Nie spotykamy się już na zdjęciach jesteśmy na nich ale nie spotykamy się, współistniejemy ale osobno bez świadomości ciężaru chwili jaka została nam podarowana. Gramy, bawimy się ale przedział czasu w jakim się to staje tylko pozornie bywa tym co kiedyś. To już nie ta intryga i nie ta rzeka przez którą płynął Ganges. Szkoda dziś chwili zastanawiać się gdzie jej źródło - zwyczajnie nie ma kiedy.
Jednak zdarza mi się jeszcze z uporem szaleńca nakazywać chwilom powoli przesączać się na wielki kawał kliszy. Rytuał nakazuje czynić to niespiesznie - rozciągam czas delektując się jego upływem za każdym razem czując ten ciężar nieodwracalności, której próżno szukać w nowych technologiach. Trudno powiedzieć czy chwila waży tyle ile ten mój archaiczny sprzęt do przenoszenia w czasie? Sprzęt waży jednak dość, by powiedzieć że wypad do czy za miasto ma w sobie coś z pokuty, tylko za co? Nie zastanawiam się. Kiedy więc celebrując ten moment rozstawiam skrzynię aparatu zawsze staram się wierzyć, że stać się może coś co uzasadni ten wysiłek i utopia się spełni. Tak było i tamtym razem.
Wybraliśmy się z T. do Torunia, być może dlatego że z Bydgoszczy to blisko, być może dlatego że nie było akurat nic innego do roboty, może też był jakiś ściśle określony cel który jednak nie okazał się wart zapamiętania. Podróżując na tej trasie dość często nie zdarza mi się już wypadać z czasu, jak to się dzieje w pociągu podczas wielogodzinnych podróży gdy miarowy stukot kół i wodzenie wzrokiem od skrajni torowiska, aż hen po horyzont czyni z czasem zabawne niespodzianki. Zresztą rozmowny towarzysz podróży zawsze skieruje uwagę na tu i teraz.
Ciężar gotyku zwłaszcza latem potrafi być wyjątkowo uciążliwy, kiedy tabuny turystów zakłócają poprawność odbioru czyniąc go zbyt barwnym i zbyt gwarnym, co temu surowemu dostojeństwu z rzadka tylko dodaje uroku. O tej już czy jeszcze bezlistnej porze roku kiedy wybraliśmy się na wycieczkę, wszystko wydawało się mieć właściwe proporcje. Piesza podróż przez most to odpowiednie intro by uzyskać prawidłową perspektywę, od początku do końca, od ogółu do detalu.
Odkąd pamiętam nie lubię chodzić, odkąd pamiętam fotografowanie było świetnym pretekstem by się zatrzymać. Pierwszy przystanek obowiązkowo był na moście i pierwsze zdjęcia, z tonącym w płytkiej głębi miastem w tle. Co było potem znowu nie pamiętam, jednak fotografia którą ostatnio znalazłem i na powrót odkryłem pozostawiła nas już na zawsze pod pomnikiem Kopernika.
Trzeci pojawił się jak zwykle znikąd. Być może skusiła go egzotyczność sytuacji, kiedy wysuwałem teleskopowy statyw bez głowicy, przykręcałem go do korpusu Ikonty z rozłożonym już miechem i zamontowałem miniaturowy samowyzwalacz. Pojawił się i już został na zdjęciu, tkwił z nami w tym dziwnym bezczasie kiedy po rozstawieniu aparatu i naciągnięciu wyzwalacza miałem jakieś dziesięć sekund by kiwając się przydreptać i stanąć na przeciw oka obiektywu. Gwarny o tej porze rynek zagłuszył szelest migawki i tkwiliśmy tak jeszcze przez dłuższą chwilę po. Potem rozmawialiśmy przez moment, może nawet wymieniliśmy się adresami; przepuszczam że kiedy złożyłem i schowałem w torbie aparat, Trzeci zniknął roztopiwszy się w tłumie ruchliwej ulicy Szerokiej. Przyglądam się fotografii - czuć perspektywę powietrzną i pierwszy plan ma zdecydowanie lepszy kontrast. T. z prawej strony kadru zastygł jak pomnik, ja albo wypuszczam dym z papierosa którego trzymam w palcach prawej ręki, albo też zastanawiam się jaką przybrać minę. Trzeci wyszedł najbardziej poruszony, ostatecznie on jeden mógł nie być do końca świadom co się właściwie dzieje i po co dwójka pajaców fotografuje się wiekowym aparatem w pierwszej dekadzie XXI. Może chciał coś powiedzieć i w porę zorientował się, że to medium nie rejestruje dźwięku. Dopiero gdy uważniej przyjrzałem się jego sylwetce, zauważyłem słabo widoczną na tle ciemnej kurtki rękę w czarnej skórzanej rękawiczce, z jeszcze nie zastygłym w bezruchu kciukiem wzniesionym do góry - TERAZ! zdaje się wskazywać ledwie czytelny gest. Dalej już tło roztapia się w szarościach, im bliżej pomnika bruk jakby zaczynał świecić, z tła odcina się też cokół Kopernika który tkwi tam z obciętą kadrem głową, ostatecznie tym razem nie On był tu najważniejszy. Postacie w drugim palnie toną w nieostrościach lub rozmywają jak duchy, a wszystko w czasie tej jednej dziwnej chwili. Dla obrazu który znów wyrwał mnie z tu i teraz ciskając w nieokreśloną przeszłość to spotkanie trwało jedną sekundę tylko jedną sekundę, ale zapamiętałem ją.
krytyczne historie o fotografii, eksperymenty, teorie, refleksje, iluzje, symulacje...
Translate
środa, 15 sierpnia 2012
środa, 25 lipca 2012
Wizyta
W roku 1999 a więc u schyłku XX wieku jako słuchacz Zaocznego Studium Fotografii Profesjonalnej i laborant na Katedrze Fotografii ASP w Poznaniu, uczestniczyłem w imprezie pod tytułem "Kłodzka Noc Artystów". Część fotograficzną tej, ze sporym rozmachem zrobionej imprezy, pilotował Jerzy Olek. Nie pamiętam już jakie prace tam pokazywałem i czy w ogóle jakieś, ostatecznie wtedy jeszcze miałem w sobie na tyle energii by przemieszczać się przez pół Polski, tylko po to żeby coś zobaczyć. Teraz niestety zdarza mi się to co raz rzadziej, teraz internet daje mi ten dziwny pozór uczestniczenia i oglądania wszystkiego na odległość. Wszystkiego i niczego. Wtedy u schyłku XX wieku bardzo wierzyłem w obraz, dziś moja pewności i wiara nie jest już tak niezachwiana. Dziś coraz częściej przypomina mi się raczej element wiary Islamu, o tym że w dniu Sądu Ostatecznego każdy kto stworzył wizerunek człowieka, nakazane mieć będzie aby go ożywił i mu się to nie uda i skazany zostanie na wieczne potępienie. Dziś myślę również, że koncepcja ta dotyczyć może nie tylko twórców ludzkich wizerunków, ale twórców obrazów w ogóle a zwłaszcza tych fotograficznych, tworzonych(?) robionych bez opamiętania. Bo czyż powielając rzeczywistość nie odbieramy jej trochę siły wyrazu?
Tak się jakoś złożyło, tak się musiało złożyć, że przyjaciel który uczestniczył również w tej imprezie, zapomniał rolki filmu. Paweł Kula, bo o nim mowa brał udział w wystawie "Trzeci wymiar", która była jednym z punktów imprezy. Ten wymiar pozornie niedostępny fotografii dotyczył jej właśnie, wtedy jeszcze częściej poszukiwało się czegoś w obrębie medium a żonglerka ideami odbywała się znacznie wolniej, zdawać by się mogło w zwolnionym tempie. Teraz przyszywamy idee do fotografii, tkając ten absurdalny patchwork, który zakrywa nam rzeczywistość. Kuratorem wystawy był profesor Piotr Wołyński. Wtedy jeszcze człowieka natchnionego ideą, że już za dekadę zaledwie, rolka filmu nie będzie owym condicio sine qua non do wykonania fotografii, uznano by za szaleńca. Wtedy też, tak się musiało złożyć wybraliśmy się wspólnie na poszukiwanie rolki filmu do aparatu średnioformatowego. Już wówczas zdobycie kliszy do aparatu nie było łatwym zadaniem. Niczym Argonauci wypłynęliśmy na ulice Kłodzka. O... beztroska Galicjo, ten dziwny klimat spowolnienia czuć tam było na każdym niemal kroku - drogerie, sklepy żelazne, sklepy papiernicze, jakieś delikatesy ale żadnych dyskontów, czy innych marketów. Kiedyś, ale już nie wtedy rolkę filmu można było dostać nawet w kiosku Ruchu. Przemierzaliśmy Kłodzko w poszukiwaniu kliszy, Paweł Kula, Konrad Smoleński i ja. Tak się złożyło, że po jakimś czasie natrafiliśmy na szyld FOTO MECWALDOWSKI, można się było spodziewać że nie znajdziemy sklepu fotograficznego w Kłodzku i choć bardziej chodziło o wyprawę pozostawała jakaś nadzieja, ale to co znaleźliśmy przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. Wpadliśmy w fałdę czasu i wylądowaliśmy w Kłodzku w latach 50, 60, 70... to były chyba czasy najlepszej świetności tego zakładu fotograficznego. Weszliśmy nieśmiało na klatkę schodową kamienicy jakby przeczuwając coś. Tuż przy wejściu w drewnianej gablocie widniał szyld z ręcznie malowanym wizerunkiem jakiegoś powiększalnika który w naszym przekonaniu mógłby pamiętać czasy Noego, u szczytu gabloty za szybą misternie udrapowana tkanina niegdyś czerwona , teraz będąca zaledwie jej śladem. Kiedy wchodziliśmy po schodach brudnej klatki schodowej, fałda czasu powoli rozszerzała się a my ze zdziwieniem zapadaliśmy się w niej. Zapadaliśmy się w niej... pnąc się schodami ku górze, mijając po drodze kolejne gabloty, w których na tle słomianek oprawione w ramy wisiały widmowe portrety piękności sprzed pół wieku. W każdej z gablot ta czerwona materia u góry, jak opadająca powoli kurtyna po spektaklu który dobiegał końca, spektaklu pod tytułem: Fotograf XX wieku. Portrety kobiet które podziwialiśmy wydawały się nam doskonałe - misternie ufryzowane włosy, starannie dobrane pozy i ŚWIATŁO. Z całą pewnością nie były to zdjęcia legitymacyjne, choć i takie powstawały w zakładzie. Kiedyś te portrety wisiały na honorowych miejscach w jakichś domach, spoczywały w portfelach z celuloidowym okienkiem, ujawniane tylko po magicznej formule materializacji: TO MOJA DZIEWCZYNA! Nie było wtedy wątpliwości, że to nie fotografia, to była żywa postać, to były ONE: dziewczyny, kochanki później pewnie żony, matki, babcie. Były pamiątką, fetyszem, obiektem uwielbienia, czy wyrzutem sumienia wreszcie. Taki wyrzut sumienia czy pozbawione złudzeń uczucie nieraz podarte lądowało w koszu, a w tym nieodwołalnym akcie było znowu coś z magii która odbierała status istnienia nie fotografii lecz osobie. Przyszła mi do głowy myśl, że którąś z tych kobiet mogliśmy minąć na ulicy albo spotkać w odwiedzanym sklepie - zasuszoną, zgarbioną i pomarszczoną, uporczywie próbującą odnaleźć cenę na egzotycznym opakowaniu kostki mydła w drogerii. Byliśmy w jakiejś pułapce, schody wydawały się nie mieć końca. Kiedy dotarliśmy na górę zastukaliśmy do drzwi. Nie było nawet śladu po dzwonku, a w drzwiach ukazał się FOTOGRAF. Dziś próżno próbuję wywołać jego rysy w pamięci, przypomina mi się jakaś półprzezroczysta twarz powoli próbuję nadać jej kształty, a kiedy wydaje mi się że już, już go widzę okazuje się że to kto inny, kogo lepiej pamiętam bo widziałem na jakiejś fotografii, ale jest mniej prawdziwy. Dlaczego? Nie udało nam się wtedy wejść do zakładu, Pan odprawił nas, nakazując przyjść w dniu następnym. O rolce filmu jakoś dziwnie zapomnieliśmy, nie pamiętam też co działo się w międzyczasie, zanim znowu zastukaliśmy do drzwi i udało nam się wejść do środka. Od progu zaczął na nas pokrzykiwać, udało nam się powiedzieć że zależy nam... powiedzieć że chcemy... wspólny portret. Usadził nas na jakiejś kanapie bez oparcia, Paweł był przeziębiony więc od czasu do czasu pokasływał, Mistrza strasznie to denerwowało ciągle pokrzykiwał i wydaje mi się że gestykulował przy tym. Oświetlił nas dwiema lampami, ale to nie światło ale On hipnotyzował nas wzrokiem. Przysiągłbym, że kiedy naświetlał listek filmu słyszałem jego` głos, choć nie poruszał ustami: teraz zapadacie w wieczność, nie ma odwrotu . Do dziś jestem pewien że dyfuzory lamp wykonane były z cienko wyprawionej cielęcej skórki, z tyłu dał oczywiście kontrę - klasyka! Wszystko było tam omszałe, kanapa na której siedzieliśmy, lampy, drewniany aparat 13 x 18 cm, statyw i sam ON, mistrz tej dziwnej ceremonii w środku której się tam znaleźliśmy, bo tak się musiało zdarzyć. Uczestniczyliśmy w jakimś dziwnym obrzędzie, a wizyta zdawała się nie mieć końca. Zupełnie jakbyśmy przekraczając drzwi zakładu wyrwali go ze snu który trwał wiek, a on zmaterializował się na chwilę i zniknął na zawsze. Na drugi dzień odebraliśmy odbitki, styki na matowym papierze, artefakt bez którego dziś pewnie nie uwierzyłbym w prawdziwość zdarzenia. A jednak pamięć jest prawdziwa dopóki nie zechce się jej utrwalić, nadać jej określonego kształtu. Pozostała wspólna fotografia na której patrzymy wprost przed siebie.
Ze skupieniem, zdziwieniem czy z przerażeniem; może wyglądamy przyszłości przenikając jednocześnie w nieskończoność. Utrwalić pamięć to wywołać obraz, obraz w słowach może jednak przybierać dowolne kształty dopóki nie jest fotografią. Tak na prawdę nie jestem pewien jak to wtedy wyglądało, może było zupełnie inaczej niż spróbowałem to opisać?
P.S.
Wiele lat później odnalazłem negatyw z kompaktu, dokumentujący naszą wyprawę. Był beznadziejny. Prócz ziarna srebra (artefakt) niewiele było na nim widać. Wiele lat później Paweł odwiedził Konrada. Na biurku przy którym znajdowało się jego stanowisko pracy, obok komputera leżał obsrany przez muchy negatyw. Ten negatyw z wizyty u FOTOGRAFA, ten negatyw z podróży w czasie. Kiedy się o tym dowiedziałem nie czułem oburzenia. Pomyślałem później i postanowiłem w to uwierzyć, że być może Konrad nie mógł oswoić się z tamtym zdarzeniem i pozwolił rzeczywistości by zrobiła to za niego. Ostatecznie nawet zasrana rzeczywistość jest bardziej pewna od magii widmowej fotografii zaklętej w drobinkach srebra, fotografii która nigdy do końca nie da się zamknąć w słowach.
Tak się jakoś złożyło, tak się musiało złożyć, że przyjaciel który uczestniczył również w tej imprezie, zapomniał rolki filmu. Paweł Kula, bo o nim mowa brał udział w wystawie "Trzeci wymiar", która była jednym z punktów imprezy. Ten wymiar pozornie niedostępny fotografii dotyczył jej właśnie, wtedy jeszcze częściej poszukiwało się czegoś w obrębie medium a żonglerka ideami odbywała się znacznie wolniej, zdawać by się mogło w zwolnionym tempie. Teraz przyszywamy idee do fotografii, tkając ten absurdalny patchwork, który zakrywa nam rzeczywistość. Kuratorem wystawy był profesor Piotr Wołyński. Wtedy jeszcze człowieka natchnionego ideą, że już za dekadę zaledwie, rolka filmu nie będzie owym condicio sine qua non do wykonania fotografii, uznano by za szaleńca. Wtedy też, tak się musiało złożyć wybraliśmy się wspólnie na poszukiwanie rolki filmu do aparatu średnioformatowego. Już wówczas zdobycie kliszy do aparatu nie było łatwym zadaniem. Niczym Argonauci wypłynęliśmy na ulice Kłodzka. O... beztroska Galicjo, ten dziwny klimat spowolnienia czuć tam było na każdym niemal kroku - drogerie, sklepy żelazne, sklepy papiernicze, jakieś delikatesy ale żadnych dyskontów, czy innych marketów. Kiedyś, ale już nie wtedy rolkę filmu można było dostać nawet w kiosku Ruchu. Przemierzaliśmy Kłodzko w poszukiwaniu kliszy, Paweł Kula, Konrad Smoleński i ja. Tak się złożyło, że po jakimś czasie natrafiliśmy na szyld FOTO MECWALDOWSKI, można się było spodziewać że nie znajdziemy sklepu fotograficznego w Kłodzku i choć bardziej chodziło o wyprawę pozostawała jakaś nadzieja, ale to co znaleźliśmy przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. Wpadliśmy w fałdę czasu i wylądowaliśmy w Kłodzku w latach 50, 60, 70... to były chyba czasy najlepszej świetności tego zakładu fotograficznego. Weszliśmy nieśmiało na klatkę schodową kamienicy jakby przeczuwając coś. Tuż przy wejściu w drewnianej gablocie widniał szyld z ręcznie malowanym wizerunkiem jakiegoś powiększalnika który w naszym przekonaniu mógłby pamiętać czasy Noego, u szczytu gabloty za szybą misternie udrapowana tkanina niegdyś czerwona , teraz będąca zaledwie jej śladem. Kiedy wchodziliśmy po schodach brudnej klatki schodowej, fałda czasu powoli rozszerzała się a my ze zdziwieniem zapadaliśmy się w niej. Zapadaliśmy się w niej... pnąc się schodami ku górze, mijając po drodze kolejne gabloty, w których na tle słomianek oprawione w ramy wisiały widmowe portrety piękności sprzed pół wieku. W każdej z gablot ta czerwona materia u góry, jak opadająca powoli kurtyna po spektaklu który dobiegał końca, spektaklu pod tytułem: Fotograf XX wieku. Portrety kobiet które podziwialiśmy wydawały się nam doskonałe - misternie ufryzowane włosy, starannie dobrane pozy i ŚWIATŁO. Z całą pewnością nie były to zdjęcia legitymacyjne, choć i takie powstawały w zakładzie. Kiedyś te portrety wisiały na honorowych miejscach w jakichś domach, spoczywały w portfelach z celuloidowym okienkiem, ujawniane tylko po magicznej formule materializacji: TO MOJA DZIEWCZYNA! Nie było wtedy wątpliwości, że to nie fotografia, to była żywa postać, to były ONE: dziewczyny, kochanki później pewnie żony, matki, babcie. Były pamiątką, fetyszem, obiektem uwielbienia, czy wyrzutem sumienia wreszcie. Taki wyrzut sumienia czy pozbawione złudzeń uczucie nieraz podarte lądowało w koszu, a w tym nieodwołalnym akcie było znowu coś z magii która odbierała status istnienia nie fotografii lecz osobie. Przyszła mi do głowy myśl, że którąś z tych kobiet mogliśmy minąć na ulicy albo spotkać w odwiedzanym sklepie - zasuszoną, zgarbioną i pomarszczoną, uporczywie próbującą odnaleźć cenę na egzotycznym opakowaniu kostki mydła w drogerii. Byliśmy w jakiejś pułapce, schody wydawały się nie mieć końca. Kiedy dotarliśmy na górę zastukaliśmy do drzwi. Nie było nawet śladu po dzwonku, a w drzwiach ukazał się FOTOGRAF. Dziś próżno próbuję wywołać jego rysy w pamięci, przypomina mi się jakaś półprzezroczysta twarz powoli próbuję nadać jej kształty, a kiedy wydaje mi się że już, już go widzę okazuje się że to kto inny, kogo lepiej pamiętam bo widziałem na jakiejś fotografii, ale jest mniej prawdziwy. Dlaczego? Nie udało nam się wtedy wejść do zakładu, Pan odprawił nas, nakazując przyjść w dniu następnym. O rolce filmu jakoś dziwnie zapomnieliśmy, nie pamiętam też co działo się w międzyczasie, zanim znowu zastukaliśmy do drzwi i udało nam się wejść do środka. Od progu zaczął na nas pokrzykiwać, udało nam się powiedzieć że zależy nam... powiedzieć że chcemy... wspólny portret. Usadził nas na jakiejś kanapie bez oparcia, Paweł był przeziębiony więc od czasu do czasu pokasływał, Mistrza strasznie to denerwowało ciągle pokrzykiwał i wydaje mi się że gestykulował przy tym. Oświetlił nas dwiema lampami, ale to nie światło ale On hipnotyzował nas wzrokiem. Przysiągłbym, że kiedy naświetlał listek filmu słyszałem jego` głos, choć nie poruszał ustami: teraz zapadacie w wieczność, nie ma odwrotu . Do dziś jestem pewien że dyfuzory lamp wykonane były z cienko wyprawionej cielęcej skórki, z tyłu dał oczywiście kontrę - klasyka! Wszystko było tam omszałe, kanapa na której siedzieliśmy, lampy, drewniany aparat 13 x 18 cm, statyw i sam ON, mistrz tej dziwnej ceremonii w środku której się tam znaleźliśmy, bo tak się musiało zdarzyć. Uczestniczyliśmy w jakimś dziwnym obrzędzie, a wizyta zdawała się nie mieć końca. Zupełnie jakbyśmy przekraczając drzwi zakładu wyrwali go ze snu który trwał wiek, a on zmaterializował się na chwilę i zniknął na zawsze. Na drugi dzień odebraliśmy odbitki, styki na matowym papierze, artefakt bez którego dziś pewnie nie uwierzyłbym w prawdziwość zdarzenia. A jednak pamięć jest prawdziwa dopóki nie zechce się jej utrwalić, nadać jej określonego kształtu. Pozostała wspólna fotografia na której patrzymy wprost przed siebie.
Ze skupieniem, zdziwieniem czy z przerażeniem; może wyglądamy przyszłości przenikając jednocześnie w nieskończoność. Utrwalić pamięć to wywołać obraz, obraz w słowach może jednak przybierać dowolne kształty dopóki nie jest fotografią. Tak na prawdę nie jestem pewien jak to wtedy wyglądało, może było zupełnie inaczej niż spróbowałem to opisać?
P.S.
Wiele lat później odnalazłem negatyw z kompaktu, dokumentujący naszą wyprawę. Był beznadziejny. Prócz ziarna srebra (artefakt) niewiele było na nim widać. Wiele lat później Paweł odwiedził Konrada. Na biurku przy którym znajdowało się jego stanowisko pracy, obok komputera leżał obsrany przez muchy negatyw. Ten negatyw z wizyty u FOTOGRAFA, ten negatyw z podróży w czasie. Kiedy się o tym dowiedziałem nie czułem oburzenia. Pomyślałem później i postanowiłem w to uwierzyć, że być może Konrad nie mógł oswoić się z tamtym zdarzeniem i pozwolił rzeczywistości by zrobiła to za niego. Ostatecznie nawet zasrana rzeczywistość jest bardziej pewna od magii widmowej fotografii zaklętej w drobinkach srebra, fotografii która nigdy do końca nie da się zamknąć w słowach.
poniedziałek, 16 lipca 2012
Palec historii
W sercu Borów Tucholskich w Czersku jest taki komis, czy też sklep ze wszystkim z drugiej ręki, który kilkukrotnie odwiedzałem z przyjaciółmi w poszukiwaniu rzeczy zbytecznych. Wszystko co się tam znajduje pochodzi z Niemiec, a znaleźć tam można przedziwne przedmioty: drewnianą drabinę; przyłożysz ucho słychać jak skrzypi, po której jakiś stary człowiek wspinał się po narzędzia w garażu, zwoje przewodów i kabli; które kiedyś z pewnością do czegoś służyły, coś można było nimi połączyć, płynął w nich jakiś dźwięk ukryty, czy potencjalne ciepło, a teraz leżą zakurzone w kartonie łącząc powietrze z niczym, kubki z widmowych miast, pamiątki wyjazdów urlopowych do jakiś bliżej nieznanych kurortów, kieliszki z których dawno zwietrzał już ostatni toast, ubrania które kilkukrotnie wychodziły i ponownie wracały do mód. Dwa wąskie pomieszczenia zapchane tym wszystkim, z unoszącym się w powietrzu niemal już doszczętnie zwietrzałym zapachem prywatności i jeszcze niewielki aneks, w którym nagromadzone są kolekcje przedmiotów biurowych: segregatory, zszywacze, dziurkacze; które wycięły tyle krążków papierowego konfetti, że można by nim zasypać cały Berlin, z przełomu XIX I XX wieku, a z którego to Berlina pewnie niejeden ów dziurkacz pochodzi. Współczesność miesza się tam z historią i obok lampowego radia, znaleźć można walkmany w przeróżnych kolorach, w słuchawkach których dawno już zgasły przebrzmiałe dawno temu przeboje i jeszcze komputer, opatrzony karteczką Pentium II, z jakimś tam ram i dyskiem wielkości średniej pojemności dzisiejszego pendrive. To takie dziwne muzeum czasu, przegląd tych wszystkich przedmiotów które już dawno temu zapomniały, że mogą komuś służyć i teraz w tym dziwnym miejscu schroniły się, czy ukryły bezwolnie czekając na swoją Bóg jeden wie którą już szansę. Można tam znaleźć też stare albumy, ze zdjęciami i puste. Zwłaszcza te puste przerażają potencjalnością historii które już nigdy się nie wypełnią, bo dziś te historie w obrazach, migają i pulsują w cyfrowych ramkach, z szybkością z którą nie sposób ich zapamiętać. Właśnie z jednego z takich albumów, który kartkowałem zahipnotyzowany szelestem pergaminowych stron we wzory przypominające pajęczyny, a oddzielających kolejne pełne i puste strony wypadła fotografia...
Patrzyła na mnie dziewczynka, podlotek jak to się częściej mówiło w czasach w których z pewnością żyła. Stopy ozute w ciemne pantofelki, białe podkolanówki, prawa noga lekko wysuniętą do przodu. Biała sukienka spięta luźno, na której widać choć niewyraźnie zarys jakichś koronkowych wzorów. Zdjęcie jest lekko nieostre, ale nie jest to wina fotografa. Dziewczynka dumnie podpiera lewą rękę, próbując przyjąć poważną pozę, ale ręka ta powiększona nieco zdradza drugi jej kontur, a więc poruszyła się kipiąc z pewnością energią. Nieco pucułowata twarz, bujność blond loków i biała kokarda, z całej jej postaci znać pewność siebie. Tylko towarzyszący jej, siedzący z prawej strony miś spogląda na mnie nieobecnym spojrzeniem, jakby doskonale wiedział że wszystko to na nic. Jakby przeczuwał, że z tej pięknej chwili zatrzymanej w letnie popołudnie w jakimś ogrodzie, czy parku, nie zostanie nic oprócz skrawka światła zastygłego w srebrze papieru fotograficznego, a pamięć pozostanie pusta, gotowa by wypełnić ją jakąś tkliwą historyjką. Ale kiedy zapatrzony w kadr, próbowałem znaleźć w myślach jakąś lukę w której mógłbym umieścić ten obraz, skierowałem wzrok na dolną krawędź, gdzie już po za kadrem, znalazłem przypadkowy podpis ...
odciski palców fotografa. Brudne wywoływaczem palce pozostawiły ślad, rozmazane nie co lecz czytelne jeszcze linie papilarne, postmedialne punctum, albo miejsce od którego znowu zacząłem się zastanawiać, co w obrazie jest rzeczywiste.
środa, 13 czerwca 2012
To nie moja pamięć...
Natrafiłem kiedyś w dziennikach Franza Kafki na zdanie, które utkwiło mi w pamięci: "Fotografuje się po to by zapomnieć". Teraz w czerwcowe przedpołudnie wpatruje się w portret autora sentencji, ma pięć lat i pozuje do zdjęcia z barankiem patrząc gdzieś po za kadr, wydaje się być trochę nieobecny. Ubrany skromnie w coś na kształt marynarskiego mundurka, stoi centralnie w kadrze, w rozproszonym świetle atelier lśnią skórzane buciki, lewą ręką trzymając w okolicy klatki piersiowej przytrzymuje za uprząż baranka. Baranek ubrany w fikuśny kapelusik(?) z piórkiem, czy ozdobę jaką widywałem u cyrkowych kucyków. Baranek jest jeszcze bardziej nieobecny od przyszłego pisarza, gdyż prawdopodobnie już wtedy był martwy i wypchany. Zawsze ilekroć oglądam jakieś fotografie, z pamięci wynurzają się inne, potem kolejne i następne i już tonę w morzu obrazu. Fotografia, obraz, dokument narzędzie manipulacji historią... Wspominając swoje berlińskie dzieciństwo Walter Benjamin, opisuje traumatyczne przeżycie związane z wizytą u fotografa. Przy czym strach powoduje nie tyle samo spotkanie z fotografem co konieczność gry przed obiektywem, obowiązek upodobnienia się do kogoś, czy podporządkowania wizji fotografa. Precyzyjnie opisana sytuacja wyłania się z mroku przeszłości; nie chcę i nigdy nie będę musiał zobaczyć tego zdjęcia, młodego Waltera z sombrero w dłoni. Lepiej zapamiętuję scenę zbudowaną ze słów, podobnie jak całą książkę z której zdań wyłaniają mi się całkiem konkretne obrazy Berlina. Czy mam fotograficzną pamięć? Doświadczanie obrazu, jest czymś bardziej złożonym i zawsze bardziej fascynowało mnie to czego nie można zobaczyć, a co doświadczyć można po przez fotografię. Z tego też powodu nuży mnie współczesna wszechobecność fotografii i co raz częściej bawię się w zapamiętywanie zdarzeń których nie fotografuję.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Obserwatorzy
Archive
Work and exhibition
- Naked City Memory of Robert Wiene on Moscow International Foto Awards
- Made in Poland : Contemporary Pinhole Photography
- From series "Światłoczułe przesyłki" 2000 - .... r.
- From series - „Warianty obecności” - Self-portrait...
- Sommer Album
- Dokumentacja wystawy "Poetics of Light" Pałac Gube...
- Poetics of Light: Pinhole Photography - New Mexico
- Zarys Biologii Fantastycznej - Galeria Sztuki Wozownia - Toruń
- "Powolność zdarzeń" - Muzeum Okręgowe im. Leona Wyczółkowskiego w Bydgoszczy
- Iliaster - cyanotype photography
- Naked City Memory of Robert Wiene on Moscow Intern...
- Strona główna



