Translate

czwartek, 2 maja 2013

Zapominanie

Zachowywanie w pamięci obrazów to rodzaj klucza do naszej świadomości, czy też po prostu to co nas określa. Każdy z nas działa jak alter ego Borgesa, ów człowiek który z upływem lat zapełniał swój notatnik obrazami gór, prowincji, lasów i innych obiektów określających naszą przestrzeń; po to by u schyłku życia odkryć że ten zbiór krajobrazów jest mapą jego własnej twarzy. Ale współczesne obrazy są co raz rzadziej selektywnym wyborem tego co rzeczywiście istotne, są raczej katalogiem wszystkiego czyli w gruncie rzeczy niczego. Mnogość tych map zwyczajnie sprawia, że nie chce się tam zamieszkać. Co więcej; uczymy się zapominać fotografując, czas jaki poświęcamy na recepcję przestrzeni potrzebny do jej zapamiętania ustąpił miejsca kilku sekundom potrzebnym na rejestrację i ponowny odbiór.

Dziadek ze strony Matki przywiózł z wojny, którą przeszedł z Pierwszą Dywizją im. Tadeusza Kościuszki, parę medali, opowieści i piosenki. Jako dziecko słuchałem często tych historii: o tym jak po klęsce wrześniowej przetrzymywani w jakimś obozie przejściowym zjedli z kolegami psa, o synu pułku - chłopcu który przeszedł szlak bojowy wychowywany przez żołnierzy. Pamiętam opowieści o podziemnym szpitalu niemieckim ukrytym gdzieś na terenie Polski, pełnym szczurów żywiących się rannymi, skąd opuszczony na linie żołnierz wyciągnięty został jako szkielet. Te opowieści ciągle są żywe, a szczurów boję się do dziś. Nie ma żadnych zdjęć które uwiarygodniły by te opowieści, chociaż i tak je pamiętam, a wspomnienia wakacji spędzanych z dziadkiem i babcią nadal są żywe, słowa piosenek żołnierskich znam nie ze śpiewników ale z przekazu dziadka.

Dziadek ze strony Ojca przeszedł szlak bojowy z Armią generała Władysława Andersa, gdzieś na froncie kupił, a może zdobył mieszkowy aparat Kodaka mały i poręczny na klisze zwojowe, w skórzanym futerale rozprutym przez czas. Trafił do mnie jeszcze za nim zająłem się fotografią. Po tym dziadku mam też starą, ale sprawną maszynę do pisania i arytmometr wyprodukowany w niemieckim Wrocławiu. Sądzę że te pamiątki zgromadziłem licząc na to, że z przedmiotów wyczytam historię ich właściciela, niestety to się nie udało. Aparat Kodak został całkiem zniszczony przez przychodzące na świat kolejne wnuki, przypuszczalnie niszczyłem go też ja. Są też zdjęcia w albumie zrobionym przez uczniów jakiejś szkoły z Wałcza w czasach "polowania" na kombatantów, w albumie zatytułowanym "Kombatanckie pogwarki wnukom". Są tam zdjęcia z różnych etapów frontowych przygód dziadka, ale najbardziej lubię zdjęcie które nie znalazło się w tym albumie, a trafiło do mnie znacznie później. Przedstawia ono małpkę jak sądzę małą kapucynkę, sfotografowaną pod słońce na tle pierzastych chmur, pewnie gdzieś w Syrii, albo w Iraku. Małpka siedzi na drewnianym podeście, fotografowana jest z dołu, a że pod światło widać właściwie tylko kontur jej kształtu, od którego odcina się wyraźnie solidny łańcuch umocowany do pala poniżej podestu i zapewne do nogi tejże małpki. Dlaczego powstało to zdjęcie? Dlaczego na kolejnej klatce cennego przecież filmu, nie ma innego ujęcia dziadka wśród kaktusów, albo na tle wojskowej ciężarówki, czy polowego namiotu na pustyni? Może wtedy dziadek poczuł się jak turysta i na chwilę zapomniał o obowiązku zaświadczania po przez fotografię powagi walki za ojczyznę. Bo te zdjęcia jego dzieci zobaczyły dopiero w 1947 nawet fragmentarycznie nie pamiętając jak wyglądał, były zwyczajnie zbyt małe by zapamiętać jak dzielny harcerz ruszał w świat. Zdjęcia to jedyne trofea jakie dziadek przywiózł z wojny, jego wspomnień nigdy nie poznałem, a fotografie mówią wszystko i nic. Jako że sama fotografia jest pochodną tekstów technicznych, nasycić żywą historią może ją ponownie słowo, ale nie techniczne, słowo na innym poziomie abstrakcji odwołujące się do kultury w postaci mitu, symbolu, polityki czy wreszcie historii osobistej. Czy zatem rzeczywiście jeden obraz wart jest więcej niż tysiąc słów? W moim mieszkaniu w jakiejś szufladzie leży też karton ze zdjęciami rodzinnymi; moje dzieciństwo zamknięte w pudełku po kolejce H0, wymieszane z młodością moich rodziców i siostry. Bardziej dowody niż pamiątki czy tworzywo; bo nie potrafiłbym "wymazać" się z tych zdjęć, mijałoby się to z celem i tak większość z nich pamiętam, pamiętam głównie obrazy.

Bohater "Alicji w miastach" Wima Wendersa w pierwszych scenach filmu z uwagą przegląda wykonane przez siebie polaroidy i po chwili dodaje: "one nigdy naprawdę nie pokazują, tego co widziałem". Kiedy przeglądam fotografie, które wykonuję kierowany jakimś wewnętrznym imperatywem, a które w sposób powierzchowny i fragmentaryczny pokazują naskórek rzeczywistości, odczuwam to inaczej. One nigdy nie pokazują tego co czułem wykonując zdjęcie, deprecjonuje je natychmiast mówiąc sobie to tylko rzeczywistość, choć z drugiej strony nie umiem powiedzieć ile z tej rzeczywistości pozostało na kawałku srebrowego papieru, bo skoro nie ma tam nic z tego co czuję to może właśnie jest czysty destylat rzeczywistości? Tymczasem bohater "Alicji w miastach" dłuższą chwilę po wspomnianej scenie; bowiem opowieści Wendersa utkane są z obrazów a dialog stanowi czasem jedynie wskazówkę, padają kolejne słowa: "ale historia jest o rzeczach widocznych - o znakach i obrazach". Znowu przeglądam fotografie, ale nie widzę żadnej historii. Wszystko to gdzieś jest, istnieje w najlepszym razie było i wtedy mam coś na kształt łupu, trofeum. Mogę się wtedy ekscytować tym że dokumentuje znikanie. Historia wcale nie jest o znakach i obrazach , historia jest ciągiem skojarzeń zapisanych w pamięci, czasem zdarza się że obraz ją przywołuje. Oglądam stary niezawodny aparat 6x9 z którym się nie rozstaję, drewniana skrzynka 13x18 ostatnio odpoczywa; ostatecznie skoro i tak nie "wiedzę" tego co czułem robiąc zdjęcie zaoszczędzę przynajmniej na bólu kręgosłupa. Pewnie jestem naiwny wierząc, że na tym srebrze zachowa się więcej, że jeśli dalej będę celebrował te dziwne obrzędy kiedyś dowiem się czegoś o sobie, bo zapełniając swój wizualny notes obrazami rysuję mapę własnej twarzy. Może tą "zużytą" technologią bronię się przed świadomością że to na nic, bo odwlekam tylko w czasie to rozczarowanie obrazem, proces mi na to pozwala.


Fotografie uczą nas zapominania, bo jeśli coś sfotografujemy oddalamy konieczność pamiętania. Zdjęcie pamięta za nas, zaświadcza ale czy pozwala uwierzyć że tak rzeczywiście było.



z serii "Światło dziwne obrzędy" 1999 r
(Fotografia wykonana w czasie pleneru Stada Prusa u Karoliny Koki Stelmach w Reptowie. Na fotografii Sławomir Decyk stoi na ruinach bliżej nie określonej budowli, w dłoni trzymając przedmiot znaleziony chwilę wcześniej )

Thomas fotograf z "Powiększenia" Antonioniego wraca do parku, na miejsce zbrodni ( wykonania fotografii !) bo choć ujawnił zwłoki powiększając, reprodukując i znów powiększając swoje dokumentalne zdjęcie, nie był pewien tego co wydarzyło się przed obiektywem, a może był ciekawy. Pod powierzchnią medium, dokument - znak na nim naświetlony okazał się nieczytelny. Na miejscu w parku pochyla się i dotyka trupa. Próbując wniknąć pod powierzchnię zdjęcia z fotografa przemienia się w artystę szukającego pod powierzchnią medium innych znaczeń. W pewnym sensie staje się artystą konceptualnym, bo wyrwane z kontekstu zdjęcie jakie zostaje mu na końcu, jest już jedynie świadectwem medium. Tu znowu fotografia wymyka się swojej funkcji i zapomina zaświadczać. Zwyczajnie staje się destylatem światłoczułości.

niedziela, 17 lutego 2013

Zafiksowanie

Kiedy w roku 2011 bodajże oglądałem wystawę World Press Foto w Centrum Sztuki Współczesnej w Toruniu stała się rzecz dziwna. Niemal z każdej wystawy którą oglądam, do której oglądania staram się jakoś przygotować choćby tylko mentalnie "wynoszę" jakiś obraz. Tym razem było inaczej, już po powrocie do domu zdałem sobie sprawę że nie zostało nic. Żaden obraz nie chciał się zakotwiczyć w pamięci, wszystkie prześlizgnęły się i pozostały w tyle zupełnie jak porcja telewizyjnej papki. Większość tych fotografii wyglądała tak jakby ich trwanie w pamięci było obliczone na bardzo krótki czas, zaledwie na chwilę. Jeszcze parę lat temu nie przyszło by mi do głowy, że wystawę fotografii prasowej zobaczę w instytucji zajmującej się prezentacją sztuki. Być może działo się tak ponieważ rzeczywistości dostępna w sztuce była bardziej czytelna, podczas gdy dziś piękno ukryte pod metakodem zdaje się być dostępne tylko dla wybrańców, a to co widzimy jest zaledwie cieniem realności. Być może; co jest bardzo prawdopodobne prezentowanie fotografii prasowej w CSW to zabieg czysto marketingowy, taki chwyt instytucji która chcąc przyciągnąć widza decyduje się na pokazanie tej populistycznej wersji wizualności znanej na co dzień z prasy. Zainteresowanie "zwykłą" rzeczywistością w obszarze sztuki wynikać może również z faktu, że niestabilna półpłynność mediów na dłuższą metę jest męcząca. Ale zmianie też uległ status samego konkursu, któremu co raz częściej towarzyszy skandal związany z manipulacją obrazem, zmierzającą do jego estetyzacji. Chcemy lubić rzeczywistość, ale tylko wtedy gdy odpowiada ona naszym oczekiwaniom lub jeśli pełni ona określone funkcje w ramach uzasadniania jakiś idei.
Tiellmans pokazując konglomerat obrazów, dziwnie rozmieszczonych na ścianach Zachęty zdawał się mówić, to już nie rzeczywistość to tylko obraz, to konfiguracja znaczeń których rozszyfrowania możemy się podjąć tylko na własne ryzyko.(Wolfgang Tillmans - Zachęta Ermutigung 2011) Poczucie bezpieczeństwa ma nam zapewnić sama deklaracja artysty, który mówi że wątek społeczno-polityczny może się w pracach ujawnić mimo, że mogą one być odczytywane również abstrakcyjnie. Czy dlatego, że postulat Baudrillarda właśnie się spełnił i rzeczywistość już nie istnieje.
Mało kto wykonuje fotografie wszyscy pracują nad projektem, setki nużących typologii nawet nie będących symulacją nie są też już zasłoną pustki, a jedynie kompulsywnym chwytaniem się rzeczywistości czy raczej tego co z niej zostało. Piękno zaś jest podejrzane jeśli nie uzasadnia go polityka, nawet jeśli jest to tylko prywatna polityka - strategia twórcy.
Przeszło 170 lat po odkryciu fotografia nadal pozostaje głównie wynalazkiem technicznym, jest trochę jak koło. Mając tyle zastosowań z każdego z nich czerpie uzasadnienia dla swych mnogich egzystencji, które czasem zdają się wzajemnie wykluczać. Po upowszechnieniu fotografii cyfrowej rozdźwięk nastąpił w obszarze samego medium, ale historia fotografii znała już i takie przypadki. Dyskusja o wyższości negatywu kalotypowego nad dagerotypią z grubsza rzecz biorąc miała podobny przebieg. Ten resentyment analogii po części wynika ze zmęczenia szybkością, po części zaś z tęsknoty za materialnością. Jeśli Flusser demaskując funkcjonariuszy aparatu u schyłku XX wieku, zrzeszających się w foto klubach gloryfikujących technologię nazywa je "postindustrialnymi palarniami opium", do współczesnych użytkowników dawnych technik pasowało by określenie "neoromantycznych amatorów eteru". Mówię tu o tych których zmęczenie digitalnością skierowało wprost w ślepą uliczkę alchemicznej technologii rodem z XIX wieku, w której po za pustą techniką nie znajdziemy nic co odróżniło by ich prace od pierwszych piktorialistów, może z wyjątkiem tego że te współczesne całkowicie pozbawione są aury. Zupełnie jakby historia miała się powtórzyć i współcześni gumiści po niewczasie odkryją, że siła fotografii tkwi gdzie indziej niż w rozmytych konturach gum. Podobnie rzecz ma się z fotografią otworkową, która jako antidotum na nudę zużyła się, zaś widmowość produkowanych obecnie niedoskonałych obrazów i seryjnie produkowanych doskonałych kamer z otworkiem wykonanym laserem, jest tylko echem pustej tęsknoty za tajemnicą. Bo o tym że na początku było światło, mało kto już pamięta. Nielicznym udaje się wyjść po za technologie oszukując czas, czyniąc z fotografii dziwny wehikuł jak Robb Kendrick. Jego fotografie ranczerów równie dobrze mogłyby powstać w XIX wieku, ale nie jest to jedynie stylizacja wykonana na potrzeby fotografii a zapis stanu faktycznego i tradycji. Znacznie jednak ciekawsza wydaje mi się postawa poszukiwania źródeł fotografii w obrębie światłoczułości zawartej w naturze. Paweł Kula wykorzystując światłoczułość soku z jagód, rejestruje znikanie symbolu słońca (Paweł Kula - Głęboki Fiolet 2012) . Jak pisze "Dojrzałe owoce leśnych jagód barwią kartki papieru intensywnym fioletem. Wystawione na słoneczne światło blakną powoli. Godzina po godzinie, dzień po dniu Słońce rysuje swój wyraźny podpis. Słońce jest wewnątrz każdego owocu - to część kosmicznego pulsu. Obraz pojawia się, by ponownie zniknąć. Tajemnica została wyjawiona." Ale czy rzeczywiście tajemnica zostaje wyjawiona? Czy autor zaledwie uchyla nam jej skrawek, zmuszając tym samym do refleksji nad złożonością przebiegu zjawisk w naturze?
Dzisiejsza "artystyczność" fotografii wydaje się być ostatnim tchnieniem postmodernizmu, w której odwołuje się bądź to do malarstwa, bądź też jest uzasadnieniem czy pochwałą aktualnych trendów kulturowych, czy wreszcie do samych fotograficznych mód które zaledwie pół wieku temu starano się zdeprecjonować.
Głęboko wierząc jednak w to że mimo pauperyzacji wizualnej fotografia przetrwa w tej czy innej formie, choćby tylko w sferze prywatności co wydaje się być nieraz najbardziej autentycznym jej przejawem; zastanawiam się jak określić stan przesytu obrazami i tu skorzystam z tytułu wystawy - zafiksowanie (Tomasz Dobiszewski - Fiksacje bwa Bydgoszcz 2012) Być może zachwyt nad ruchem gałki ocznej, gdy zmęczony nadmiarem obrazów mózg broni się przed kolejną ich dawką, jest również zwrotem ku naturze? Tylko co jeśli to oko już nie widzi?



Ruch - fotografia otworkowa - Marek Noniewicz c.a.2003 r.

wtorek, 25 grudnia 2012

To tam...



Przychodzę tu popatrzeć jak ziemia wypluwa to miasto. To jeden z tych obszarów o którym miasto czasem zapomina, a taka nieuwaga sprzyja roślinom i dzikim ludziom. Latem pozostawione sobie kwiaty, nieskrępowane już rabatkami i skromnym niegdyś areałem działek pracowniczych składają hołd dzikiej bujności. Wydeptane ścieżki tylko z pozoru prowadzą do donikąd ich plątanina myli krok nieproszonego gościa, ale wytrwali potrafią dotrzeć wgłąb by pod zdziczałymi drzewami odnaleźć ukryte legowiska nomadów. Porzucone jabłonie wydają już tylko cierpkie owoce, to gatunek którego nazwy już nikt nie pamięta choć jeszcze parę lat temu wczesną wiosną widywałem tam starszego Pana, który pewnie to wiedział. Pojawiał się jak duch w wytartym ortalionowym płaszczu na cały rok, taszcząc na ramieniu drabinę przychodził znikąd wyciągał skądś piłę i pracując powoli, przycinał gałęzie. Owoce tej jabłonki smakowały jakoś inaczej. Ale straszy Pan już nie przychodzi. Jakiś czas temu zniknął też okazały orzechowiec, a jeszcze wcześniej barak z pustaków, gdzie kiedyś koczowali dzicy ludzie. Spotkałem ich kiedyś niechcący, gdy zaniechałem wyprawy wgłąb miasta. Częstowali mnie historią o czasie, którego nie ma i szampańskimi delicjami na plastikowych talerzykach. Nużąca słodycz. Teraz kiedy przychodzę tam na spacer z psem, ziemia wygląda jak poligon do niczego. Bo o tej porze roku nawet czas nie potrafi się zatrzymać wśród gałęzi drzew. Szczęśliwe choinki zadowalając się tymczasowością chowają się po domach. Podobno obok budują dom wariatów, a przestrzeń nie sprzeciwia się nie buntuje, nawet nie krzyczy. Ostatecznie to miejsce nadal jest dla wszystkich. Wystarczy wybrać gdzie.

środa, 19 grudnia 2012

Moja apologia

Pokusa bycia niepodobnym do nikogo jest największym niebezpieczeństwem artysty, sparafrazowałem trochę Camusa ale myślę że poczciwy Francuz nie miałby mi tego za złe, tym bardziej gdy czynię to w dobrej wierze żyjąc przecież w zjednoczonej Europie. Powtarzam często tą kwestię młodym adeptom sztuki fotograficznej i sztuk wszelkiej innej maści, ludziom którzy są jeszcze przekonani że to właśnie oni wymyślą awangardę. Tym czasem ja choć młody duchem jako artysta wchodzę w wiek dojrzały, a oglądając się czasem wstecz dochodzę do wniosku, że mi nikt takich rad nie udzielał. Nikt mnie ani nie namaścił, z żadnej "stajni" nie jestem. Ale czy aby na pewno? Pamiętam stwierdzenie Jerzego Olka, który w czasie jednego ze swoich wykładów z Historii Fotografii Współczesnej bodajże, wypowiedział to memento które utkwiło mi w pamięci "Zastanówcie się już teraz gdzie z tym co robicie będziecie za 10 lat" i cóż? Jestem tu gdzie jestem, a te moje cztery ściany... nie są jeszcze obiecanym piekłem. Kilkukrotnie spotkałem się ze stwierdzeniem, że z racji skończonej ASP w Poznaniu jestem skażony, konceptualizmem. Nigdy nie było to jedynie stwierdzenie faktu, a zawsze zarzut. Po raz ostatni padł on w korespondencji z Marianem Schmidtem, w którą wdałem się po tym gdy Ten zaprosił mnie do grona sowich znajomych na facebooku. Nie wiedziałem wtedy jeszcze, że to taki zabieg pijarowski. Wydawało mi się że jeśli ktoś po dziesięciu latach mnie pamięta, to może mamy sobie coś do powiedzenia ale okazało się że nie. W toku rozwlekłej korespondencji w efekcie której zamieściłem na facebooku swoje prace (później zorientowałem się że to ryzykowne, bo też kontekst w jakim są udostępniane bywał dwuznaczny), nagabując było nie było swego nauczyciela, człowieka rozległej wiedzy o wysokiej kulturze, otrzymałem odpowiedź:"wole nie komentować twoich zdjęć ponieważ wybrałeś kierunek w fotografii, którego nie czuje. To co uczę jest daleko od tego co robisz. Nie mogę skondensować w kilku zdań to co przekazuje w ciągu dwóch lat. Poczekaj parę lat aż wyjdzie moja książka o fotografii." Zgłupiałem... Spodziewałem się jakiegoś konkretu, a tu okazuje się że powinienem wrócić do szkoły. Jest mnóstwo rzeczy w sztuce których nie czuję, ale staram się przynajmniej zrozumieć, ustosunkować jakoś... może to błąd? Pamiętam w jakiej atmosferze Marian Schmidt rezygnował z gościnnych wykładów na Fotografii w Poznaniu. Krążyło potem stwierdzenie które ponoć padło z jego ust, o tym że ma dość wyciągania studentów ASP z okowów awangardy. Cóż nikt jednoznacznie nam nie powiedział, że awangarda już była. Ale też już kończąc studia byłem pewien, że bez sensu będzie utkwić gdzieś między Bressonem a Salgado. Pewne rzeczy trudno przeskoczyć. Parę lat potem brałem udział w projekcie, w którym dzieci z beskidzkich wsi Jasionka i Krzywa, fotografowały rozdanymi im kilszowymi kompaktami swoją rzeczywistość. Spędziłem razem z nimi trochę czasu pokazując, razem z Pawłem Kulą trochę zagadek związanych ze światłoczułością i camera obscura. Plonem tych działań był album wydany nakładem wydawnictwa Czarne, ze wstępem Andrzeja Stasiuka. Piotr Janowski który koordynował projekt, odwalił kawał dobrej roboty. Kiedy po warsztatach oglądaliśmy na rzutniku powstałe fotografie, byliśmy pod wrażeniem ich przemyślanych kompozycji i dynamicznych kadrów. Taką świeżość spojrzenia i radość fotografowania znałem jedynie z wczesnych fotografii Lartiguea. Bo to co na zdjęciach najbardziej uderzało, to radość odkrywania świata. Janowski stwierdził wtedy, że nie ma po co już robić zdjęć. Jako fotograf prasowy miał z pewnością świadomość, że komfort publikacji zdjęć w kontekście w jakim robił je autor to niezwykle rzadka sytuacja. Ale dzieci nie musiały o tym myśleć, bawiły się to wszystko. Skąd więc wzięła się harmonia ich pracy? Być może istniej coś takiego jak genetycznie zakodowana i w toku ewolucji kulturowej utrwalona pamięć obrazów? W tym roku zobaczyłem znowu prace dzieci z beskidzkich wsi. Buszując po internecie natrafiłem na informacje o wystawie w Zamku Ujazdowskim - POSTDOKUMENT. Świat nie przedstawiony. Dokumenty polskiej transformacji po 1989 roku. Jakie to zabawne pomyślałem w pierwszej chwili, że przemiany ustrojowe w Polsce dokumentowały też dzieci. Jednak prawda okazała się mniej wesoła, z informacji na stronie wynikało bowiem że autorem fotografii jest Piotr Janowski. Stało się to wbrew jego woli bo kurator wystawy Adam Mazur uznał, że Janowski jako autor projektu jest w pewnym sensie autorem zdjęć. Nie po raz pierwszy okazało się jak łatwo manipulować obrazem, szkoda tylko że stało się to pod szyldem szanowanej instytucji sztuki. Szkoda również że chcąc wygenerować nowe oblicze dokumentalizmu, u podstaw tego działania leży brak rzetelności opisu. Ale krytyk jest przecież twórcą, wychwytuje z rzeczywistości fakty, interpretuje po swojemu i nadaje im właściwą(?) rangę. Pamiętam że istotnym wymiarem akcji warsztatowej w Beskidach była możliwość pokazania dzieciom, że może przez fotografię są w stanie wyrwać się z zaklętego kręgu po pegeerowskiej rzeczywistości w Świat. Ale w jaki?
Być może właśnie z powyższych przyczyn nie chciałem zajmować się dokumentem, konceptualizm jako ucieczka od rzeczywistości też mi nie pasował... Dziś kiedy zastanawiam się na ile te decyzje były świadome, a na ile wynikały może z braku zdecydowania, zaczynam domyślać się że u podstaw leży brak zgody na kompromis. A to z pewnością zasługa nie żyjącego już Zbyszka Trzeciakowskiego. W każdym razie kończąc studia temat Foxa Talbota wiedziałem niewiele, dzisiaj ślęcząc nad opasłym tomem Larrego Schaffa "The Photographic Art of William Henry Fox Talbot" wiem już trochę więcej, ale też dużo bardziej zaczynam cenić sobie to czego się mogę domyślać, bez konieczności weryfikacji. Fragment "Fragmentu Apokryficznej Ewangelii" Borgesa Błogosławieni którzy zachowują w pamięci słowa Wergiliusza, czy Chrystusa albowiem one dadzą światło ich dniom zapamiętałem dawno temu i nie pamiętam też od kiedy cudze słowa stały się po części moją religią, czy lekarstwem na szaleństwo.
I co dalej?
Kilka dni temu raptem, może tydzień jak zniknęły spod powiek obrazy przewiezione z Miesiąca Fotografii w Bratysławie. Może zniknęły spod powiek ale znowu osadziły się gdzieś głębiej i spokojnie spoczęły obok innych. Również obraz samej Bratysławy podzielił ten sam los. Niknące w nieostrościach deszczu na szybach góry gdy bus wjeżdżał do miasta, zupełnie jakby miasto skromnie schowało się ustępując miejsca obrazom ukrytym w przestrzeniach galerii. Ale już później gdy z bliższej perspektywy ulic uderzył widok jeszcze zielonych platanów, można było przeczuć, czy domyśleć się że to narasta. A potem tylko pojedyncze migawki, osnute raczej wokół wydarzeń i ludzi, lekko tylko zanurzone w obrazie. Atmosfera późnej, nocnej dyskusji z Jarkiem Klupsiem, miała w sobie moc i energię fotografii które widzieliśmy w ciągu dnia, jednak smak pierwszego papierosa wypalonego w piwiarni(!) podczas rozmowy z Januszem Oleksą, już nijak nie chciał dać zamknąć się w płaskim obrazie, składał się z innej materii. Napisałbym było miło, ale zimną gdy za oknem biało zabrzmi to idiotycznie. Teraz kiedy minęło raptem kilka dni, może tydzień odkąd te obrazy zniknęły spod powiek, ćwiczę pamięć podróżując po ich powierzchniach. Wystawy trwają w umyśle. Wszystkie te czarno-białe, artefakty spotkań Lewisa Hinea pełne były czasu do których przylegały, a Ci ludzie z niemal niewidoczną na fotografiach pomącą maszyn, którzy rękoma wznosili Empire State Building mieli w sobie...
"Niestety , gdzieś się podziała dawna siła
I dawna wiara,
I dawna sztuka życia,
I dawne męstwo."
Jakaś zapomniana prawda, a może to światło tych postaci jak z obrazów Velazqueza, to coś co już jest po za czasem. Hine z pewnością nie katalogował rzeczywistości, wierzył że po przez fotografie jest w stanie ją zmienić. Ja nie mam takich ambicji,jestem nastawiony na trwanie, coś jak drzewo w zimie.
Pojechałem do Bratysławy na przegląd portfolio, miałem spotkać się z wybranymi kuratorami i krytykami z całego świata. Wprawdzie opłatę z przegląd wniosłem już w sierpniu, ale własna opieszałość sprawiła że zarejestrowałem się dopiero w październiku bodajże, w związku z tym nie miałem zbyt wielkiego wyboru spotkań z kuratorami. Z tych przydzielonych mi losowo dokonałem swojego wyboru i tak z ośmiu możliwych, doszło zaledwie do 4 rozmów. Ironia losu, żeby spotkać się z Kasią Majak i porozmawiać z Krzysztofem Jureckim, musiałem jechać aż do Bratysławy. Byłem pewien że nic z tego nie wyjdzie, nowe kontakty owszem, ale obietnice wystaw...
Tymczasem znalazłem się w 15 najlepszych http://vimeo.com/52838882, a potem na blogu Krzysztofa Jureckiego pojawił się tekst o moich pracach.
Tymczasem zima i czuję się jak martwa natura Joela Petera Witkina.

Obserwatorzy