Translate

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fotografia kolekcjonerska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fotografia kolekcjonerska. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 10 listopada 2025

Koniec Końca wojny - tytuł roboczy


Gdybym dobrze przeszukał swoje archiwum, pewnie znalazłbym skany z filmu na którym udokumentowałem swoje pierwsze, po latach wejście do pracowni Jerzego Wardaka. Zdjęcia wykonane po jego śmierci 2022 roku. Ale zdjęcia gdzieś tam sobie są, częściowo na dysku, częściowo na płycie CD, częściowo na barwnym negatywie w koszulce archiwizacyjnej, no i częściowo cała ta sytuacja trwa też w mojej pamięci.

Temat śmierci o tej porze roku przychodzi mimowolnie, za sprawą dnia Wszystkich Świętych. Jest jeszcze Dzień Zaduszny, a mam też w zanadrzu swoje urodziny, które przypadają 4 listopada. W tym czasie, przypominają mi się wszyscy moi znajomi którzy odeszli, to zresztą czas żeby ich wspominać.

Skąd dowiedziałem się o śmierci Jerzego nie pamiętam, ale pamiętam telefon od kolegi ze ZPAFu z informacją, że jest problem z pracownią Wardka, pracownią która nie była jego własnością i którą teraz należy uporządkować - opróżnić. Byłem bardzo ciekawy tego miejsca i ciekawy tego, co w nim można znaleźć i co mogłoby trafić do Muzeum Fotografii w Bydgoszczy, w którym wtedy pracowałem.    

Trzeba było działać, żeby wejść tam jak najszybciej. Pierwszą wizytę - rozpoznanie terenu zrobiłem samodzielnie, chciałem zobaczyć co tam jest. Wcześniej w zamierzchłych czasach pod tym samym adresem na ulicy Podmurnej funkcjonowała Mała Galeria ZPAF, znałem więc adres i topografię parteru, a także kręte metalowe schody, które prowadziły na kolejne piętra tej zbytkowej kamienicy, gdzie znajdowała się pracownia i gdzie Jerzy mieszkał. Ta pierwsza wizyta po wielu latach była niezwykła, wiązała się też z silnymi przeżyciami natury trudnej do ustalenia. Wszystko tam sprzeciwiało się śmierci i potwierdzało ją zarazem. Pracownia z pewnością była żywym organizmem, który pozbawiony podmiotu sprawczego w osobie artysty, sprzeciwiał się tej sytuacji. Suszące się negatywy, czekały na wykonanie odbitek, stojące bezczynie powiększalniki śniły sny o dużych powiększeniach, zakurzone menzurki pragnęły nadal odmierzać stężone roztwory chemikaliów, słoje z chemikaliami zapomniały o datach przydatności do użycia i tak trwały w bezczasie. W tym wszystkim ja z przesterowanym metafizycznym słuchem, rejestrowałem dziwne dźwięki, które towarzyszyły tej sytuacji. Opuściłem miejsce może po upływie pół godziny, przesiąknięty tym bezczasem, wprawiony w osłupienie, uświadomiłem sobie, że cała ta przestrzeń jest formą sztuki pamięci, zawartej w przedmiotach na których obok kurzu nawarstwił się też czas. Cała pracownia była obiektem artystycznym, który wiedziałem o tym za chwilę przestanie istnieć i nie było na to ratunku. Można było ocalić pojedyncze, w gruncie rzeczy przypadkowe elementy tej przedziwnej mozaiki przestrzennej, która w istocie była portretem Jerzego Wardaka. I skoro jednak po intensywnych poszukiwaniach dyskowych znalazłem folder ze zdjęciami, ze skanami negatywów, to może warto coś z tego ujawnić?




Kolejnej nocy po wizycie w pracowni śnił mi się Jerzy, nic z tego snu nie zapamiętałem, poza tym że sama obecność zmarłego, była jakby sygnałem zgody na to umowne porządkowania pracowni, które było w zasadzie równoznaczne z początkiem jej unicestwienia.  

Miałem problem ze zorganizowaniem wyprawy z Muzeum Fotografii do pracowni, wiedziałem że będę go miał. Musiałem przekonać Panią Dyrektor, że warto tam pojechać, że pamiątki które może uda mi się tam znaleźć, z pewnością będą cennym nabytkiem muzealnym. Wysiłek się opłacił i rzeczywiście, po dwóch kursach do Torunia udało mi się przywieść wiele wspaniałych eksponatów. Niektóre z pozoru błahe, jak wycięte z innych autorskich zdjęć "maski" - kawałki papierów na stalowych drucikach służące do manipulacji światłem w czasie naświetlania pod powiększalnikiem,...

Jedna z ładniejszych masek znaleziona w pracowni na ul. Podmurnej.
                            

 ale już notatnik ze szkicami prac bezcenny, czy makieta pracy "Koniec wojny", która posłużyła do wykonania znanego w twórczości Wardaka montażu datowanego na 1965 rok, dwadzieścia lat po zakończeniu II Wojny Światowej.

Jakiś czas później wybrałem się ponownie odwiedzić pracownię, byłem przekonany, że to co trafiło do Muzeum to jeszcze nie wszystko, co można tam znaleźć. Przypuszczenia okazały się prawdziwe, w przestrzeni prymitywnego studia, w którym kiedyś funkcjonowała Mała Galeria, 


znalazłem rulon powiększenia pracy "Koniec wojny". Był ewidentnie odrzutem, odbitka na papierze barytowym w trakcie suszenia "na mokro" poprzez podklejenie taśmą papierową na gładkiej powierzchni, pękła w górnej części fotografii. Jako obiekt kolekcjonerski, czy muzealny była praktycznie bez wartości, ale dla mnie miała wartość sentymentalną. Nie jestem kolekcjonerem, jestem raczej zbieraczem. Zbieractwo to może gorsza forma kolekcjonerstwa, ale dla mnie jednak bardziej żywa. Kolekcjoner gromadzi wyselekcjonowane własnym gustem, czasem z pomocą rzeczoznawców, obiekty o ustalonej wartości artystycznej, czy historycznej. Mnie jako zbieracza interesuje fotografia, od dziewiętnastowiecznych carte de visite, poprzez wycinki z gazet z połowy dwudziestego wieku, po współczesne viralowe curiosa. Ale "Koniec wojny" miał dla mnie szczególne znaczenie, miałem go w sobie zaimplementowanego epigenetycznie. Nie tyle "Koniec wojny" ile nastrój towarzyszący recepcji tej fotografii. Wielokrotnie zgadywałem jakie emocje towarzyszyły tworzeniu, jaki krajobraz został zrównany z ziemią spychaczem i co się wtedy działo w duszy artysty. Siedmioletni wrażliwy chłopak, przyszły fotograf, musiał mieć doskonałą pamięć wzrokową. Jaki negatyw świadomości odszedł bezpowrotnie wraz z artystą? Zostały tylko poszlaki, a jedna z nich leżała u mnie zrolowana w kartonie, wybrała mnie bo stanowiła też część mojej historii, jej fragment wielokrotnie nadpisany był moim udziałem, jakiś nieokreślony niepokój, lęk przez utratą miejsca, lęk przed włóczęgą. Ten lęk zakiełkował znowu wraz z wybuchem wojny na Ukrainie, pojawił się jako ciekawość nowinek z frontu, by stać się codziennością, a potem nadmiarowym komunikatem spychanym bezskutecznie gdzieś na peryferia świadomości.

"Koniec wojny" Wardaka podsycał od czasu do czasu te peryferia świadomości, wypływał na powierzchnię dryfującej kolekcji, zatrzymywał przy sobie i oddalał się, bardziej niż ja świadomy istniejącego być może magicznego cyklu tych spotkań. Ale nawet tak nonszalancki kolekcjoner jak ja, od czasu do czasu, budzi w sobie pragnienie zadbania o kolekcję. Tak też pewnego dnia pod koniec października postanowiłem wysuszyć porządnie zdjęcie. Prawdę mówiąc plan był od początku bardziej radykalny, pojawił się z przekonania, że jakiś magiczny rytuał może wymazać niepokój, a "odbielenie" tej fotografii idealnie się do tego nadaje. Może wymazanie "Końca wojny" w istocie wymaże wojnę? 

Tak też powstała seria prac dokumentująca wymazanie pracy "Koniec wojny" Jerzego Wardaka, którą zatytułowałem "Koniec Końca wojny - odczynianie" 2025   

 






środa, 4 maja 2016

Quo vadis Europo ?



from series "Quo vadis Europo?" 2015 ©

"Różnorodność nacisku selekcji i rozmaitość wymagań jest tym, co popycha ku górze wielkie organiczne stawanie się. Zdaniem Hansa Freyera gwałtowny rozkwit wysokich kultur obserwujemy tam, gdzie zderzały się różne kultury,... Otrzeźwić nas powinien prosty fakt, że o kierunku naszej kultury zadecydowały nie tylko ideały i odczucia wartości naszych najświetniejszych umysłów. Kierunekt ten zdaje się raczej podlegać owym prastarym czynnikom, które zabierały się do rzeczy już w toku filogenezy naszych przed człowieczych przodków. "

Konrad Lorenz - "Regres człowieczeństwa"

środa, 25 listopada 2015

Kulturka y szacuneczek - refleksje o masowych imprezach fotograficznych.


Zanim zarzucicie mi defetyzm, nihilizm czy co tam jeszcze, podkreślę, że piszę z perspektywy trupa! Tak, od październik , to jest odkąd wziąłem udział w wystawie Wyborny trup polskiej fotografii w ramach Trochę Innego Festiwalu Fotografii TIFF, czuję się trochę martwy. Wziąłem udział w wystawie, której kurator Adam Mazur wskrzesił na potrzeby tego projektu surrealistyczne tradycje artystycznej wymiany idei, by oddać hołd zmarłemu w roku 2014 Jerzemu Lewczyńskiemu. A ja się zachłysnąłem wymianą i poległem.
Wystawa generalnie nie przekonała mnie. Chyba każdy z autorów z osobna nie bardzo wiedział, jak odnaleźć się w roli trupa. W moim odbiorze dialog nie był czytelny lub też tak bardzo idea wystawy ( TYTUŁ !) zawładnęła obrazem , że sam obraz przesunął się na dalszy plan. Niby można byłoby się skupić na tym, jakie interferencje wynikają z konfiguracji klucza wystawy i tu znaleźć kilka ciekawych punktów, ale brakowało chronologii lub nawet jeśli był, zachowana nie była wystarczająco czytelna. Ciekawą sytuacją w kluczu był fakt, że artyści młodszego pokolenia kilkukrotnie zapraszali tych z pokolenia predigitalnego jakby przywołując do obecności autorytety? Koledzy ze studiów swoich kolegów, bo to rodzaj spotkania poprzez obraz, namiastka rozmowy, nieraz urwanej dawno temu. Show must go on, jeśli chcemy się spotkać, poddajmy się konwencji i zamieńmy się w zombie. Trochę też namieszały mi prace bardziej obiektowe, a były też i takie na wystawie. Jakoś integralną częścią tego projektu było włącznie obrazu w strumień informacji zero jedynkowych na etapie projektowania, więc ta nagła obecność obiektów, które trudniej włączyć w strumień transmisji, była dla mnie niejasna. Ale zapamiętałem "kolorową krowę" z pospawanych różnobarwnych elementów karoserii samochodowej z fotografii Wojtka Wilczyka czy chudego psa na tle miejskiego pejzażu na zdjęciu Grzegorza Przyborka. Tę krowę z pierwszej fotografii spotkałem zresztą w realu w czasie tegorocznych wakacji w Czechach. Gdzieś w drodze do Hradec Kralowe na poboczu drogi był to rodzaj ekologicznej reklamy recyklingu czy coś w tym stylu. Zastanawiałem się nawet nad zrobieniem zdjęcia, ale motyw drogi był silniejszy. W moim przypadku zdjęcie, które pokazałem to odpowiedź na fotografię Pawła Kuli, ale nijak się ma do tego, w czym tkwię (jeśli mam nad tym kontrolę) i czym na wskroś jestem przesiąknięty. Być może dostrzegam też coś poza śladami światłoczułości? Zaprosiłem Mariana Schmidta, wybrałem zdjęcie takie, żeby poczuł. Moja fotografia Anny Gassion na wystawie została niestety wyrwana z kontekstu, bo część przydługiego podpisu pod zdjęciem zginęła? Wskrzeszę więc fotografię i podpis, Dziady tuż za nami .


Anna Gassion
Festyn nad Kanałem zorganizowany w 2014 przez Pałac Młodzieży w Bydgoszczy. Ania od 31 lat uczestniczy w organizowanych w Pałacu zajęciach fotograficznych, plastycznych i teatralnych. Pracuje w szpitalu jako salowa.

Tak więc nie jest wykluczone, że wszelkie próby wpasowania się w ...rozmowę, bo posługiwanie się obrazami to nic innego jak dialog, więc takie na siłę wpasowywanie się w rozmowę tylko dlatego że się toczy, kończy się śmiercią lub nieustającymi wątpliwościami. Piekło to wątpliwości, na jedno wychodzi.

Ale odrzucając te twórcze niepewności, nie można mieć wątpliwości na poziomie świadomego odbiorcy obrazów, bo czas naiwnych odbiorców się skończył. Jesteśmy częścią wizualnej piramidy konsumpcyjnej, każdy jest w niej jakimś ogniwem. Gdzie się znajduję, będąc trupem? Nie mam pojęcia! Ale mówiąc o piramidzie, zastanawiałem się też nad bezpośrednim odniesieniem do kanałów dystrybucji, to tu tworzą się poziomy istotności. Być może jednak żadnej piramidy już nie ma, a jej harmonijną konstrukcję zastąpiła sieć ?

Nie mogę zapomnieć profetycznych dziś słów Bogdana Konopki z roku 2007 z Festiwalu Fotografii w Łodzi o tym, że za chwilę każde miasto będzie miało swój Festiwal Fotografii. Trudno powiedzieć, dlaczego wyczułem wtedy w tej wypowiedzi, nutę dekadenckiego znużenia przeczuciem nadchodzącego nadmiaru, a może nawet pewną obawę?

Doczekaliśmy się i... Bydgoszcz również ma Festiwal Fotografii, festiwalowy boom nie ominął także grodu nad Brdą, bo mody z pewnym opóźnieniem, ale trafiają także do nas. Za sprawą Fundacji Farbiarnia i jej przedsiębiorczej Pani Prezeski Katarzyny Gębarowskiej. A mi jeszcze zanim się wszystko dziać zaczęło, przypomniały się słowa Konopki, bo też od chwili kiedy pojawiły się pierwsze wzmianki o imprezie do jej rozpoczęcia, upłynęło niebezpiecznie mało czasu...

Mając w planie takie przedsięwzięcie, bo zakładam, że na pomysły tego typu nie wpada się z dnia na dzień (choć może jestem w błędzie), mając więc wizję Festiwalu Fotografii nie określoną jedynie przez wymagania powierzchniowe, liczbę VIP -ów, festiwalu mającego określony program (!!!), festiwalu skupiającego wokół danego zdarzenia większą liczbę instytucji kultury zajmujących się profesjonalnie organizacją tego typu przedsięwzięć i mającymi w tym względzie znaczne doświadczenie; potrzeba zdecydowanie więcej czasu. Własne doświadczenia kuratorskie podpowiadają mi, że bezpiecznym terminem jest rok, półtora roku...

Mogę to powiedzieć, zdarzało mi się bywać kuratorem mniej lub bardziej rozbudowanych projektów wystawienniczych, również o międzynarodowym wymiarze i mogę zapewnić, że okres roku stanowi tu bezpieczne minimum, przy założeniu, że dysponujemy przestrzenią do wystawienia prac jako conditio sine qua non realizacji przedsięwzięcia.

Czego mogliśmy się spodziewać, organizatorka imprezy zapowiedziała w październikowym BIK-u opisując: „Festiwal jako pomost między fotografią analogową i cyfrową... uświadamianie znaczenia fizycznej natury odbitek” , jednak wyłączając wystawę Ewy Rubinstein, gdzie informację o pochodzeniu odbitek znajdujemy w folderze towarzyszącym Festiwalowi, nigdzie więcej takiej informacji już nie znalazłem. Choć niewątpliwie na wystawach były zdjęcia analogowe i cyfrowe, jednak żadnego pomostu miedzy nimi nie widziałem. Mogły nim być spotkania autorskie, ale nie były, nie były nim także oprowadzenia kuratorskie, bo tych nie było w programie festiwalu, przynajmniej tych dotyczących głównej - programowej (?) wystawy w Jedynaku, zorganizowanej w tym urokliwym i przesiąkniętym historią miasta miejscu. Z BIK-u dowiadujemy się jeszcze jednej istotnej informacji odnośnie już nie tyle Festiwalu co jego odbiorców. Na marginesie wzmianki o podjętych próbach współpracy z Galerią Miejską i Muzeum Okręgowym dowiadujemy się, że publiczność odwiedzająca te miejsca jest "inna"?! Pozostaje tajemnicą, co odróżnia publiczność Festiwalu od pozostałych odbiorców wydarzeń związanych ze sztukami wizualnymi. Może chodzi tutaj o to, że bywalec Muzeum to osoba o ukształtowanym guście czy też pragnąca kształtować swój gust w sposób kompetentny, zaś odbiorca Festiwalu to miłośnik nowej porcji kolorowych obrazów, spragniony kontaktu z jakimś VIP-em?

Sama Ewa Rubinstein hipnotyzowała swoją obecnością w Bydgoszczy, choć zdecydowanie bardziej żywe i toczące się wokół obrazu było spotkanie artystki z uczniami Państwowego Zespołu Szkół im. Artura Rubinsteina.


Ewa Rubinstein na spotkaniu wpisuje się do księgi pamiątkowej PZSM im. Artura Rubinsteina

Ciekawą prezentację o jej twórczości przygotował uczeń, a zarazem młody fotograf Przemysław Wachowiak. Organizatorzy tego spotkania z lekkim niepokojem poinformowali autorkę, że do prezentacji wykorzystano zdjęcia wybrane z sieci. Na samej artystce nie zrobiło to jednak żadnego wrażenia, od tak dawna przestała się posługiwać fotografią, co wielokrotnie podkreślała, że ma wrażenie jakby jej obrazy żyły już po za nią. To co najbardziej dotyka współczesną fotografię, czyli różnorodność kanałów dystrybucji, zdaje się już nie dotyczyć Rubinstein. Co do spotkania poprzedzającego otwarcie wystawy w Farbiarni , to obok ciepłej atmosfery, jaką stworzyli sami uczestnicy wernisażu i artystka, kwestie wizualne pozostawiały bardzo wiele do życzenia. Umieszczenie stonowanie i z największym wyszukaniem ubranej na ten wieczór artystki na tle krzykliwych fotografii z innego nie- związanego z Festiwalem projektu Farbiarni, było nie tyle przykładem braku wyczucia początkującego kuratora, co określeniem rzeczywistych strategii działań Fundacji jako instytucji próbującej stworzyć prywatny rynek fotografii kolekcjonerskiej, wspierając się przy tym publicznymi finansami, owszem niby popularyzując przy tym fotografię, ale... koniecznie z Nowego Jorku, bo to bardziej medialnie nośne. Gdyby organizatorzy zadbali, by całą przestrzeń Farbiarni zagospodarować pracami artystki, może wówczas to fotografie stałyby się pretekstem do rozmowy? Moderowane przez dyrektorkę Festiwalu spotkanie dryfowało w niczym nieokreślanych kierunkach. Stłoczenie takiej ilości prac (27) na tak małej powierzchni spowodowało, że wystawę można uznać za zaliczoną, ale nie udaną. Skąpe oświetlenie i ciasna przestrzeń sprawiły, że prace wręcz dusiły się w nadmiarze własnych obecności, każda z prac nabrzmiała znaczeniami i historią zwyczajnie nie potrafiła się jakby wygasić w pamięci, bo obok zaraz pojawiała się nowa i kolejna. A o ironio! warsztaty aranżacji wystaw znalazły się w programie Festiwalu. Niewiele osób pamięta wystawę Ewy Rubinstein w Galerii BWA w Bydgoszczy (1995) pokazywaną jeszcze w ubiegłym wieku. Na tamtej wystawie zebrano wszystkie prace przekazane przez artystkę do kolekcji Muzeum Narodowego i zajmowały one całe piętro Galerii Miejskiej BWA! Sama Ewa Rubinstein chyba nie była wtedy obecna na wernisażu, ale akurat w tamtym roku nie było Festiwalu Chopinowskiego w Warszawie i artystka prawdopodobnie nie mogła zaplanować podróży do Polski. W tym roku Festiwal Chopinowski szczęśliwie był, szczęśliwie dla Festiwalu Fotografii.

Bydgoskim akcentem na festiwalu była wystawa Jerzego Riegla. Zaskakuje jako propozycja w festiwalu również dlatego że postać ikony bydgoskiej fotografii, jaką niewątpliwie jest Jerzy Riegel, jest też stałą ofertą Farbiarni. Czyli nic nowego, chociaż może promocja? Pytanie : kto kogo promuje?

W tym roku odszedł od nas Andrzej Maziec, fotograf i artysta, dla którego, zaryzykuję stwierdzenie, prawdziwą materią zawsze było miasto, ludzie i fotografia, dzięki której spinał to wszystko w całość. Artysta silnie związany ze Śródmieściem, artysta, który niektóre ze swoich fotograficznych projektów realizował praktycznie przysłowiowe dwa kroki od siedziby Farbiarni! Ale ten trop dla dyrektorki nie był zbyt wyraźny, choć początki fotografii Maźca są niewątpliwie bardzo analogowe, sam artysta jednak ewidentnie nie pasowałby do wizerunku mainstreamu lansowanego przez Farbiarnię, no i był ze Śródmieścia, a nie z NY.

Innym bydgoskim akcentem mogła też być wystawa uczestników półkolonii fotograficznych prowadzonych przez Farbiarnię, jednak poziom aranżacji tego zdarzenia daleko odbiegał od standardów wystawienniczych. Spotkanie kuratorskie nie odbyło się, zaś wystawione na sztalugach drobne odbitki naprawdę trudno było znaleźć, a po znalezieniu uznać za wystawę. Było to bez wątpienia krzywdzące dla samych uczestników zdarzenia, ich praca podjęta w ramach działań półkolonijnych nie została starannie wyeksponowana. Warto też dodać że oprowadzenie kuratorskie zaplanowane na godzinę 11. praktycznie uniemożliwiało w nim udział młodym adeptom fotografii, którzy byli uczestnikami półkolonii.

Od 10 października 2015 roku w kalendarzu imprez kulturalnych można było znaleźć szereg wydarzeń związanych z Festiwalem, czy rzeczywiście było co świętować? Sam tytuł Festiwalu na tyle jasno doprecyzowywał krąg odbiorców, że o zaskoczeniu czy rozczarowaniu nie może być mowy, wszak miłośnik to ktoś oddany i wierny. Gdybym jednak miłośnikiem nie był i przeciwnie nadmiarem obrazów zmęczony szukał przemyślnej idei łączącej to zdarzenie, co znajdę?

Niewątpliwie mocnym punktem Festiwalu był sam konkurs fotograficzny towarzyszący Festiwalowi. Grand Prix konkursu - zdjęcia Anity Andrzejewskiej to prawdziwa wizualna uczta. Obraz, który unika patosu, a jednocześnie wiadomo, że opowiada o czymś ważnym. Mistrzowsko dopracowane odbitki z oszczędną ilością bieli. W egzotycznej historii Andrzejewskiej zachwyca sposób wydobywania piękna z banalnie z pozoru zaaranżowanych scen, jak to jest w przypadku kilku znakomitych pozornie przypadkowych portretów. Szkoda, że obok trzech nagrodzonych zestawów nie zobaczyliśmy innych prac nadesłanych na konkurs, aby móc ocenić poziom całości, a nie tylko zobaczyć wybór dokonany przez Jury.

Dlaczego nie zaskoczył mnie Prażmowski? Albo przeciwnie dlaczego zaskoczył mnie tak bardzo?


Fragment ekspozycji wystawy Wojciecha Prażmowskiego w Jedynaku.

Miłosz Tutejszy jest chyba jedynym projektem artysty, w którym ten nie tyle już polemizuje ze znaczeniami obrazu fotograficznego, ale traci jakby zupełnie wiarę w bezpośredniość przekazu medium. Zupełnie jakby słowa poezji miały wyostrzyć czy przywołać obraz, który bez literatury uciekał gdzieś w nieistotność. Ciekawą i niepokojącą zarazem analogię materialności wywoływał obiekt zamknięty w szklanym kubiku. Stary drewniany stojak, a w nim menzurki z przedmiotami z miejsc, tych miejsc naznaczonych obecnością poety. To już czysta analogia, niezaznaczona nawet próbą zapośredniczenia zapisu rzeczywistość. Na wystawie w Jedynaku zabrakło też pozostałych obiektów, które obok fotografii towarzyszyły wystawie w jej poprzednich odsłonach, a które w tak silny sposób przekierowywały kontekst analogii tego projektu na rzeczywistość zawartą właśnie w tych obiektach i ... może jeszcze w poezji Miłosza. Szkoda również, że organizatorom nie udało się ściągnąć oryginalnego katalogu, który towarzyszył wystawie.

Mocnym punktem wystawy były też wielkoformatowe wydruki fińskiej artystki. Marja Pirila od lat wykorzystuje zjawisko ciemni optycznej, konstruując swoją metaforyczną wizję INTERIOR/EXTERIOR. Cytując za BIK-iem dyrektorkę Festiwalu: artystka tworzy w technice camera obscura?! Zatem jeśli dobrze rozumiem język polski, wszyscy posługujący się aparatami cyfrowymi tworzą w technice aparatów cyfrowych? Doświadczenie bycia wewnątrz camera obscura stało się również udziałem wąskiej grupy uczestników warsztatów. Szkoda, że była to jedyna forma kontaktu artystki z mieszkańcami Bydgoszczy, zabrakło zwykłego spotkania autorskiego. I w tym przypadku pozostaję bez informacji odnośnie materialnej natury prac. Przygotowane na wystawę wydruki wielkoformatowe nie są przecież odbitkami vintage? Prace Marji Pirili miałem okazję oglądać na wystawie POETICS OF LIGHT w Santa Fe. Kuratorem amerykańskiego projektu był Eric Renner, zresztą jest nim nadal, bowiem projekt ten jest jeszcze pokazywany w Muzeum Pałacu Gubernatorów. Prezentowane tam prace były oryginałami, które artystka przekazała do kolekcji otworkowej. Eric Renner jest też autorem znakomitej książki o pinholah, książki która od czasu pierwszego wydania w roku 1998 doczekała się już czterech wznowień. To właśnie w pierwszym wydaniu tej pozycji zobaczyłem reprodukcje prac Pirili z tej serii, sądząc z daty 1996 pierwsze prace musiały powstawać na kliszach, podobnie zresztą postępował Abelardo Morell, główna inspiracja artystki. Szkoda, że na wystawie nie znaleźliśmy dat powstania prezentowanych tam fotografii, co nie pozwala nam ustalić, z jakim etapem twórczych poszukiwań artystki mamy do czynienia.


Jedna z prac Marji Pirili na wystawie głównej.

Kolejny punkt wystawy, fotografie Anny Grzelewskiej wpisują się w modną od lat tendencję osobistego dokumentu. Bo jeśli coś może nadać sens obrazowi, są to emocje. Cykl ten, choć zgrabnie zbudowany, nie przekonuje, może dlatego że tak chętnie eksploatowany wątek osobisty wydaje mi się już nieco zużyty? Choć nie przeczę, że plenerowe zdjęcia z tej serii nie były całkiem pozbawione siły wyrazu.

Kompletnie nie potrafiłem odnaleźć kontekstu prac Eugenii Maximowej, pełne wizualnej pustki campowe prace artystki stanowią sedno swojego gatunku. I choć camp, od momentu kiedy Susan Sontag zdefiniowała go jako zjawisko, ulegał różnym mutacjom, prezentowane na wystawie prace odwołują się do początków definicji tego nurtu. Jeśli przyjąć surową logikę, że obiekty ze zdjęć Maximowej istnieją naprawdę, a nie są kolejnym elementem wygenerowanym w komputerze, więc jeśli przyjąć, że są prawdziwe, niewątpliwie należą one do sfery old school. Może kluczem do tej postaci jest fakt reprezentowania jej przez Anzenberger Gallery w Wiedniu? A więc kolejny towar z importu.

Głównym mankamentem Festiwalu Fotografii był brak konkretnego programu. Tym razem sprawność organizacyjna i medialna nie wystarczyła. Może warto było powołać Radę Programową Festiwalu? To standardowa praktyka przy dużych projektach wystawowych. Sam pomysł organizacji Festiwalu Fotografii w Bydgoszczy uważam za chybiony. Jeśli już chcemy powrotu do bydgoskich tradycji fotograficznych, dlaczego nie można wskrzesić jeszcze żywych tradycji Przeglądu Fotografii Bydgoskiej? Plan powrotu do tego wzorca konfrontacji twórczości fotograficznej wydawał się jak najbardziej trafiony. Jego pomysłodawca Adam Juszkiewicz - obecnie kustosz Muzeum Fotografii, miał doprecyzowaną wizję tego przedsięwzięcia, co więcej odbył szereg rozmów z artystami, dyrektorami instytucji kultury. Mogło się udać... ale...

Jeszcze zanim Festiwal się rozpoczął, Muzeum Fotografii w Bydgoszczy otworzyło znakomitą i bardzo ważną wystawę Zofii Rydet. Zaprezentowano na niej fragment dorobku artystki z jej gigantycznego projektu Zapis socjologiczny. Dlaczego nie udało się połączyć obu tych przedsięwzięć? Czy Muzeum Fotografii ma również "inną" publiczność?



Wszystkie fotografie z wystaw festiwalowych wykonałem osobiście aparatem cyfrowym, takie czasy.










Obserwatorzy