Translate

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Happy New Year 2014


Still Life - Happy New Year 2014 - drawing a red wine, salt paper, contact print negativ 5 x 7 inch.



P.S.
Is not inverted negative :)

czwartek, 2 stycznia 2014

To nie jest rzeczywistość.

Nie co dzień zdarza się by absurd przenikał tak do świata, ale teraz kiedy próbuję dokonać jakiś podsumowań bo taki czas, to akurat przypomina mi się ta sytuacja. Wszystko się tak uroczo przenika... a ja co raz bardziej czuję się jak z obrazu Magritte, tylko fajkę zamieniłbym na rzeczywistość. Przed laty wszedłem w posiadanie europalety, jakieś prace wróciły na niej, z jakiejś wystawy i... tak już została - pasja zbieractwa. Pełniła w mieszkaniu różne funkcje; byle tylko nie zostać posądzoną o to że zawadza, co na 29 metrach kwadratowych jest możliwe. Europaletę postanowiłem z nadciągającym końcem roku sprzedać, właściwie zamierzałem ją wyrzucić, ale konsekwencją pasji zbieractwa może jest pomysłowość? Tak czy inaczej, zapakowałem więc paletę do samochodu i udałem się do najbliższego skupu spodziewając się otrzymać za nią według obowiązujących stawek jakieś 15 złotych, co w zupełności pokrywało koszty paliwa związane z dojazdem do skupu z powrotem już nie, ale to bez znaczenia. W tymże skupie, lawirując moim małym samochodzikiem miedzy ciężarówkami wypełnionymi złomem, odnalazłem w maleńkiej budce z okienkiem, sporych rozmiarów Panią, którą poinformowałem o chęci spieniężenia mojego surowca wtórnego. Pani poleciła czekać, a ja pospiesznie wróciłem do samochodu zaniepokojony faktem, że sam pojazd mógłby zostać potraktowany jak surowiec wtórny. Po chwili obok mnie nie wiadomo skąd wyrósł mężczyzna. Nie wiem czemu wydawało mi się że wyglądał trochę jak robot z Czarnoksiężnika z Krainy OZ, zrobiło się więc trochę bajkowo. Pan zabrał się do wypakowywania mojej europalety; skrupulatnie ją przy tym oglądając, jakby ważąc i mierząc przy tym wzrokiem, by te skomplikowane rytuały skwitować stwierdzeniem TO NIE JEST EUROPALETA ! Wygląda jak europaleta, ma wymiary europalety, waży tyle co europaleta, ale nie ma znaczka EUR. To zwykła przemysłówka Za paletę dostałem 6 złoty. A odjeżdżając ze skupu pomyślałem sobie, jakie to zabawne że postmodernistyczne cytaty spotkać dziś można w skupie surowców wtórnych, a pewnie w skupie runa leśnego i dziczyzny też; duch permanentnej symulacji unosi się nad wszystkim.

Tymczasem zima bez śniegu; to może też jest ponowoczesność, jakby jesień choć niby już nie i znowu coś udaje coś, albo się podszywa. Tropiąc tą rzeczywistość próbuję zmierzyć się z Symulatorem Lata na Wyspie Młyńskiej w Bydgoszczy; czyli wielką Truskawką. Na przykład wczoraj, ale zaraz przed wczoraj i kilka dni temu też kiedy wybrałem się doglądać truskawki, nie sposób było nie zastać przy niej grupy ludzi. Stojąc niemal centralnie na środku trawnika, w świąteczny czas stała się obiektem odwiedzin nie mniej popularnym niż stajenka ze żłóbkiem na Starym Rynku. Przez ten krótki czas kiedy doświadczaliśmy obecności śniegu, na wyspie ze wszystkich stron do truskawki prowadziły wydeptane w śniegu ścieżki; kiedy obserwowało się ją z dala widać było jak ludzie zatrzymują się i fotografują. Bo truskawka w jesienno zimowym pejzażu nie może wzbudzać negatywnych emocji, nawet jeśli prototypowy Symulator lata nie zawsze działa, zwłaszcza kiedy miasto wyłącza prąd akurat od rzędu lamp, z których jedna pięknie podświetlała truskawkę od dołu. Do truskawki chociaż ciemna można podejść i zobaczyć ją z bliska, w przeciwieństwie do mieniącego się kolorami Mostu Uniwersyteckiego, który choć widoczny z daleka dla osób bez samochodu już dostępny nie jest. To taka pradawna strategia, że piękno jest bardziej piękne kiedy jest odległe i nieosiągalne. Truskawka jest zwykła i pospolita i pewnie dlatego może podobać się każdemu, chociaż z drugiej strony jej czerwony kolor może mieć wymiar polityczny, kto wie? Truskawka jest z tego samego worka, co aniołki na ulicy Mostowej, czy projekcja gwiazdek na Ratuszu jest banalna i to nie zarzut, bo doskonale wpisuje się w koncepcję polityki estetycznej miasta; chociaż ta ma tak wielu ojców że nikt do efektu końcowego przyznawać się nie musi. Ale truskawka jest absurdalna, truskawka swoimi rozmiarami zdaje się krzyczeć z daleka TO NIE JEST RZECZYWISTOŚĆ i tutaj może tlić się potencjalne niebezpieczeństwo truskawki - niejednoznaczność. Czy truskawka jest sztuką? Rozumując czysto urzędowo nie ma co do tego wątpliwości, autorka - Karolina Suchodolska otrzymała na realizację zadania stypendium artystyczne Miasta Bydgoszczy. Za te pieniądze zrealizowała zadanie publiczne. Truskawka stanęła na Wyspie Młyńskiej, akurat kiedy miasto żyło festiwalem Camerimage. Był to doskonały moment na promocję i Truskawki i miasta, jednak nikt nie wykorzystał tego w sposób należyty, a szkoda bo truskawka ma sobie duży potencjał medialny i nie siląc się jest zauważalna, wystarczyło tylko nagłośnić. Zastanawiam się ilu odbiorców miała w tak zwanym międzyczasie, brama z potłuczonych lusterek Joanny Rajkowskiej? Swego czasu pisano o tej instalacji sporo, bo przecież Joanna Rajkowska wielką artystka jest i to w dodatku z Bydgoszczy. Zadziwiające jest z jak dużym zainteresowaniem spotkała się Truskawka , przy stosunkowo żadnym nagłośnieniu medialnym? Miasto bowiem nie chwali się wydarzeniami których budżet jest niższy niż te 100 tysięcy, dużo częściej też chwalimy się jak ktoś z daleka do nas przyjedzie i coś zrobi. Po co nagłaśniać coś, co ktoś robi jakby prywatnie , choć za państwowe pieniądze, ale raczej z pasji niż służbowo? Mogło by się bowiem okazać że Ci którzy zajmują się tym służbowo, aż tak bardzo się nie starają. A nawet jeśli się starają to Ich poczucie estetyki nie schlebia aż tak wielu gustom, choć nagłośnienie medialne nieodmiennie im towarzyszy. Może nawet nie chodzi o brak poczucia estetyki, ale raczej brak wyobraźni przytemperowany przez urzędniczy magiel. Cóż kiedy wszystkie imprezy miejskie są udane, bo się o nich mówi i pisze.

Ten tekst miał być osobistym podsumowaniem roku, tymczasem energia opisu poszła w sprawy bieżące, w dodatku doskonale zdaje sobie sprawę z tego że nie jestem obiektywny... cóż nigdy nie próbowałem nawet być. Sztuka w przestrzeni miejskiej to z pewnością termin uwielbiany przez politykę, bo to doskonała forma oręża w walce o tanią popularność, palące są zawsze te problemy które widać, a sztuki w przestrzeni miejskiej trudno nie zauważyć. Może to więc będzie pomysł na promocję Truskawki? Swoją drogą warto prześledzić co tylko przez ten rok działo się z "Tęczą" Julity Wójcik, albo historię rzeźby "Komm Frau" Jerzy Bohdana Szumczyka, choć zestawianie obu tych realizacji bezpieczne nie jest, bo pierwsza powstała na zlecenie, a druga nielegalnie; obie jednak funkcjonują w szerszej świadomości społecznej dzięki mediom. Ale to tak daleko od mojego podwórka, gdzie obok truskawki podoba mi się wiele innych rzeczy, czasem nawet tych o których szerzej wzmiankują media.

piątek, 13 grudnia 2013

Z radiem w tle...


Przekręcam potencjometr w prawo i... słyszę niedookreślony trzask, a zaraz potem to jednostajne buczenie, oko zielonej lampy mruży się, kręcę jeszcze anteną ferrytową, ustawiam tony niskie i wysokie; z buczenia powoli wydobywa się dźwięk: Czy Pan mnie słyszy? przypomina mi się jakieś słuchowisko radiowe, bo mogłem przecież jakieś kiedyś słyszeć Szpuuuuuuula... powtarzał aktor, a może to był jednak Teatr Telewizji? Wydaje mi się że pamiętam twarz aktora, ten głos... Uszu przecież nie można zamknąć, ale nawet kiedy zamykam oczy, widzę nadal ten dźwięk który wcale nie wygląda jak stare radio. Czy Pan mnie słyszy? bo takiego pytania byłbym się spodziewał po tym jak za sprawą radia zacząłem wchodzić w posiadanie historii, które swobodnie toczyły się wokół radia, a obrazy podążały za głosem. Buczenie trwało nadal że niby nadają jakąś audycję, choć tego nigdy do końca nie można być pewnym. Albo te punkty świetlne przypadkowe camera obscura, które radio emituje jakby mimochodem. Światło lamp wydostaje się przez otwory w tylnym panelu i za odbiornikiem, na ścianie trwa misterny teatr. Tu chodzi raczej o coś innego, chodzi przecież o to że jestem sentymentalnym idiotą, który wszedł w posiadanie starego radia lampowego z 1964 roku, o nazwie Unitra - Boston ( Tak!!! Żadnych skojarzeń ) i postanowił je odczynić.
Radio w domu pojawiło się na chwilę przed otwarciem Stanu Rzeczy, kiedy wysycenie radością fizycznego obcowania z fotografią; z przedmiotem metafizycznym jakim jest dla mnie fotografia, osiągało szczyt. Radio było dodatkiem który doskonale pasował do oprawy, ale fotografie były ważniejsze. Większość prac została już wtedy powieszona; rozpakowana i powieszona, bo ta kolejność jest bardzo ważna. Zamknięte w skrzyniach prace, były jak tajemnica która za chwilę zostanie ujawniona, a przestrzeń sal zamkowych jeszcze bardziej to podkreślała. Moment szczególny; zanim prace zawisły na ścianach, ustawiałem je i oglądałem ze wszystkich stron, bo te fotografie mają awers i rewers; jak każda dobra historia i nie potrafią skończyć się po zamknięciu oczu. Ten moment kiedy przed otwarciem wystawy, a już po przygotowaniu całej ekspozycji ponownie przeczytałem swój wstęp do katalogu i zwątpiłem?! O czym mogłem pisać nie widząc prac w rzeczywistości? O idei obrazu chyba, bo nie o nim samym a to olbrzymia różnica; diabeł tkwi w szczególe jak w Little Devils Dana Estabrooka


Reprodukcja pracy Dana Estabrooka z ekspozycji Stan rzeczy - widać głęboko cięte passepartout widoczne zwłaszcza w górnej części reprodukcji; efekt górnego oświetlenia. Eliptyczny, woskowany negatyw kalotypowy i jego półprzeźroczysty cień; w prawej dolnej części owalu negatywu. Nie jest widoczne, nie jest do ustalenia na podstawie reprodukcji pochodzenie śladów - kropek, otworów... na portretowanej postać - to ołówek!

Zazdroszczę Danowi Estabrookowi tego, że ołówek w jego rękach potrafi naśladować światło odkrywając formy jak te istniejące w naturze, potrafi stworzyć to czego ja mogę tylko poszukiwać w gotowych kształtach. Prawdziwie szatański Pencil of Nature. Tak jak teraz dopiero mógłbym wmawiać Wam to, że w gumach Jessecy Ferguson jest pył z księżyca, choć i bez tego nie przestają być magiczne. Przypominam sobie sytuacje, kiedy późnym wieczorem, rozstawiając dagerotypy Jarka Klupsia, wpadłem w przestrzeń lustrzanego odbicia i długo zastanawiałem się jak ustalić kolejność ekspozycji prac które powinno czytać się odwrotnie. Prace France Scully Osterman; te z serii Sleep prezentowały się świetnie oprawione, ja jednak nie mogę zapomnieć momentu kiedy wyciągałem je z czarnej teczki A 4 i obracając w dłoniach ubranych w białe rękawiczki, wstrzymywałem oddech, a już chwilę potem oglądałem odbitki stykowe Marka Ostermana.


Przygotowanie wystawy, na pierwszym planie fotografia Marka Ostermana - odbitka z negatywu kolodionowego na papierze solnym tonowanym złotem, dalej woskowane odbitki z kolodionowych negatywów France Scully Osterman i jeszcze dalej moje albuminowe odbitki, z negatywów rentgenowskich, luksografii fragmentów organicznych i fragmentów starych atlasów przyrodniczych potraktowanych również jak negatyw

To współistnienie obrazu-przedmiotu jest tu nierozerwalne, ale jak ma się do tempa transmisji innych obrazów współcześnie? Tak jak woda, gaz i prąd elektryczny na ledwie dostrzegalny ruch ręki z daleka docierają do naszych mieszkań, aby nas obsłużyć, tak będziemy zaopatrzeni w obrazy lub dźwięki, które na najdrobniejszy gest dłoni, niemal na nasze skinienie pojawią się, aby nas w identyczny sposób opuścić. Pisząc te słowa w roku 1936 Paul Valery, nie przewidział jednak momentu w którym gest dłoni powoli stanie się zbyteczny, a obrazy docierają do nas mimo to i jeszcze tylko w przypadku tych ślinie związanych z podłożem możemy jakoś decydować, czy chcemy je widzieć czy nie. Choć ciekawszy problem mogą dziś stanowić próby określenia kryteriów indywidualności twórcy, za co możemy podziękować Warholowi. (To wątek warty rozwinięcia.) Ale też nie kto inny jak Andy dał nam poznać jak ogromne znaczenie ma rzemiosło. Ilekroć myślę o sztuce mam problem z zebraniem myśli, sam ścierając się z materią miewam problemy w ustaleniu kolejności działania, chcąc osiągnąć zamierzony skutek. Tym bardziej doceniam tych którzy pracując w określonym medium, problemów z ustaleniem kolejności działania nie mają, być może dlatego ich prace potrafią zachować lekkość i anegdotę, jak to jest w przypadku Marka Ostermana.
Próbuję rozwikłać zagadkę fotografii Neighbor’s House Seen from Bathroom Window, 2008 Alana Greene, wiem o fotografii to że została wykonana metodą opracowaną przez Blanquart-Evrard’sa na podstawie procesu pozytywowego Bayarda, resztę dopowiada mi historia tych wszystkich byłych i przyszłych widoków z okna, od Nipca poczynając i... nie kończąc, i ciesząc się świadomością faktu że ostatnie słowo nie będzie należeć do mnie. A cały ten moment, którego ułamek zmaterializowałem na wspólnym zdjęciu wykonanym na dziedzińcu Zamku, będzie się teraz musiał dokonywać cały czas. Żegnajcie i Witajcie.


...a potem, na koniec projekcja filmu Pawła Kuli. W marmurowej sali kominkowej, w ścianach której znaleźć można kwarcowe amonity; jak muzeum historii naturalnej i ta notatka z obserwacji Słońca.

Radio też w pewnym sensie wynikało z fotografii; to moje przynajmniej. Wszedłem w jego posiadanie w Muzeum Fotografii w Bydgoszczy. Kustosz - Arek Blachowski podarował mi je, nie do końca może świadom tego, że radio zawiera w środku historie. W zamian obiecałem aparat, fotografię bohatera i historię; może dlatego że w Muzeum widać tylko przedmioty? Kiedy oczarowany obiektem, który dodatkowo okazał się sprawny, a podczas demonstracji za sprawą piosenki odtwarzanej z trzeszczącej płyty przeniósł mnie i kustosza w Zaczarowany bajek świat, a wszystko po to bym ja, chwilę później przeniósł radio do samochodu i... prosto do domu. Choć może jednak kustosz był świadom, bo kiedy z radia popłynęły pierwsze słowa piosenki, odwrócił się do mnie i nie co zdziwiony powiedział Ta muzyka mieszka w środku
Radio mimo tych niespodzianek i historii metafizyczne nie jest, a fotografia... chyba jednak jest szalona, to wszystko przez te oczekiwania... Oczekiwania wobec obrazu, czy wobec historii, a może wobec ludzi? A jeśli wobec obrazu, to jakiego? Czy kryterium materialności ma jeszcze znaczenie? Moje obawy do reszty rozwiewa Archiwum Zoologiczne Wiesława Rakowskiego; ten obraz musiał być zamknięty w przedmiocie by ponownie można było go odczytać i nadać mu ten kształt który znaleźliśmy na wystawie, może trochę przeskalowany, ale czy przez to nie bardziej surrealistyczny?


Wiesław Rakowski - Archiwum zoologiczne - reprodukcja fotografii z fragmentu ekspozycji

Tak jak fotografie Klementyny Zubrzyckiej, które zaprezentował Marek Janczyk na seminarium wokół idei biennale. Pasja zawsze wykracza po za czas i może nośnik nie ma tu znaczenia, choć ja z pewnością już tego nie stwierdzę i to poniekąd cieszy. Opisanie, skatalogowanie, czy wreszcie uznanie fotografii powstającej w sferze prywatności za obiekt muzealny jest wyjątkowym momentem dla Muzeum Historii Fotografii w Krakowie. Fakt że tak się dzieje teraz potwierdza głęboką rolę fotografii jako świadectwa historii nowożytnej; zwłaszcza zbiory prywatne poddawane mniej rygorystycznym porządkom, nużącej typologii, czy innym ćwiczeniom stylistycznym, stanowią doskonały materiał do badań nad rzeczywistością. Ale to już po nas.
Radio po powrocie z Biennale cieszyło jak dawniej, urok przedmiotu nie osłabł i mój stosunek do obrazu nie uległ zmianie, nadal wolę tysiąc historii zaklętych w jednym obrazie który czerpie swoją siłę z metafizyki; niż historię tysiąca obrazów których nie mogę, czy nie chcę dotknąć, czy może wreszcie przeczytać... Bo może kiedyś urwane fragmenty plików jpeg, w kodzie html, przemawiać będą do kogoś jak jak metafizyczny kod, ale już na szczęście nie do mnie.

P.S.
Od dłuższego już czasu usiłuje przypomnieć sobie, nie używając przy tym wyszukiwarki nazwisko reżysera filmu z którego wziąłem tytuł posta. Sting w nim grał i był młody; motyw drogi też był no i radio lampowe, zupełnie inny dźwięk. A oglądałem go kiedyś w telewizji, ma się rozumieć analogowej.

poniedziałek, 14 października 2013

I to narasta...

Już od pewnego czasu jeżdżę w to miejsce na obrzeżach miasta doglądać pewnego starego drzewa. Drzewo to olcha, stanowisko systematyczne określiłem już po tej mojej ingerencji; ale czy kiedy zobaczyłem je po raz pierwszy widniał na nim wymalowany różowym sprayem symbol X? Tego nie pamiętam i chociaż teraz wiem, że tak oznacza się drzewa przeznaczone do wycinki fakt, że wtedy o tym nie wiedziałem niczego właściwie nie zmienia. Ma olcha wielką dziuplę w której dorosły człowiek z łatwością schowałby się przed deszczem; żyje tam tysiące stworzeń których stanowiska systematyczne nie są mi znane i nie przeszkadza mi ten brak, czy też zanik wiedzy. Może właściwie nie jest to dziupla tylko rodzaj jakiejś choroby, która tocząc drzewo osłabiła pień tworząc w nim tą dziwną przestrzeń, czeluść jakby wypaloną, pokrytą próchnem, pajęczynami... martwą, a jakby żywą. Choroby też bywają twórcze. Dziupla którejś sierpniowej nocy została zamieniona na camera obscura: dużo czarnej folii i blaszka ze zdjęciem - ferrotypia (do wewnątrz obrazem) - portret kobiety i mężczyzny, upozowani ona stoi, on siedzi i oboje nie potrafią się uśmiechnąć. Wewnątrz pnia włożony wycięty z roli kawał papieru fotograficznego; wilgotniał w nocy kiedy układałem go wewnątrz dziupli i pozostawiałem na nadchodzący dzień; zapomniałem dodać że w ferrotypii była maleńka dziurka i bynajmniej nie był to ubytek, ale świadome działanie wywierciłem ją żeby naświetlić.


Ferrotyp (z otworkiem pod pachą stojącej pani) + liść z tej Olchy

Nie czuwałem przy drzewie do rana, wróciłem do domu i popołudniu przyjechałem ponownie odkleić otworek i dokonać ekspozycji, a potem wieczorem wyciągnąć ten kawał wilgotnego papieru z niewidzialnym obrazem i zdziwionymi owadami chodzącymi po jego powierzchni, by już później z niecierpliwością rozwinąć go w ciemni i poddać obróbce; a wszystko to po to by dowiedzieć się co oni widzieli... Co widzieli ludzie z portretu? Na pewno więcej niż zostało na papierze, na którym światło kapryśnie wybrało sobie miejsce: ciemne plamy w prawym dolnym rogu; znaczące kształt drzew w parku nad kanałem i alejkę gdzie od lat jeżdżę rowerem, a w przeciwległym lewym górnym rogu cień zaświetlenia nie wiadomo skąd.



Negatyw z drzewa - fotografia otworkowa 80 x 80 cm, papier fotograficzny.

Jednak kiedy było już po całym procesie, folia z ferrotypią pozostała na drzewie, a ja wracałem tam niby doglądać czy nikt nie zniszczył tego "aparatu" i nie ukradł mi "obiektywu", a potem zdałem sobie sprawę, że ilekroć zjawiałem się na miejscu obok olchy i odsłaniałem folię wyobrażałem sobie że wyraz twarzy ludzi z portretu się zmieni, zadziwieni odwróconą projekcją na ścianach zmurszałego pnia uśmiechną się może trochę i ten uśmiech tak im zostanie...

I tak jadę znowu rowerem przez miasto i wzrok mimowolnie odnajduje kadry już znane, albo wcześniej zamrożone w czasie... Tamto zniknęło, to znowu się pojawiło; krajobraz jak kalejdoskop. Jeśli więc zatrzymuje się na chwilę nad kanałem i przyglądam się zmarszczonej właśnie tafli wody widząc w niej zniekształcony pejzaż jesieni i siebie samego jak w krzywym zwierciadle, wiem już że nie ma i nie było nigdy żadnego lustra z pamięcią bo lustro jest tylko marzeniem, pragnieniem które się spełnia jak ten Ogród Luizy; ... którego nieistnienie zabija jak topór, zawieszony na tęczy pod gwarancją wizji... A te wszystkie niby kawałki rzeczywistości, przesiąknięte srebrem i nabrzmiałe znaczeniami rozpadną się... bo rzeczywistość nie znosi powtórzeń. A czas ocali tylko te elementy, których rzeczywistość dotychczas nie znała.

Obserwatorzy