się do pracy. Poważną lukę stanowiło jednak to co powstało wcześniej, a co z racji różnych uwarunkowań istniało tylko w formie negatywów. To trochę tak jakby nie istniało. Wykonanie odbitek zabrało sporo czasu, zbyt wiele by wykonać też te które powstały ostatnio. Na ile sprostałem stawianym sobie założeniom? Ten subiektywny dokument to obraz miejsca które znam, czy może znałem? Postanowiłem nie umieszczać precyzyjnych opisów - miasto to twór żywy. Kiedy czasem ponownie trafiam w miejsca które wydaje mi się że znam lub które fotografowałem, nie zawsze od razu dostrzegam zmiany. W szczegóły mogą obfitować wydarzenia, ale nie pamięć. Co innego fotografia ta potrafi ożyć pod uważnym spojrzeniem oglądającego, oczywiście tylko wtedy gdy damy sobie na to czas...

Bez tytułu c.a. 2004 r.

Bez tytułu c.a. 2004 r.

Bez tytułu c.a. 2006 r.

Bez tytułu c.a. 2006 r.

Bez tytułu c.a. 2006 r.

Epilog.
Gdyby dane mi było zamieszkać na zdjęciu pewnie wybrałbym to ostatnie.
Widzicie mnie?...
Właśnie znikam w chłodnym lesie na końcu ścieżki po lewej stronie kadru.




Obserwatorzy